mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży

Społeczeństwo

czwartek, 18 kwietnia 2013

Każdy z nas ma na koncie jakieś pokrętne skojarzenia, dziwaczne przemyślenia, nielogiczne zachowania.
Czasami - jak mi się to ostatnio zdarzyło - przechodzący ulicą rudzielec może wywołać lawinę myśli tak skomplikowaną, że by odpowiedzieć na pytanie męża, dlaczego tak ni z gruszki ni z pietruszki wspomniałam naszych niewidzianych dawno znajomych, trzeba długo odtwarzać sobie w głowie ścieżki połączeń w mózgu.
Gdy, cofając się, dotałam do Bogu ducha winnego, ognistowłosego chłopaczka, oboje wybuchnęliśmy histerycznym śmiechem.
Ot, kobieca logika.

Tak samo było z dniem, w którym zaczęłam się starzeć.

Czytaj dalej ...

 

środa, 22 sierpnia 2012

Do opisu moich pierwszych polskich wakacji zabierałam się jak pies do jeża.

Najpierw próbowałam delikatnie wybadać grunt, bo wiem, że to temat drażliwy.
Co prawda to mój blog i w imię wolności słowa mogę sobie na nim pisać, co mi się żywnie podoba, ale ...

 

 



Czytaj dalej ...

środa, 25 kwietnia 2012

Tak jak obiecałam wklejam zdjęcie - alfabet wojenny.

Moją uwagę przyciągnęła najpierw swastyka, a później feeria barw. Swastyka mnie tak bardzo nie dziwi, bo w dzielnicach hinduskich ...

 

Czytaj dalej ...



wtorek, 10 kwietnia 2012

 

Moje wyobrażenia na temat świętowania po angielsku są uformowane na podstawie obserwacji własnych, dialogów zasłyszanych i paru artykułów z prasy mało ambitnej.

To, co napiszę, nie będzie zatem ani prawdą objawioną, ani dogłębną analizą antropologiczną.

Będą to - co podkreślam, uprzedzając ewentualne ataki i oskarżenia (które mnie jeszcze od czasu pisania tego bloga nie spotkały, ale kto wie, kto wie ... :)) - moje WRAŻENIA.

A wrażenie mam takie, że ...

 

 

 

Czytaj dalej ...

czwartek, 08 marca 2012

Nie chciałabym przedobrzyć i przeciągać tego tematu, ale ... no muszę.
Chcę. Jeszcze ten jeden raz.
Dla porządku, dla ułożenia ostatniej części układanki, dla samej siebie.
Zresztą wygląda na to, że mam tendencję do tryptyków :)

Także z góry przepraszam, za przynudzanie, ale - słowo harcerza - to już ostatni wpis z tej serii.

Dokument "Death Unexplained" miał, jak się okazało, tylko trzy odcinki.
Ten ostatni, udostępniony już po moim wpisie, był jednak równie wciągający.

Po pierwsze dlatego, że pojawił się polski wątek.
Polak wpadł pod pociąg metra i zginął na skutek uduszenia się. Jego klatka piersiowa ugrzęzła między zatrzymującym się na stacji wagonem, a przegiem peronu. Był pijany (choć podobno rzadko mu się to zdarzało).

Najpierw długo siedział na peronie, zaczepiany przez paru podróżnych, którzy zainteresowali się jego losem.
Później w pijanym widzie (lub samobójczej desperacji - to było przedmiotem dochodzenia) ruszył na koniec peronu, wszedł za bramkę z napisem Staff Only i ze znaczniem sygnalizującym wysokie napięcie (ach, ta polska fantazja!) i porażony prądem, lub powalony podmuchem ze strony nadjeżdżającego pociągu wpadł pod wagon. Na stacji Hanger Lane, którą mijam codziennie ...

Miał niebywałego pecha, bo mimo iż w londyńskim metrze wszędzie są napisy 'Mind the gap", to szczelina między podwoziem a peronem rzadko kiedy jest na tyle duża, by zmieścił się w nią potężny mężczyzna...

Miała pecha, cholernego pecha, jego żona, którą zostawił z dwuletnim synkiem w Polsce, która nie dość, że musiała przejść przez koszmar śmierci męża, gdzieś na obczyźnie, to jeszcze musiała się borykać z nieznanymi jej zawiłościami angielskiej kultury.

Bo co to, do jasnej cholery, jest jakiś koroner? Dlaczego nie chce wydać ciała męża? Bo nie wiadomo, kiedy pogrzeb, bo niezliczone telefony do Konsulatu, bo rozpacz, bo nieznajomość angielskiego, bo niemoc, bo milion niewyjaśnionych pytań ...

Bo dlaczego akrurat się upił, skoro generalnie stronił od alkoholu?
Dlaczego wysiadł stację wcześniej i przekimał 35 minut na peronie?
Co go pchnęło w zakazane rewiry?
Czy stracił pracę, czy przeżywał jakąś tragedię, czy stał się częścią 'polskiej fali samobójstw'?

Fala ta przetoczyła się przez Anglię jakieś 4-5 lat po dzikiej "emigracji unijnej '2004".
Wtedy to koroner Alison Thompson miała ręce pełne roboty, rozpatrując liczne samobójstwa Polaków, głównie przez powieszenie.
Na skutek rozczarowania angielską rzeczywistością?
Na skutek bankructwa?  Rozpadu rodziny? Niemożności powrotu? Spalenia mostów? Poczucia klęski? Alkoholizmu?

Wyrok w sprawie Marcina zapadł po ... 9 miesiącach.

***

Czasami dochodzenie w sprawie śmierci indywidualnych osób ma przełomowe znaczenie nie tylko dla rodziny zmarłego.
Wyniki badań patologów mogą rzucić światło na zjawiska w szerszej skali, jak np. śmierć w wyniku pylicy płucnej (azbestozy), na którą zaczęło umierać co raz więcej tynkarzy i robotników budowlanych. Nawet jeśli ten konkretny pacjent nie umarł z powodu azbestu, to jego przypadek pozwolił wyodrębnić oddzielną kategorię tzw. śmierci industrialnych z bardzo szerokiej pojęciowo grupy chronicznych chorób układu oddechowego.
Samobójcza śmierć w wyniku przedawkowania nielegalnych w Zjednoczonym Królestwie leków obnaża łatwość, z jaką można nabyć te leki przez internet.
Koroner zamierza zgłosić tę kwestię do odpowiednich organów ścigania.
Jeśli da się dzięki temu ochronić, choć jedną osobę, to gra jest warta świeczki.

Czy jednak się da?

Sue, siostra zmarłego Michaela wie, że po prostu nadszedł taki dzień, kiedy jej brat uznał, że dłużej już sobie nie da rady z demonami z przeszłości. Że molestowanie seksualne i będące jego skutkiem depresja i alkoholizm nie dały się oswoić. I mimo leków i terapii, mimo akceptacji rodziny, mimo dobrych relacji z siostrą, wspólnie spędzanego czasu Michael podjął decyzję o przecięciu linii życia.
Sue wie, że nikt nie mógł go zatrzymać.

***

Kolejny aspekt pracy koronera, to rozpoznawanie zwłok ofiar masowych wypadków.
Tak było w przypadku Word Trade Centre, zamachów bomowych na Bali, bożonarodzeniowego tsunami i ostatnio, rok temu w przypadku trzęsienia ziemi w Christchurch w Nowej Zelandii, która jest miesjcem zamieszkania wielu Brytyjczyków.

I przyznam, że ta część zaskoczyła mnie najbardziej.
Struktura polskiej emigracji jest zupełnie inna niż angielskiej. My wyjeżdżamy 'za chlebem', zamykamy się w swoich małych społecznościach, na Jackowie, na Ealingu, na Hammersmith, gdzie bliskość polskiego sklepu, darmowy Goniec, zapach swojskiej kiełbasy i ogłoszenia w sprawie pracy przywieszane na małych, wyrwanych z notesu karteczkach dają nam poczucie przynależności (grubo upraszczam, ale nie wnikajmy - napiszę kiedyś więcej, to podyskutujemy sobie :))

Anglicy wyjeżdżają głownie w celach turystycznych lub 'matrymonialnych' - czyli przeprowadzają się do kraju partnera. O takie związki, przy tabunach goszczących tu obywateli Wspólnoty Narodów, nie trudno.

W związku z tym dużo częściej padają ofiarami wymienionych wyżej klęsk i katastrof.

A rodziny nie tylko chcą pochować zwłoki.
W pierwszej kolejności, chcą potwierdzenia, czy aby na pewno, czy może gdzieś pod gruzami, czy pomylone imię, czy jest jeszcze iskierka nadziei.

Zadaniem koronera jest zatem zorganizować - z logistycznego punktu widzenia niesamowicie trudne - przedsięwzięcie, jakim jest identyfikacja dziesiątek zwłok, masowo przywożonych do kraju.
Alison jest jednym z koronerów mających doświadczenie w organizowaniu zbiorowych repatriacji. W końcu największe w kraju lotnisko Heathrow leży w jej jurysdykcji.

Po tsunami, przy 5-6 ciałach dziennie trzeba było wybudować polową kostnicę, na ulicy, na tyłach lotniska.

Tego typu operacja niesie za sobą największe ryzyko pomyłek. Pani Thompson przyznaje, że zdarzały się ciała włożone do trumien z innym imieniem, a jeden błąd w identyfikacji pociągał za sobą lawinę problemów.

W przypadku klęsk żywiołowych 'oczy i uszy koronera' lecą na miejsce wypadku. Metropolitan Police zakłada tymczasowe bazy na terenie jednostek wojskowych i zaczyna poszukiwania obywateli brytyjskich, wpółpracując ściśle z lokalnymi służbami.

Wyjątkowo poruszyły mnie wypowiedzi policjantów, którzy z niebywałym wyczuciem wypowiadali się o swojej misji i wczuwali się w sytuację rodzin oczekujących na jakikolwiek znak od swoich najlbiższych.

Tak jak państwo Barbara & Barry z Suffolk, którzy natychmiast po usłyszeniu wiadomości o trzęsieniu ziemi w Christchurch próbowali skontaktować się z synem Philem.
Ich jedynym synem. Lojalnym, opiekuńczym chłopakiem ze wschodniej Anglii.
Nie był materialistą, nie gonił za pieniędzmi. Do Nowej Zelandii wyprowadził się wraz z żoną, w jej rodzinne strony.



Po ślubie w Anglii natychmiast wyjechali na Antypody, zamieszkać w nowo kupionym domu. Odpowiadał im spokojny, mniej zwariowany, prosty styl życia na prowincji świata. Po sześciu miesiącach od przeprowadzki 41-letni Phil, zmęczony karierą w londyńskim City, rozpoczął studia.

Tego pamiętnego poranka wsiadł do autobusu wiozącego go na uczelnię, na drugi dzień zajęć. Chciał złapać wcześniejszy autobus, by się nie spóźnić. Zdążył jeszcze zadzwonić do rodziców i opowiedzieć im, jak przebiegł jego inauguracyjny dzień na uczelni.
Autobus 704, którym jechał został zmiażdżony przez zwalający się pod wpływem trzęsienia ziemi budynek.
Wtedy jeszcze jego rodzice wciąż próbowali się z nim skontaktować. Jego żona udzieliła wywiadu lokalnemu radiu i poprosiła Phila, by dał jakiś znak życia i się odnalazł ...

 

Czasami po katastrofach zostają tylko zwęglone szczątki.
Najpierw trzeba ... odróżnić spalone fragmenty: ludzkie od np. części budynków.
Wtedy do akcji wkraczają antropolodzy, którzy np. po długości kości czy budowie szczęki potrafią ocenić wiek, płeć i pochodzenie etniczne ofiar.

Tutaj, z czterech pytań Kto, Gdzie, Jak, Kiedy, "Kto?" - zwykle najbardziej oczywiste - staje się najważniejsze.

Potężny sztab ludzi pracuje nad zebraniem materiałów, z któch można wyodrębnić materiał genetyczny lub odciski palców, potrzebne do identyfikacji zwłok.

O ile to możliwe, identyfikacji dokonuje się na miejscu wypadku w polowym biurze lokalnego sędziego śledczego. Świadkami są policjanci. Dowodami materiał przed- i pośmiertny: porównanie odcisków palców, porównanie znalezionych przy zmarłym przedmiotów i tzw. dowody sytuacyjne, potwierdzające np. prawdopodobieństwo przebywania danej osoby w danym miejscu.

Jeśli dowody są wystarczające, to ciało z numerem 'dostaje' imię.
Wzruszający i podniosły moment dla wszystkich zaangażowanych w sprawę.

***

Moje początkowe ździwienie odnośnie tego, ile ludzki jest zaangażowanych w wyjaśnianie zagadek śmierci i jak ogromne są tego koszty, przerodziło się w pewnego rodzaju podziw.

Podziw nad ciężką pracą i szacunkiem dla ludzkich istnień. Nad tym, jak w codziennej pogoni ważne jest zatrzymanie się, refleksja na czyimś życiem, dostrzeżenie w zmarłym człowieka, a nie tylko przedmiotu autopsji.

I nad postawą, że wyjaśnienie przyczyny śmierci jest oczywistym prawem każdej rodziny zmarłej osoby.
Nawet, jeśli końcowy wyrok brzmi: Accidental Death (śmierć w wyniku nieszczęśliwego wypadku).

By mogli uczcić śmierć najbliższych. By mogli uczcić ich życie.

***

A teraz - jak jeszcze nie macie dość - możecie sobie zobaczyć, czy mówiłam prawdę, całą prawdę i tylko prawdę :)
(mam nadzieję, że nie będzie ograniczeń, ze względu na kraj i że filmy nie znikną ze względu na łapamie praw autorskich BBC :))

 

piątek, 17 lutego 2012

Uprzedzam lojalnie, że dwa najbliższe wpisy będą o śmierci.

Nie emocjonalne.
Nie osobiste.
Nie o Madzi z Sosnowca.

Raczej kulturowo-anegdotyczne.

Nie, nie mam obniżenia nastroju ani myśli samobójczych.
Nie fascynuję się tematem śmierci.
Wręcz od niego uciekam.

A zatem?

Obejrzałam pewien dokument i tak mnie naszło na rozważania paraegzystencjalne, że musiałam zapisać swoje refleksje - ale jeśli ktoś nie jest w nastroju, to zapraszam za jakieś dwa tygodnie :)
 
BBC słynie we wszechświecie ze świetnych dokumentów.
Wybór tematów, analityczne podejście do zagadnienia, przeplatane rzetelnością dziennikarską i znajomością granicy dobrego smaku dają (najczęściej) efekt znakomity.

Seria pt."Niewyjaśniona śmierć" nie jest może majstersztykiem godnym szerszego rozpropagowania.
Pierwszy odcinek - na który, jak zwykle, pyknęłam przypadkowo - wciągnął mnie jednak potężnie.
Wcale nie złożonością zagadkowych śmierci czy szokującymi obrazami, ale ... poprzez nagłe uświadomienie sobie faktu, jak wiele ludzi zaangażowanych jest w pośmiertną logistykę.
Ile ludzi i ile pieniędzy.

Czytaj dalej ...

 

 



niedziela, 22 stycznia 2012

W Polsce bywało czasami trudno.
Siedem Agnieszek w jednej klasie, na ten przykład.
I wszystkim siedmiu naraz stawało serce, gdy nauczyciel zaczynał wyczytywać imię kandydatki do odpytywanka.

Prawdziwe schody zaczęły się jednak dopiero gdy zamieszkałam za granicami naszego pięknego, swojskiego kraju.
Nagle otoczyło mnie tyle 'dziwacznych' imion z całego świata.
Jak to wszystko spamiętać?
Jak to wymówić?

Prawie zawsze zapominałam jakie imię ma osoba, która się właśnie mi przedstawiła.
Starałam się więc tak lawirować, żeby nie wymawiać tego imienia, co nie jest takie trudne, bo po angielsku mówienie sobie 'na TY' to norma.
Choć o ile dobrze pamiętam z historii z języka, to 'you' oznaczało kiedyś tylko liczbę mnogą, czyli brzmiało trochę 'z rosyjska': A wy, panie hrabio, co myślicie na ten temat?

Tym niemniej teraz się wszyscy 'tykają' co dla Polaków bywa nieco niezręczne.
Opowiadała mi koleżanka, pracująca w domu opieki społecznej, że długo nie mogła się przełamać i mówić do dziewięćdziesięcioparoletniego staruszka: Johnny, przyniosłam ci śniadanie, albo do dziarskiej osiemdziesięciolatki: Witaj Mary, jak się dzisiaj miewasz?
Przyznam szczczerze, że mi też ciężko przez gardło przychodziło zwracanie się do szefowej per Gemma. Wolałam Ms Brown.
Szkolne nawyki? Szacunek? Bo ja wiem?

Wracając do imion i do 'wybiegów' jakie stosowałam (oprócz lawirowania, rzecz jasna), to na ogół dobrze się sprawdzał numer w stylu: "Przepraszam, ale nie pamiętam, jak się WYMAWIA twoje imię".
Osobnik(-czka) się na to łapali i podawali mi poprawne brzmienie swojego imienia.
A wtedy mobilizowałam wszelkie moje zdolności intelektualne, by imię zapamiętać.
Na ogół się udawało.
Najczęściej starałam się sobie wymyślić jakieś skojarzenie.
Najdziwniejsze, które sobie przypominam to "głowa-dźwig", ale co sie dziwić, jak dziewczyna (Norweżka) się nazywała Hedvig.
Ale, jak widać, zadziałało skutecznie. Pamiętam do dzisiaj :)

 

 

Nadszedł jednak dzień, w którym zaliczyłam wtopę.

Pracowałam w studenckiej kafeterii z pewnym Niemiaszkiem.
Co środę o 7:30 zaczynaliśmy produkcję kanapek. Oboje z lekka zaspani. Oboje mechanicznie wykonujący swoje obowiązki: 6 rzędów po 5 bułek. Przeeee-króóóój! Masło smaru-smaru. Sałatka, szyneczka, serek myk-myk-myk. Pomidor, ogórek i folijka. Do lodówki-witrynki marsz!
Na gadki-szmatki czy budowanie relacji nie było czasu.
Nie miałam więc potrzeby używać jego imienia.
Po mniej więcej pół roku znajomości pewnego ranka w kafeterii zawitała babka, która zbierała dane o studentach. Na pierwszy rzut przyatakowała mnie. Po chwili spytała o imię koleżki.
Więc ja oczywiście daję z moją niezdolnością do wymówienia ...

Na to chłop się obruszył się wielce (a może to tylko tak groźnie zabrzmiało w jego niemieckiej angielszczyźnie) i oberwało mi się że 'Jak to nie umiem wymówić?! Przecież to nic trudnego wymówić imię Tis?!'

Uuuuuupsss, głupio mi było troszeczkę :)

Jakby problemów z dziwnymi imionami było mało, zmagałam się też z tymi w miarę swojskimi.

Bo jak tu się połapać kto jest kto, jeśli po angielsku (amerykańsku?) Chris to i Christopher i Christina, Sam to i Samuel i Samantha, a Jo to Joel i Josephine?
Zresztą tych imion żeńsko-męskich jest całe mnóstwo.
Paru Szwedów też nie ułatwiało mi życia. Jeden z przykładów to Ola i Olle - oba męskie (!) imiona - wymawiane (jak na moje ucho) niemalże tak samo : Uuule.
W moje grupie były też: Tilla, Teja i Taru (Albanka, Szwedka i Finka). Oj, zajęło mi to trochę czasu, zanim się nauczyłam je odróźniać.

Niestety, od tamtej pory nie zrobiłam zbyt wielkich postępów w kwestii zapamiętywania imion.

Jeśli chodzi na przykład o mamy kolegów moich dzieci, to pamiętam tylko Sonię, bo imię łatwe, a poza tym zdziwiłam się, że nosi je kobieta z Afganistanu, Nathalie, bo pytała się mnie czy mogłabym sprawdzić znaczenie jej imienia (tu, w tej międzynarodowej mieszance to bardzo częste pytanie), więc sprawdziłam i zapamiętałam, że znaczy tyle, co ... dzień urodzenia (po łacinie: dies natalis) i Herman (bo się zdziwiłam, że kobieta nosi takie 'męskie' imię).
Inne mi się przedstawiały, ale niestety ...
Mam nadzieję, że nie będę musiała się do nich zwracać po imieniu, albo że gdzieś kiedyś doczytam ukradkiem na jakiejś liście klasowych mam (i wtedy na pewno zapamiętam).

W ogóle Anglicy (A może tylko Londyńczycy?) mają niesamowitą wolność w nadawaniu imion i bez problemów czerpią z innych kultur. Jedno z najmodniejszych imion dziewczęcych (zresztą słodkich moim zdaniem) to Touloula (czyt. Tulula). Podoba mi się również dość popularne Imagine (ot, takie imię z wyobraźnią ;)). Mogłabym chyba też nazwać córkę kwiatowo - Daisy lub Lilly ale to imię dobre dla małych dziewczynek. A co z panią prezes Lilly?
Wcieło mnie też lekko, gdy pierwszy raz usłyszałam wątpliwej - dla polskich uszu - urody imię: Pippa. I dopiero gdy siostra Kate Middleton rozpoczęła swoje 'pośladkowe' podboje, dowiedziałam się, że to zdrobniała forma od Philippy.
A synek znajomej zostawał pod opieką Jesus, dziewczyny z Portugalii. (Po angielsku, gdzie nie ma odmiany, to brzmi nawet lepiej: Who is looking after your child? Jesus!)

Wiele imion to po prostu nazwy miejsc, kwiatów czy cech charakteru. Co więcej, przy rejestrowaniu dziecka w urzędzie można mu nadać JAKIEKOLWIEK nazwisko. Nie musi to być nazwisko ani ojca ani matki, choć oczywiście, jako rzecze ulotka, doradza się jednak nadać nazwisko rodowe, żeby uniknąć jakichś nieprzewidzianych trudności w przyszłości.

Do moich wpadek 'imiennych' mogę dodać również następującą historię.

Sekretarka ze szkoły mojego syna, zaszła w ciążę w mniej więcej podobnym czasie co ja. Siłą rzeczy wytworzyła się między nami swoista więź - dwóch dopingujących się 'ciężarówek'.
Jej córeczka urodziła się w wakacje, nie zdążyłam więc się z nią zobaczyć zanim poszła na urlop macierzyński. Kiedyś przypadkiem spotkałam na ulicy jedną z nauczycielek, która 'sprzedała' mi najnowszą wieść iż Wendy (sekretarka owa) urodziła córeczkę. Powiedziała mi też imię, ale ... oczywiście nie zapamiętałam. Jakieś tam skojarzenie tłukło mi się jednak po głowie.

Gdy Wendy wróciła do pracy, poszłam jej pogratulować.
Wyściskałyśmy się (to Murzynka, baaardzo ekspresyjna i bezpośrednia ;))
Spytałam oczywiście jak się miewa Venice.
Wielkie oczy Wendy wystarczyły, bym zrozumiała, że znowu zaliczyłam wpadkę.

You mean how is ... Geneva, don't you?

Eh, wiedziałam, że chodzi o jakieś miasto.
Cóż Wenecja nie leży tak daleko od Genewy ;))


Trochę szkoda, że swoich dzieci nie nazwałam na przykład York, Krakow czy Teneryfa.
Wyobraźcie sobie ...

'Niniejszym ogłasza się, że najlepszym studentem roku został pan York Kowalski'.
A może:
'Krakow! Krakow! Chodź pograć w piłkę!'
Albo: 'Teneryfa Kowalska, do tablicy!'
He, he, he ....

Śmiejecie się?
Moja koleżanka uczy w szkole chłopca o imieniu ... London.
A żeby było śmiesznie, chłopak jest uczniem West London Academy.
Jak bum-cyk-cyk! :)

Jako ciekawostkę uznałam też ostatnio informację, że najpopularniejszym imieniem nadawanym w 2011 roku w Wielkiej Brytanii jest ... Mohammed.
Co prawda aż w 12 wersjach (Muhammad, Mohamud, Muhammet itp.), ale jednak.
Zdetronizował wieloletniego zwycięzcę Jack'a.

W drugą stronę pewnie też nie jest łatwo.
Anglik bowiem za Chiny Ludowe nie wymówi imienia Maciek. Wersje pochodne to Madżik (magiczny), Mejżik lub Masek. Jacek to Dżasek, Edyta - Editor (czyli wydawca :)), Wanda - Łonda.
A i sami Polacy miewają niezłe problemy, szczególnie z przeliterowywaniem swych pięknych, słowiańskich imion.

Miałam kolegę o imieniu Jacek właśnie.
Spelling nie był jego najmocniejszą stroną.
Najbardziej myliły mu się litery: g,h & j wymawiane:[dżi], [ejdż], [dżej]), ale także a [ej] i [aj] oraz e[i].

Pewnego dnia zdziwił się więc bardzo, gdy przyszedł do niego rachunek na imię ... Jicak.

Mogłabym tak jeszcze długo ...

Ale pora iść spać.

Pa, pa!

 

Ps. A propos tego, co napisała w komentarzach Czerwonyberberys, to ja również nie mogą się nadziwić niektórym zestawieniom imię-nazwisko, a osoby mające nazwiska nawiązujące do ich zawodu śmieszą mnie podwójnie. Ogólnie w mojej rodzinie zawsze ryliśmy z nazwisk (wiem, że to nieładnie, ale taka już nasza ułomność), czego natomiast mój ślubny nijak pojąć nie może.
Ale powiedzcie sami - przykłady na które się natknęłam osobiście: Katarzyna Przydatek - ginekolog, Czesław Rzeźnik - pracownia futer, reprezentująca jedno z najlepszych liceów w Toruniu - Agnieszka Piernik. Ostatnio przyuważyłam z okien autobusu zakład pogrzebowy prowadzony przez pana Kaina (No ludzie!)


A tu jeszcze link do dyskusji na Forum Humorum o dziwacznych imionach :)

czwartek, 03 listopada 2011

Zanim przemkniecie wzrokiem do końca wpisu - zagłosujcie, proszę, w mini ankiecie.

I bez zaglądania do wujka Google, bo to nie egzamin, więc ściągać nie trzeba ;o).
To tylko dla zaspokojenia mojej ciekawości - jakiej liczby byście się spodziewali.
A potem możecie czytać dalej :)

Liczba dzieci poniżej roku zaadoptowanych w UK w ostatnim roku to:
poniżej 100
100-500
500-1000
1000-2000
2000-5000
powyżej 5000

A cały ten cyrk dlatego, że przeczytałam dziś wywiad z panem premierem na tenże temat i przyznam szczerze, że byłam mocno zaskoczona.

Sam mini-wywiad być w dość dziwacznym miejscu, a mianowicie w darmowym cotygodniowym magazynie Stylist. Raczej osobliwe miejsce na wywiad z głową państwa. Nieformalną, bo nieformalną (bo oficjalnie to rządzi Ela, a pan Cameron jest tylko premierem rządu Jej Królewskiej Mości :)) ale jednak głową. Ale to detal.

Okazało się jednak, że wywiad był nieprzypadkowy, gdyż w Wielkiej Brytanii obchodzony jest właśnie Tydzień Adopcji.
Dziennikarka przeprowadzająca wywiad, też została dobranna nieprzypadkowo. Po latach starania się o dziecko podjęła wraz z mężem decyzję o adopcji, więc 'była w temacie'.

W przeciwieństwie do mnie, która znam zagadnienie jedynie z kilku przeczytanych w necie rozmów lub felietonów. Ale - i mówię tu o Polsce - mam świadomość, że jest to często droga przez mękę i po przejściu przez proces weryfikacji człowiekowi się czasami żyć odechciewa.

Po hiper zbiurokatyzowanym systemie angielskim nie spodziewałam się czegoś  dużo lepszego.
Myślałam jednak, że przy dużo większej liczbie dzieci pozostających pod opieką prężnie działających Social Services, przy dużej liczbie nastoletnich matek, przy niezbyt opanowanym napływie emigrantów (czyli w tym kontekście ludzi, którzy nie mają tu żadnej rodziny, a więc i znikąd pomocy) dzieci potrzebujących kochających rodziców będzie więcej.

Co się jednak okazuje.
Dzieci pozostających pod opieką państwa jest sporo - w ostatnim roku 3360.
Zaadoptowanych jednak zostało tylko ... 60.
I mowa tu tylko o dzieciach do 1 roku życia, czyli takich, które chyba najmniej traumatycznie by przez ten proces przeszły.
Jest to o 20% mniej niż w zeszłym roku (co i tak jest moim zdaniem bardzo mało).

Dlaczego?

Jedną z przyczyn jest oczywiście machina biurokratyczna, którą premier obiecuje zlikwidować w tri miga (bo co ma powiedzieć, bidak). Sedziowie będą musieli szybciej wydawać wyroki skazujące dane dziecko na przybranych rodziców. Obecnie proces zaadoptowania jednego dziecka ciągnie się średnio przez 2 lata i 7 miesięcy.

Główna przyczyna leży jednak ... ni mniej ni więcej w politycznej poprawności.

Chodzi o to, że rodziny White nie mogą adoptować dzieci Black. I vice versa.
I to wcale nie dlatego, że zabrania tego prawo, ale jak to pan Cameron pięknie ujął "there is over-cultural sensitivity", czyli przewrażliwienie na punkcie różnic kulturowych. Takie niepisane prawo wśród urzędników adopcyjnych.

Przez prasę, telewizję, salony, pokoje, kuchnie i podwórka co i raz przetacza się dyskusja nad sensownością 'międzyrasowego mieszania rodzin'. Ja sama nie raz uczestniczyłam w dysputach (ostatnio przy okazji adoptowania synka przez Madonnę, choć tam dochodziły, oczywiście jeszcze inne kwestie - moralne, powiedziałabym). Na nie byli zawsze Murzyni. Nie bo nie, bo dziecko się nie odnajdzie, bo będzie cierpieć. Przyjęłam to jako ich punkt widzenia, bo nie mam doświadczenia w tej kwestii, więc ja mogłabym podważać ich 'argumenty'. Wewnątrz się jednak nie zgadzam. Chyba ....

Jestem w stanie zrozumieć, że istnieją obawy, jak takie dziecko może się w przyszłości czuć.
Bo to raczej dla wszystkich będzie oczywiste, że zostało zaadoptowane.

Ale tu argumentem koronnym jest już nie sam kolor skóry ale szeroko pojmowana tożsamość etniczna.

Czyli co?

To, jakim będę człowiekiem, jaką będę miał filozofię życiową, jakich wyborów będę dokonywał, jest zakodowane w genach? A wartości moralne, zainteresowanie historią jakiegoś kraju, czy miłość do ojczyzny mogą wpoić mi tylko ci, którzy pochodzą z tego samego kręgu kulturowego, co moi biologiczni rodzice?
Jak bym oddała swoje dziecko do wychowania Jamajczykom, to ono po latach nie chciałoby słuchać reggae, jeść yamów i ściełoby swoje dredy, bo by poczuło w sobie zew do kiełbasy wieprzowej, mazurków Szopena i przeszło w ramach młodzińczego buntu na katolicyzm?

Śmiem wątpić ...


Dzieci są wiernymi naśladowcami swoich rodziców i 'etnicznie' identyfikują się z nimi właśnie, a nie z jakąś enigmatyczną, nieznaną mu grupą kulturową.

I gdyby takie zalecenia wydawano w dość jednolitej etnicznie (eufemizm) Polsce, to bym się nie dziwiła.
Ale tu na Wyspach wyjątkowo dba się o to, by nikomu się krzywda nie działa i wszelkie komentrze na tle rasistowskim są natychmiast namierzane i omawiane. W szkołach kładzie się ogromny nacisk na to, by uczniowie umieli się zachować w stosunku do jakichkolwiek mniejszości (chociażby październik jest tzw. Black History Month). Uczy się szacunku do innych kultur, niepełnsprawności, inności. Zabawki, bohaterowie książek czy opowiadań mają różne kolory skóry i pochodzenie, organizowane są różnorodne festiwale i akademie na cześć. A i rodziny naturalne są tak etnicznie zmieszane, że czasami to od przybytku aż głowa boli.

Pomiętam, chodziłam kiedyś na kurs językowy i na pierwszej lekcji uczyliśmy się banalnych podstaw, czyli własnych narodowości. Więc ja Polish of course. A inni ... nie wiedzą tak naprawdę. Bo mama i tata mixed race, jedna babcia z Ghany hajtnęła się z dziadkiem z Irlandii, a druga Greczynka zawróciła w głowie Hindusowi.

Dlaczego więc odmawiać wielu pragnącym dziecka rodzicom adopcji tylko ze względu na kolor skóry? Czy to nie jest przypadkiem jakaś forma rasizmu?'

If you can make a match within a child's own race that generally leads to better outcomes.'

Nie neguję, że taki układ byłby lepszy. Problem polega jednak na tym, że rodzin etnicznie pasująch jest najzwyczajniej dużo mniej. Wynika to nie tylko z faktu iż  mniejszości etniczne są statystycznie mniej zamożne i chętne do wchodzenia w proces adopcyjny, który jest długi i skomplikowany, ale też z wielu czynników kulturowch właśnie.

Np. rodziny muzułmańskie czy hinduskie często traktują bezpłodość kobiety jako klątwę i adopcja nie jest uznawana jako antidotum na nieprzychylność wierchuszki.

Słyszy się też o ciemnych stronach adopcji mieszanych, ale czy kierowanie się takim argumentem nie jest przypadkiem wylewaniem dziecka z kąpielą?

 

A przy okazji gorąco polecam film Skin. Trochę obok tematu, ale - pisząc językiem szkolnych wypracowań - fajny, bo ciekawy i bardzo interesujący :))



 

 

ps. z kronikarskiego obowiązku wklejam dotychczasowe wyniki sondażu :)
tak jak przewidywałam - większość z was myślała o zdecydowanie większej liczbie.

 

poniedziałek, 31 października 2011

Przyrzekam solennie, że będzie to ostatnia w najbliższym czasie wzmianka o portalach społecznościowych, bo czuję, że zaczynam przynudzać.
Obiecałam jednak veni23 anegdotkę, więc dziś tryptyku część ostatnia.


Boję się, że to przeciąganie struny nie uczyniło nic dobrego, bo anegdotka jest całkiem zwyczajna, umiarkowanie śmieszna, lub - tragikomiczna, jak kto woli, a napięcie zbudowałam wokół niej godne co najmniej Kodu da Vinci. No, ale słowo się rzekło.

Otóż, otrzepując przycięte przez Naszą Klasę skrzydełka, nie fantazjowałam o innych portalach społecznościowych (znów tworzenie profilu, wklejanie zdjęć itp.). Zresztą każdy potrzebuje czasu, by się wyleczyć z pierwszej, nieszczęśliwej miłości :))

Długo więc ignorowałam wysyłane mi maile informujące mnie o czyjejś przemożnej chęci przyłączenia mojej skromnej osoby do grona facebookowych przyjaciół.

Aż pewnego dnia dostałam zaproszenie od mojej szefowej z pewnej organizacji charytatywnej, gdzie się udzielałam jako wolontariusz.


Dostałam nie tylko standardową, wygenerowaną automatycznie facebookową formułkę, ale też oddzielny list pełen nieukrywanej ekscytacji, zapraszający mnie do obejrzenia galerii zdjęć, zapoznania się z nadchodzącymi eventami i innymi atrakcjami.

Szefowej się nie odmawia tak?

Postanowiłam więc - dla świętego spokoju - przyjąć jej zaproszenie.
Wymagało to oczywiście założenia konta na Facebooku.
I podania swojego adresu mailowego.

W tamtym czasie posiadałam dwa.
Jeden z ramienia Wirtualnej Polski, używany w celach podtrzymywania (nieudolnie, jak się z czasem okazało) kontaktów ze znajomymi z nadwiślańskiego kraju, oraz na Yahoo, który założyłam sobie, by końcówka @yahoo.co.uk wyglądała bardziej wiarygodnie na podaniach o pracę, które akurat wtedy namiętnie rozsyłałam.

Moja angielska książka adresowa zawierała wtedy głównie maile osób, z którymi łączyły mnie kontakty służbowe. Albo 'organizacyjne', czyli różnych instytucji, z którymi kontaktowałam się w celu unormowania moich spraw na Albiońskiej Ziemi. Miałam ustawioną opcję automatycznego dodawania wszystkich 'korespondentów'. A uwierzcie - było ich sporo. Zresztą mam w zanadrzu parę ciekawych historyjek odnośnie załatwiania spraw urzędniczych w kraju rzekomo cywilizowanym. Kiedyś też opiszę.

Wracając do konta na fejsie ...

Jak postanowiłam, tak też zrobiłam.

Gdy wprowadziłam już wszystkie mniej lub bardziej prawdziwe dane do facebookowego profilu i nacisnęłam 'Załóż Konto' wyświetliła mi się podstrona:
"Zobacz, kto z twoich znajomych jest już na Facebooku"


Zalogowałam się, zgodnie z komendą, do yahoo-skrzynki (ach ta nieposkromiona ciekawość) dając dobrowolnie panu Zuckerbergowi dostęp do listy moich kontaktów.

Na prowadzenie wyłonili się ci, którzy już wcześniej mnie zapraszali.
Zaakceptowałam ich zaproszenia, zyskując na dzieńdobry dziesięciu przyjaciół :).
Facebook się jednak nie poddawał tak łatwo i nagabywał dalej.

"Czy może nie chciałabym zaprosić kogoś z pozostałej listy kontaktów?"

BOŻE UCHOWAJ!!! - pomyślałam w popłochu.

Szybko więc nacisnęłam przycisk 'Next' i stałam się szczęśliwą posiadaczką profilu na najbardziej coolowym portalu społecznościowym.

Kątem oka dostrzegłam jednak w sąsiednim okienku, że na skrzynkę na Yahoo przyszło do mnie 21 nowych wiadomości.

Ooo?! - zdziwiłam się niepomiernie nagłym zainteresowaniem moją skromną osobą i szybciutko przetransportowałam się do karty obok, by oddać się lekturze.

Zajęło mi (dość dłuuuugą) chwilę, by zajarzyć, co oznaczają te wszystkie 'mailer deamon' czy  inne 'out of office' wiadomości. Do czego ci ludzie piją, przecież ja nic nikomu nie wysy-ła- ...

Ożesz, @+%^&*}/*^$## ... wa!  (bulwa, larwa lub inna bździągwa).

Dotarło do mnie.

Obfitość tych monotematycznych maili oznaczała ni mniej ni więcej to, że ... moje zaproszenie do facebookowego grona przyjaciół otrzymali WSZYSCY obecni na mojej liście adresowej.
Tak, dokładnie ci, których za wszelką cenę chciałam ominąć.


I tylko nieliczni zmienili adresy mailowe lub byli na urlopie, zaszczycili mnie więc automatycną odpowiedzią. Pozostali mieli wkrótce przeczytać moje radosne zaproszonko.

Ale przecież ja nacisnęłam 'Next' bez przyłączania ich!!!
Ja NIE CHCIAŁAM ich przyłączać! Mamooooo !!! Matko jednyna !!!

Więc o co chodzi?

Wróciłam na Facebooka, wylogowałam się i zaczęłam zakładać kolejne konto, by prześledzić gada.
I wtedy zrozumiałam mój błąd.

Te wszystkie sugestie (tym razem użyłam swojej skrzynki na Wirtualnej) były już usłużnie ZAZNACZONE. Powinnam je była najpierw 'odklikać', żeby zostały zignorowane przy naciśnięciu guziczka 'Next'.
Czego niestety przy zakładaniu konta pierwotnego nie zrobiłam, wysyłając w świat głupawy tekścik o tym, jak super by było znowu się spotkać i poplotkować na 'wallu' (made by Facebook, ale czy to ma znaczenie?).

Do mojej szefowej z pracy.

Do szefowej z pracy, o którą się ubiegałam.

Do wykładowców z uczelni.

Do szkoły moich dzieci.

Do pani z gminy.

Do księgowego.

Do przychodni.

Do pani z biblioteki.

Do byłego landlorda.

Do supermarketu online, gdzie robiłam cotygodniowe zakupy.

Do agencji reklamowej, biura pośrednictwa pracy, biura podróży, właściciela portalu, na którym mój mąż ma stronę internetową, do firmy kurierskiej przesyłającej paczki do Polski, do instytucji nostryfikującej dyplomy, do organizacji charytatywnej i parudziesięciu sklepów internetowych (tych, gdzie np. składałam reklamację lub dopytywałam się o szczegóły) i wielu innych szacownych instytucji.

Słowem do milionów miejsc, organizacji i ludzi, którzy w najlepszym razie wzięli mnie za zwariowaną internautkę, a w najgorszym potraktowali jak osobę z lekka bezczelną i mało profesjonalną.

Owszem, napisałam za chwilę kolejnego maila, że proszę zignorować, że niechcący, że bardzo przepraszam.

Ale niestety, jak stara podwórkowa mądrość głosi: Pierwsze słow DO DZIENNIKA, drugie słowo DO ŚMIETNIKA :))

Najbardziej głupio mi było jak się moja pani profesor tłumaczyła przede mną po wykładach, że ona bardzo przeprasza, ale ona tego Facebooka to raczej niechętnie, także niestety mnie nie przyłączy.

To, że ziemia się pode mną nie zapadła potraktowałam jako znak z nieba, że może jeszcze mam parę rzeczy do zrobienia na tym ziemskim padole...

No, to miłego surfowania, blogowania, chatowania, updatowania, mailowania itp...

 



koszulka stąd



sobota, 29 października 2011

Facebook ewoluował do miana naturalnego następcy Naszej Klasy .
Wszyscy tam uciekali. Miał fajniejsze funkcje, przejrzysty interfejs i był międzynarodowy.
Mogłam więc odnaleźć znajomych z caluśkiego świata, a mieszkając parę ładnych lat poza granicami Polski (nie tylko w Anglii) miałam kilku przyjaciół odległych krańcach globu.


Scenariusz się właściwie powtórzył - z paroma osobami się spotkałam w czasie ich wojaży po świecie (z przesiadką na Heathrow :)), z kilkoma nadal utrzymuję kontakt mailowo-skype'owy, większość zaś tylko sobie tkwi na liście znajomych i nawet nie za często otrzymuję od nich update'y.

Na pewno 'zestaw przyjaciół' z fejsa odpowiada bardziej stanowi faktycznemu, tzn. są to moi bliźsi lub dalsi znajomi, ludzie z którymi łączy mnie coś więcej niż przesiedzenie paru lat w sąsiedniej ławce.
I naprawdę nie przeszkadza mi powierzchowność tych wirtualnych kontaktów.
Nie ma co załamywać rąk i bić na alarm.
Podobno w życiu nie można mieć więcej niż ...

Czytaj dalej ...

czwartek, 27 października 2011

'Naszą Klasę' pokochałam od pierwszego wejrzenia.
No i co z tego - ja się pytam - że obśmiewali ten portal wszyscy, że to był obciach się przyznać, że ma się tam konto, że psychologowie, socjologowie i pedagodzy doktoryzowali się w oparciu o zachodzące tam zjawiska społeczne, a moraliści i etycy bili na alarm, że spłycenie relacji, powierzchowność, głupota i pożeracz czasu? CO Z TEGO?

Czy miłość jest racjonalna? ;)

Ach, jakież to było zauroczenie!
Każda wolna chwila (akurat to były wakacje) spędzana na:

- zapisywaniu się do kolejnych klas i grup,

- przyjmowaniu zaproszeń od dawnych kumpelek i kolesiów,

- podziwianiu, jak (w przeciwieństwie do mnie) super wyglądają i dumaniu, jak oni to robią, że się w ogóle nie zestarzeli (z pewnymi wyjątkami),

- przecieraniu oczu na widok dawnych młodych gniewnch (irokezy, różowe włosy, hippie style itd.) wciśniętych w garniturki i szpilki,

- liczeniu ile dzieci mają (a zastrzegały/li się, że na faceta/babę nie spojrzą, a bachory to już w życiu),

- skanowaniu zdjęć wygrzebanych z albumów przez lata przechowywanych w piwnicy i wklejaniu ich do profili klasowych.

- wyszukiwaniu dawnych miłości (prawie żaden się jak na złość nie zarejestrował, a ten od Pierwszej Wielkiej nie dał swojego zdjęcia, dostęp zaś do jego zdjęć klasowych był zablokowany dla tych spoza :))

- dyskusjach na forach (wspominki, anegdotki, dowcipy)

- i innych równie ważnych dla mojego życia czynnościach :))

Był to mój pierwszy spotkany w życiu, portal społecznościowy, czym tłumaczę tak silne emocje.
Poza tym mieszkałam już wtedy w Anglii i ...

Czytaj dalej ...

 

 

 zdjęcie stąd

wtorek, 12 lipca 2011

Dzisiaj cytat z Biblii:

"Przecedzacie komara a połykacie wielbłąda"

Tak mi się skojarzyło (wiem, wiem, że to o faryzeuszach, że to niby inny kontekst, ale czy na pewno?) pod wpływem dzisiejszej notatki prasowej w Metrze.
Otóż pewien pan pedofil, skazany wcześniej za gwałt 'nawrócił' się na islam.

Zmienił imię i ...

 

Czytaj dalej ...

środa, 06 lipca 2011

Cały plotkarski świat trąbi od paru dni o ślubie byłej pływaczki (Charlene Wittstock) i podstarzalego playboya (prince Albert II de Monaco), spekulując czy panna młoda chciała uciec z przed ołtarza czy nie.
Śmiem twierdzić, że mielą temat dłużej niż ślub Williama i Kate.
W każdym razie na tyle długo, że po parodniowym omiataniu wzrokiem nagłówków, zdecydowałam się ...

 

 

Czytaj dalej ...

czwartek, 30 czerwca 2011

Jeśli chodzi o muzykę, to ... nigdy nie byłam pochłonięta obsesyjnie jakimś wykonawcą. Fankluby, koncerty, kolekcjonowanie płyt, autografy, wzdychanie do plakatu to nie ja. Absolutnie.

Miałam oczywiście jakieś tam swoje fascynacje typu Modern Talking (he, he, 11 lat miałam, to chyba można mi wybaczyć), Listy Przebojów Programu Trzeciego słuchałam i to wcale nie dlatego, że pan Marek Niedźwiedzki mieszkał 2 ulice ode mnie (nie wiem, dlaczego wszyscy jak się tym ekscytowali :)) i jakieś tam łezki uronione przy paru przebojach. Kiedyś przez przypadek nagrałam sobie z radia całą płytę ...

 

 

Czytaj dalej ...

środa, 22 czerwca 2011

Ilu z was wyobraża sobie Anglika jako chudego jak tyczka dżentelmena? A Angielkę, jako zasuszoną, kościstą, dziarską lady? Stereotypy? Tak, ale mające gdzieś niewątpliwie swoje źródło w historii.

Od pewnego czasu społeczeństwo brytyjskie ...

 

 

Czytaj dalej ...

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire