mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży

Sport

sobota, 28 lipca 2012

Cztery lata temu, na moim poprzednim blogu popełniłam taki oto wpis:

Dyscypliny sportowe, które uprawiam pięć dni w tygodniu to:

- sprint do łazienki o 6 rano (na paluszkach, żeby się towarzystwo w swej łaskawości nie obudziło przedwcześnie, bo żli jak osy i kawki porannej w spokoju wypić nie dadzą).

- bieg z przeszkodami, czyli poranne latanie z wywieszonym jęzorem, z omijaniem moich dzieci ubierających się w najdziwniejszych miejscach mieszkania (najczęściej w samym przejściu), bawiących się (na ogół tym, czym nie powinny się były bawić) lub też wyjących z powodów niezidentyfikowanych, nawet przez nich samych.

 

- zapasy, czyli próby ugodowego upchnięcia młodszej młodzieży do wózka i przypięcia ich pasami (co jak można się domyślić spotyka się ze stanowczym oporem materii jak najbardziej żywej)

- bieg przełajowy, po krętych uliczkach mojej dzielnicy, zapełnionych ludźmi snującymi się z flegmą charakterystyczną raczej dla ludzi Wschodu (co by się nawet zgadzało, patrząc na lokalny przekrój etniczny) niż dla ‘szczurów’ zgniłego, zepsutego Zachodu (czyli mnie :))

- rwanie, czyli pokonywanie licznych krawężników przez podnoszenie podwójnej spacerówki która z towarzystwem i wyposażeniem waży ok. 40 kg.

Z dyscyplin nieolimpijskich uskuteczniam jeszcze:
walkę z wiatrakami (czyli ile razy można powtórzyć to samo, żeby dotarło) zwane też rzucaniem grochem o ścianę albo mówieniem do słupa,

zawody w darciu mordy (czyli kto kogo przekrzyczy),

pakowanie lunchbox'ów na czas i jeszcze wiele, wiele innych.

Z powyższego opisu można by wywnioskować, że jako osoba wysportowana, jestem też posiadaczką super figury.
Nic bardziej mylnego, albowiem gdy nadchodzi wieczór (czyt. godzina 22) i mam wreszcie trochę czasu dla siebie rozpoczynam ... kolację przed komputerem, czyli rozkoszuję się faktem, że:

- nikt wreszcie nie domaga się ode mnie czegokolwiek,

- nikt mi nie wrzeszczy nad głową,

- nikt nie chce spróbować mojej kanapki, obślinić mojej łyżeczki, zjeść ¾ mojego jabłka itp.

- nie muszę z kęsem pizzy w buzi lecieć, by podetrzeć komuś pupę, wysmarkać nos, wytrzeć rozlane mleko, posprzątać skorupy z rozbitego talerza, zmienić bluzkę wysmarowaną dżemem truskawkowym itp. itd. ...

- nikt nie chce mnie czesać (swojego czasu ulubiona rozrywka moich dzieci) i przede wszystkim, że nikt NIE ZADAJE MI PYTAŃ !!!

Wymieniać by można długo.

 

Rozpoczęta dziś (hmm, oficjalnie to już wczoraj) olimpiada w Londynie natchnęła mnie do zweryfikowania sytuacji.

I okazuje się, że cztery lata póżniej sport jest nadal obecny w moim życiu.

Niektóre dziedziny stały się passe, gdyż dzieci weszły w fazę relatywnie samooobsługową, inne ewoluowały.
Nie znaczy to, że porzuciłam zupełnie poranną gimnastykę.

Zaczynam od zapasów z poduszką - ja się szarpię, bo 2 kilometry do szkoły, bo pociąg, bo umówione spotkanie, a poduszka mówi: "No jeszcze troszeczkę, poleż sobie chwilkę dłużej."
Ale wyrywam się dzielnie (w końcu ma się tę masę; figura nadal nieolimpijska), kładę ją na łopatki i toczę się do moich umiłowanych podwójnych angielskich kraników, łapać na przemian to zimną, to ciepłą wodę.

Potem jest gimnastyka akrobatyczna, czyli zakładanie rajstop na stojąco, bo wzięłam sobie bardzo do serca teorię Krystyny Jandy, że kobieta dopóty jest młoda dopóki zakłada rajstopy na stojąco. Hmmm, akrobatyki w moich poczynaniach jest sporo, ale o artyźmie trudno mówić. (To nic że sapię jak parowóz, ale przynajmniej czuję się młodo :))
Na wszelki wypadek robię to w samotność, by do końca nie pozbawiać mojego męża złudzeń co do mojej gracji :)

ta pani chyba nie zna Krystyny Jandy ;)

Aż wreszcie nadchodzi czas na pięciobój nowoczesny czyli:

strzelanie (błagalnym wzrokiem na zegarek, z nadzieją, że ktoś go przestawił o 10 minut do przodu),

szermierka (słowna, z dorastającą młodzieżą, która za punkt honoru poczytuje sobie zakwestionowanie każdego słowa, które pochodzi z ust rodzica swego),

(s)pływanie (potem, rzecz jasna),

jazda konna (galop; nieważne, że bez udziału konia) oraz

bieg przełajowy.

 

Jak widać celebryci też tak miewają.
Dobrze że za mną tak paparazzi nie biegają, bo widok byłby dużo mniej atrakcyjny ;)


Niestety nikt nie docenił moich dotychczasowych wyników i nie zaprosił mnie do udziału w oficialnym otwarciu Olimpiady Londyn 2012. (Może kiepski czas mam, bo ja wiem? Ale za to grzeję bez dopingu!)
Nawet jako gościa honorowego.

Foch!

No to i ja się na nich obraziłam i ceremonię obejrzę sobie jutro w necie.

I to by było na tyle w kwestii sportu.

W kwestiach innych, to żyję i powoli oswajam się z myślą, że chyba jednak w środę naprawdę będę miała wakacje :)

 

 

 

 

 



niedziela, 17 czerwca 2012

Bo jakby komentował, to byśmy wygrali.

Przesłałby te swoje pozytywne fluidy ...

Myślę, że potrzeba mi jakiejś teorii spiskowej, która by wytłumaczyła, dlaczego we własnym kraju, na trzy mecze nie wygraliśmy żadnego i nie wyszliśmy nawet z grupy, a wręcz wylądowaliśmy na szarym końcu.
Bo (spuściwszy uprzednio zasłonę milczenia na dzisiejszy mecz; pierwsze prawo Yerkesa-Dodsona się kłania) Polacy naprawdę nie grali źle.
Spisek jak nic!
Czekam na powołanie komisji śledczej.

Ja tam się futbolem zupełnie nie pasjonowałam.
Do ostatniej soboty.
Tydzień czasu gorąco kibicowałam.
Dawno już tak bardzo nie chciałam, by COŚ się stało.
Moja wiara w cuda osiągnęła dziś szczyty i na pewno była większa, niż ziarno gorczycy.

Widać jednak, że nie była to wiara (bo ta jest pewnością, tego czego nie widzimy).
A nadzieja umarła.
Owszem, ostatnia, ale jednak umarła.

Tak dobrze żarło i zdechło :(

Ej, Pepiki, Pepiki.
Stali przy swojej bramce całą pierwszą połowę.
Jak wierne psinki.
Nie ruszyli się ani na krok dzielnie stojąc murem przed Pepikiem Czechem. Peterem.
A potem cichaczem, na bezczelnego wykorzystli swoją szansę (na Tytonia nie gadajcie, bo chłopak się starał)!

Jedyne, co mnie pociesza, to że Ruscy też jadą do domu.
No jest jakaś sprawiedliwość dziejowa!

No, bo ja oczywiście rozpatruję ten mecz w kontekście historyczno-politycznym.
Nie inaczej.
Nie inaczej.
Myślę, że na wynik (oprócz Zimocha) wpłynęło również nasze położenie geograficzne, zabory i komuna :)))

Dlatego tym bardziej chciałam, żebyśmy wygrali.
By udowodnić, że my też potrafimy.

Niestety nie udało się.
Teraz wszystkie plusy dodatnie związne z Euro mnie już nie cieszą.
No szkoda, szkoda, szkooooooda.

A do tego mam okrutne wyrzuty sumienia, bo nie wiem ile razy w ciągu ostatnich paru godzin miałam ochotę zakneblować moje dzieci.
Bo oni "tylko chcą coś powiedzieć".
Cholera jasna, na gadanie im się zebrało!!!!
I na wyszywanie krzyżykami (nawlec, policzyć kwadraciki, wytłumaczyć, poprawić)
I na robienie kalendarza (kolorowe gazety potrzebne)
I na granie w nową grę (A kto objaśni zasady?)
I na zgłębianie tajników 'futbolu' (Mamo, a ten to jest Czech?)

          

A teraz, dla rozładowania emocji oglądam Dzień Świra.

Akurat leciało zaraz po meczu :))

Nienawidzę tego filmu!!!

Na potrzeby dzisiejszego rozładowania emocji jest jednak idealny.

"Ku*wa, ja pier*dole".

__________________________________________________________________________

Ps.

Dialog małżeński.
Występują:
- słomiany kibic, nieobecna duchem Fidrygauka Zdruzgotana
- mąż rzeczonej

Scenografia:
salon, papierki po nerwowo jedzonej czekoladzie, walające się puste torby po czipsach, porzucony haft krzyżykowy na podłodze, zaduch

Czas:
okolice 21:30 czasu Greenwich

Mąż: Kiedy Polacy ostatni raz odnieśli sukces w piłce??!! W 1982.  To ile lat temu?

Fi Zdru:  Oj daj mi spokój! Nie znam się na piłce. :))

To tyle, w kwestii futbolu.
Dziękuję Państwu za uwagę.
Następnego wpisu z tym tagiem już raczej na tym blogu nie będzie.

sobota, 09 czerwca 2012

Wyznam wam tajemnicę.

Przez trzy lata kochałam się namiętnie, a potem nawet spotykałam przez ponad rok z bramkarzem (i żeby gramatycznie i faktograficznie wszystko się zgadzało wyjaśniam, iż kochałam się w, a spotykałam z :))
Takim prawdziwym, zawodowym (choć nie pierwszoligowym :)) bramkarzem.

Mało tego!
Mój mąż - wieki przed poznaniem mnie - był piłkarzem trzeciej ligi (podpowiada mi tu z drugiego końca sofy, że mogli wejść wyżej, ale wszystko się rozsypało o ustawki i kłótnie o pustaki dla menedżera :))

Byłego - z przyczyn oczywistych wyparłam ze świadomości, tym bardziej, że nie mógł się zdecydować czego w życiu chce. Raz twierdził, że chce mnie, a potem wycofywał się rakiem, czym mnie skutecznie wyleczył z nieszczęśliwiej miłości.
Bo romantyzm romantyzmem, ale ja konkrety lubię.

Współczesny pożegnał się z piłką na studiach i już nigdy później nie ciągnęło go do niej na tyle, by chociażby przekazać tę pasję naszym synom.

Doprawdy, zachodzę w głowę, jak to się stało, że ani jeden ani drugi nie zarazil mnie miłością do futbolu.
Ba! Ani jeden ani drugi nie zaciągnął mnie nawet na żaden mecz.

Z piłką nożną nie było mi po drodze nawet przez osiem lat szkoły mistrzostwa sportowego, może dlatego że trenowałam w klubie, który w piłkarskim rankingu stał dużo niżej niż Legia Warszawa :)

Szczerze powiedziawszy z ledwością w ogóle rozumiem co to jest karny.

A o sportowych poczynaniach byłych i obecnych przypomniałam sobie dziś z łezką w oku, oglądając mecz inauguracyjny Polska:Grecja.

I po tylu latach dziś nareszcie odkryłam, dlaczego nie jestem fanką futbolu.
Doznałam oświecenia!!!
Potrzeba mi było do tego emigracji i Euro rozgrywanego w Polsce.
I emocji dzisiejszego dnia.

Przyczyna jest bardzo prosta: TO NIE NA MOJE NERWY!!!

Przeczytałam sobie dziś relację Z Czuba, a potem, z parogodzinnym opóźnieniem, dzięki gościnności BBC iplayer, obejrzałam otwarcie Euro 2012.
Bardzo mi się podobało, mimo iż zdążyłam wcześnie przyuważyć komentarze o jakichś meduzach :)).

Podobało mi się pianino i Chopin, który - co z wielką mocą podkreślali angielscy redaktorzy - był Polakiem :))

A potem cały mecz, którego wyniki już i tak znałam.

Nieeee, to naprawdę nie na moje nerwy.

Próby usiedzenia w miejscu przez 45 minut w stresie, że zaraz się stanie coś tragicznego, to ja przeżywałam dawno temu, na lekcjach matematyki.
Teraz, po ponad dwudziestu latach, gdy mój system nerwowy jest już mocno nadwyrężony, nie jestem przekonana, czy powinnam dostarczać mu takich emocji.

Jest 3:04, a mi się wciąż nie chce spać. I to wcale nie z powodu zęba :)

A tak swoją drogą, to śmiesznie się ogląda relację z polskiego meczu, komentowaną przez angielskich dziennikarzy, którzy co prawda na początku z lekko wyczuwalnym politowaniem nazawali nas jedną z najsłabszych drużyn (współczując niejako presji spoczywającej na gospodarzach), to jednak za chwilę chwalili bardzo i stadion i atmosferę i entuzjazm polskich kibiców.

Nie omieszkali też poruszyć temat (potencjalnych) rasistowskich wybryków, ale ładnie go obeszli, zamiast drążyć.

A po meczu bardzo pozytywnie wypowiadali się na temat obu drużyn i nawet język się im nie plątał przy tych wszystkich Szczęsnych, Błaszczykowskich i Lewandowskich.
Tylko z /ń/ nie dali sobie rady i wyszedł im 'Tytonio'.

No właśnie, a skoro mowa o 'Tytonio', to ...  ma facet nerwy.
Ja o mało co nie zeszłam na zawał.

Nie wiem, czy zniosę jeszcze jakiś kolejny mecz.
Nie wiem, czy pójdę do pubu oglądać dalsze rozgrywki.
Mam dzieci. Muszę jeszcze trochę pożyć.

Ale  ...

Dobrze jest!

Myślę, że Polska - jako gospodarz - stanęła na wysokości zdania :)
Już pal licho wszystkie spory i dywagacje.
Pal licho wyliczenia strat i zysków.
Na to pewnie przyjdzie pora.

Teraz jednak trzymam kciuki jeszcze mocniej!
Za polską drużynę i za promocję Polski!

piątek, 27 kwietnia 2012

W sobotę, po porządnym wyspaniu się we własnym łóżku, po zawaleniu całego salonu górą prania (z błogą satysfakcją, że już nikt nie każe mi go składać na komendę), po zjedzeniu śniadania 'na sobie', siedząc wygodnie na mojej sofce (odświętność odświętnością, ale wszystko ma swoje granice ;)), po poustawianiu kwiatków i innych elementów wystroju na pozycje wyjściowe* udałam się do Nails Parlour w celu doprowadzenia do stanu używalności rąk mych biednych, steranych, zapuszczonych ciągłym sprzątaniem i gotowaniem.

Nie liczyłam na ciszę i spokój, jako że lecące tam na okrągło mózgotrzepiące rytmy w wykonaniu gwiazdeczek hip-hopu i street-dance'u nie działają wyciszająco.
Choć oczywiście yo man, szacun, ziomale!
Ani ja tak jestem w stanie tak szybko nawijać, ani tym bardziej tak się wyginać.

Mimo stylistyki obcej dla mojego ucha, nowoczesna "poezja" śpiewana wykrzyczana wyklepana zrytmizowana z lekką linią melodyczną (uff!) w stylu wassup man? you walkin, I not need no takin, you man fuck no nothin, I ain't get you somethin, yo! po krótkim okresie adaptacyjnym zaczyna swoją monotonią działać na mnie jak mantra na Krisznowców. Mózg mi się zawiesza i mogę się na chwilę wyłączyć (Kto to widział, żeby tak ciągle myśleć i myśleć?! :))

Tej soboty jednak było jakoś gwarniej. Okazało się, że akurat odbywały się wyścigi konne.
Jedna z ulubionych rozrywek Anglików, z Jej Królewską Mością na czele.

Po krótkim okresie oczekiwania na swoją kolejkę zostałam zawezwana przez panią manicurzystkę do stolika. Pani była tu nowa, jej twarz wydała mi się jednak znajoma.

"Ja cię znam!!!" - wydarla się entuzjastycznie na mój widok.

Musi też rozpoznała moją facjatę.
Po szybko przeprowadzonym śledztwie okazało się, że zaczęła tu pracować od niedawna. Wcześniej pracowała w American Nails.
Ja też tam wcześniej chadzałam, ale miałam już serdecznie dosyć takiej jednej Pani Paznokciowej, na którą dziwnym zbiegiem okoliczności ciagle trafiałam.
Zgadnijcie której ;)

Pani była miła i dokładna (choć jej rozumienie zwrotu 'krótkie, zaokraglone paznokcie" było zdecydowanie inne od mojego). Zalazła mi jednak za skórę notorycznym przeprowadzaniem wywiadów z moją skromną osobą.

A ja zdecydowanie nie przepadam za oznajmianiem całemu światu (no dobra, paru babkom na sąskiednich krzesłach) ile mam dzieci i w jakich szkołach, gdzie mieszkam, na czym polega moja praca i jak zamierzam spędzić weekend.

Moja asertywność nie osiągnęła (jeszcze?) poziomu pozwalającego mi spławiać intruzów werbalnych w sposób kategoryczny i zniechecajacy do dalszego wysiłku.
Kłamanie też idzie mi kiepsko.
Rośnie mi nos ;)
I pocą się ręce, co w momencie powierzenia ich manicurzystce - sami rozumiecie - gubi mnie.

Na ratowanie się ucieczką było już jednak za późno. Piłowanie i przepytywanie rozpoczęły się symultanicznie, zanim jeszcze zdążyłam porządnie usiąść.

Oprócz bariery emocjonalnej przeszkodą w przymusowej konwersacji była maseczka na twarzy 'Pani Redaktor'. Chroniąc przed wdychaniem pyłu skutecznie tłumiła też głos nie dającej się zbić z tropu interlokutorki.
Musiałam więc (zamiast się wyłączyć) włożyć dodatkowy wysiłek w zrozumienie ciężkiego mandaryńskiego akcentu.

Do zaburzeń akustycznych dołączyły także dochodzace z plazmy okrzyki dżokejów, piski podekscytowanych panienek, które zdążyły wcześniej obstawić parę koni przed oraz międzypracownicze dialogi w języku chińskim.

Zamiast więc się relaksować musiałam nadstawiać uszu i myśleć nad wymijającymi odpowiedziami. W pewnym momencie, adekwatnie do sytuacji, padło pytanie czy obstawiam na wyścigach, na które zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że zbyt cieżko pracuję, bym chciała finansować cudze wygrane.

Pani aż zamarła z wrażenia.
A z nią cały Nails Parlour.
Poczułam na sobie zgorszone spojrzenia, a cisza jaka nagle zapadła była bardziej wymowna niż w scence z Mojego Wielkiego Greckiego Wesela:

Pani jednak zamiast ratować sytuację niczym ciotka Voula, brnęła dalej.
"To losów na loterię też nie kupujesz?!" - w jej głosie mino nutki podziwu dominowało jednak najprawdziwsze zgorszenie.

Na pewno byłabym dalej przeptywana w sprawie moich poglądów hazardowych, ale akurat rozgrywała się końcowa gonitwa, więc wszyscy wstrzymali oddechy.

Ja zaś patrzyłam się na to widowisko z przerażeniem w oczach (uświadomiwszy sobie, że chyba pierwszy raz życiu - poza kilkoma przypadkowymi migawkami - oglądałam wycigi konne).

Upokorzone, poganiane palcatami, przerażone krzykami zwierzęta pędziły na oślep w zdziczałym galopie. Dżokeje podskakiwali, masochistycznie obijając swe 'klejnoty rodowe' o siodła i żądni zwycięstwa pienili się nie mniej niż konie, którch dosiedli.

Nagle, przy pokonywaniu jednej z ostatnich przeszkód dwa konie zahaczyły o barierę i upadając złamały sobie nogi.
Musiały zostać uśpione na miejscu.
Uczucia widzów były również usypiane przez prowadzącego imprezę i zapewniającego wszystkich, że konie zostały uśpione w sposób humanitarny i że było to jedyne z możliwych rozwiązań.

Zresztą cały wyścig był dramatyczny. Z czterdziestu jeźdźców do mety dojechało tylko piętnastu.

A następnego dnia w każdej możliwej gazecie były wywiady z właścicielem konia, panem Peterem Nelsonem, który płakał dziennikarzom w rękaw, że piękny koń, że wychowywany od źrebaka, że taka strata, że już nigdy więcej nie będzie wystawiał żadnych koni na wyścigach.

I tylko szkoda, że dopiero śmierć According to Pete (czyli dosłownie tłumacząc 'Według Piotrka', bo takie nietypowe imię nosił koń) pupilka wypieszczonego i kochanego jak przyjaciela uświadomiła mu, że nic sportowego w tym widowisku nie ma.

Nie raz już pisałam, że dla mnie zwierzęta mogą istnieć tylko na szklanym ekranie i w albumach. Nie jestem aktywistką na rzecz lepszego traktowania zwierząt (bo ogólnie nie jestem aktywistką).

Ale szlag mnie trafia na takie marnotrawienie życia.
Na bezmyślność.
Na tanie uciechy tłuszczy, składającej ofiarę na ołtarzu Bogini Rozrywki.
I na głupią, chorą, przerażającą dominację człowieka nad wszystkim, co się rusza lub nie, w celu zaspokojenia - przecież nie zwierzęcych - instynktów.

I mogę przymknąć oko (albo wyłączyć telewizor :)) jak sami się naparzają po pyskach.

Ale w przypadku zwierząt, które nie mają wyboru, które na własną zgubę są nauczone posłuszeństwa (choć co ciekawe, drugi uśpiony koń, Synchronised, podobno wcale nie chciał startować i dżokejowi długo zajęło dosiadanie i okiełznanie go przed gonitwą) to nic innego jako okrutny spektakl pod szczytną nazwą 'sport'. Lub jakiś inny cyrk.

Splątane końskie ciała, przeraźliwe rżenie obolałych i zszokowanych zwierząt i ogólny zamęt ostudziły nieco 'sportowe' (lub raczej hazardowe) emocje piszczących panienek. Wszyscy na raz zaczęli paplać, że o matko jaka szkoooooda. No bożesztymój popatrzcie jak strasznie przykro.

Nagle zadzwonił telefon.

Pani Manicurzystka przerwała pracę nad krzywiznami moich paznokci i zaczęła się wsłuchiwać w gadający jej do ucha głos. Z każdą chwilą gęba jej się co raz bardziej rozjaśniała w promiennym uśmiechu.

"Oh, my God! Oh, my days!" - zaryczała mi do ucha, po odłożeniu na bok słuchawki. "Moje dzieci wygrały na wyścigach! Wygraaaaaaaały!"
Oczy jej się zaszkliły, a duma o mały włos nie rozerwała jej matczynej piersi.

"A wiesz co jest najśmieszniejsze? Źe one nie mają pojęcia na czym to polega. Po prostu wybrały karteczki z odpowiednimi kolorami!

Tak, to było doprawdy najśmieszniejsze.
Lub jak ktoś woli, najbardziej groteskowe ...

 

_____________________________________________________________

*rzecz miała miejsce tuż po wizycie teściowej; z jakichś powodów nie miałam nastroju dokończyć tego wpisu wtedy :)

czwartek, 22 września 2011

Jeśli chodzi o uprawianie sportu, to się nie będę wypowiadać, bo wstyd się przyznawać.
Owszem, kiedyś trenowało się i to i owo (i nie mówię o łucznictwie :)), ale teraz to już tylko zadyszka.
Oglądanie sportu to już w ogóle mnie nie bawi.
Na szczęście mój mąż nie jest nawiedzonym kibicem piłki, a zresztą od lat nie posiadamy telewizora, więc nie ma kłótni o kanały (mecz Arsenal vs. Eastenders - just kidding :))

Owszem, czasami na jakiś mistrzowski mecz w nogę mogę z podziwem popatrzeć, bo dla mnie to jest niepojęte, jak można NOGAMI w ogóle wprowadzić piłkę w ruch (wcelować w nią czyli) o innych akrobacjach nie wspominając.
Łyżwiarstwo figurowe, gimnastyka artystyczna i dobra lekkoatletyka też ujdą (jak akurat mam okazję :)).

Są jednak takie sporty, że patrzeć się nie mogę:

Czytaj dalej ...

 

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire