mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży

Dziwactwa

środa, 12 grudnia 2012

Słonina może być bardzo wdzięcznym tematem na lodowate angielskie wieczory.
Oczywiście lodowatość jest pojęciem względnym.
Wyspiarskie gazety trąbią o Potworze ze Wschodu ('The Beast from the East'), snują ponure wizje frontów atmosferycznych nadciągających znad Rosji, lubują się w używaniu przymiotnika 'syberyjski' i wykazują (nie po raz pierwszy kiepską znajomością geografii) przestrzegając ludzi przed 'arktycznymi temperaturami' (tak gdzieś w okolicach -8°C !!!)
Co nie znaczy, że w Anglii nigdy nie ma zimowej aury.

http://fidrygauka.blox.pl/resource/snieg_w_Londynie.jpgtak BYWA :)

Choć powiem szczerze, że angielskim nastolatkom nie przeszkadza chodzić z GOŁYMI NOGAMI w samych skarpetkach przez caluśki okrągły rok.
Gdzieś kiedyś czytałam, że nieumiejętność dostosowania ubrań do pory roku (i generalnie nieadekwatność zachowań do sytuacji) jest jednym z objawów niedojrzałości psychicznej.
Hmmm, pozostawię to bez komentarza ...

Ale ja nie o tym dziś chciałam ...

Czytaj dalej ...

środa, 31 października 2012

W kolejce do świętowania ustawiam się na ogół ostatnia.
Lub przedostatnia.
Przed moim mężem.

A najczęściej siedzę w kącie i prycham, że w cholerę mi ten cały cyrk, że nie lubię, że brrr ...

Przeprowadzając  freudowską autoanalizę moich poczynań mogłabym się doszperać wielu związków przyczynowo-skutkowch.
Imieniny - wiadomo - trauma po polonistce :)) Nie obchodzę.
Urodziny - jeden rok w te czy we wte na razie mi różnicy nie robi. Żyję, cieszę się życiem, rozkoszuję się życiem rotacyjnie (w przerwach między narzekaniem).

Prezenty nieśmiało przyjmuję (w myśl maksymy mojego teścia: dają-brać, biją-uciekać :))), acz ze skrępowaniem wielkim.
Bo dla mnie to dzień, jak co dzień.
Życzenia należą się ...

Czytaj dalej ...

 

niedziela, 23 września 2012

Ernest Nemeczek, bohater szkolnej lektury. Drobny, płowowłosy, żujący kit chłopczyk, który tak dzielnie walczył o Plac Broni, że przypłacił to życiem.

Jego choroba i nieoczekiwana śmierć dotknęły mnie swoją niesprawiedliwością.
Moje dziecięce pojmowanie świata nie ogarniało jednak samego zjawiska śmierci.
Nawet czytany swojego czasu namiętnie Hans Christian Andersen nie zdołał mnie przestraszyć jej nieuchronnością i okrutnością.

Kończąc lekturę 'Chłopców z Placu Broni' żałowałam małego, cherlawego chłopczyka, który chciał być honorowy do samego końca.
Nie myślałam o rozpaczy rodziców, którzy stracili jedynego syna.
Nie zastanawiałam się, co przeżywają, jak sobie radzą, co myślą.
Ich perspektywa była daleko poza moimi możliwościami ogarnięcia otaczającego mnie świata.

Dotarło to do mnie dużo mocniej parę lat później, kiedy jeden z moich kolegów zginął w wypadku motocyklowym.
Jego pogrzeb - pierwszy na którym kiedykolwiek w życiu byłam - wywarł na mnie niesamowite i niezapomniane do dziś wrażenie.

Może dlatego, że nigdy nie lubiłam P.
Irytował mnie, złościł, wkurzał. Obgadywałam go nie raz swoim złośliwym jęzorem dorastającej siksy.
Palił papierosy, robił sobie trwałą, chodził na wagary.
W czasie jednej z nielegalnych pozaszkolnych eskapad, wyjechał na motorze, tyłem, na drogę. Wprost pod rozpędzony samochód.

Dwa tygodnie w śpiączce.

W poniedziałek rano dowiedziałam się w szatni (pamiętam dobrze, pierwsza lekcja to był w-f), że P. umarł.

Jak to umarł?

Że tak po prostu?! Że go nie ma?! I już nigdy nie będzie?!

Ale przecież ja mu tę trwałą wybaczę, ja słowa nie powiem na śmierdzący papierosami oddech, polubię jego dowcipy i dziwne stroje, tylko żeby to była nieprawda ...

A potem widziałam mamę.

Starszą panią rzucającą te idiotyczne grudki ziemi na drewnianą trumnę, gdzie leżał jej jedyny syn.

Rozrechotany P.

Z baranimi lokami, z zółtymi zębami, z chochlikowatym błyskiem w oku.

To znaczy takim był na zrobionym parę tygodni wcześniej zdjęciu klasowym.

Często oglądam to zdjęcie.

Na zdjęciach grupowych zawsze najpierw szukamy siebie.

Ja zawsze najpierw patrzę na P. ...

*****

A naszło mnie tak na te smutne rozważania w deszczowe, jesienne popołudnie, bo natrafiłam w necie na coś, co mnie totalnie zszokowało:

WIKTORIAŃSKIE FOTOGRAFIE POŚMIERTNE

Szukałam jakichś zdjęć na Pinterest (portal, gdzie można gromadzić setki zdjęć: wgrywać je samemu lub 'przepinać' na swoją tablicę) i natknęłam się na dość ponure zdjęcie dziecka w trumnie.
Przejrzałam więc profil użytkownika. I po nitce do kłębka ... wertując wirtualne zbiory kolejnych użytkowników, dotarłam do imponującej kolekcji fotografii pośmiertnych.

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jest całkiem spora grupa ludzi gromadzących zdjęcia ni mniej ni więcej tylko nieboszczyków.
Pomysł tworzenia galerii ze zmarłymi wydał mi się chory (choć wielość materiałów dostępnych w sieci świadczy o tym, że temat poruszył nie tylko mnie), nie bardziej jednak niż sam fakt robienia takich fotografii.

Okazuje się jednak, że w dziewiętnastowiecznej Anglii (a także we Francji i Prusach) była to bardzo popularna tradycja.

Wydawać by się mogło, że w czasach, kiedy śmierterność niemowląt była wysoka, a średnia długość życia o wiele krótsza niż obecnie, odejście najbliższych nie powinno aż tak zaskakiwać.Więcej fotografii ...

Śmierć jednak zaskakuje zawsze.

Od wieki wieków zmarli pozostawali byli jedynie w pamięci rodziny i znajomych. Nielicznych stać było na malowane portrety.
Wynalezienie fotografii  (a najpierw dagerotypu) otworzyło przed ludźmi nowe możliwości.

Robienie zdjęć było tańsze i mniej czasochłonne niż pozowanie godzinami przed sztalugami mistrza. Jednakże i wtedy nie wszystkich było stać na sesję w atelier.
Finansowo i czasowo.

Dlatego często jedyną pamiątką pozostającą po ukochanym dziecku, po zmarłej za młodu córce, po mężu, który odszedł do lepszego świata zostawiając na ziemskim padole żonę z gromadką dzieci, stawało się zdjęcie.
Zdjęcie robione w naprędce już po śmierci.

Pierwotnie robiono fotografie zmarłych osób w trumnach, ubranych odświętnie i spowitych w całuny, kwiaty, różańce i atłasy. Wyglądało to mrocznie i przygnębiająco.
Wątpię, czy chciałabym mieć taką pamiątkę.

Nie ja jedna.

Fotografia pośmiertna zaczęła ewoluować w kierunku pamiątki bardziej pogodnej.
Niemalże sielankowej  :)

Nie wiem, kto pierwszy na to wpadł. Czy było to na życzenie jakiejś zrozpaczonej rodziny, którą nagle dotknęła śmierć ukochanego dziecka, czy idea narodziła się w głowie obrotnego,  węszącego dobry interes fotografa.
Dość powiedzieć, że pomysł chwycił.

Najpierw trumny zastąpiono ...

Więcej zdjęć ...

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Zebrało mi się na porządki w starych śmieciach.

To chyba efekt uboczny moich ostatnich rozważań okołoemigracyjnych. Chęć kategorycznego zamknięcia pewnych rzeczy, by przynajmniej w tej dziedzinie zredukować 'rozkraczenie'.

Siedzę w piwnicy domu rodziców, gdzie już trzeci dzień segreguję tony papierów i bibelotów, weryfikując bez czego można żyć, a co absolutnie należy zostawić na następne piętnaście lat :)
Pozamykane w skrzętnie popodpisywanych pudłach duperelki dostały misję przeczekania, ze względu na okrojoną przydatność do emigranckiego survivalu.

Piętnaście lat 'testu piwnicznego' jest chyba niepodważalnym wyrokiem.

Ale ...

WARTOŚĆ SENTYMENTALNA, GŁUPCZE!

Wartość sentymentalna była w większości przypadków czynnikiem przesądzajacym o zapełnieniu piwnicy rodziców milionem kartonowych pudeł.
Moje praktyczne podejście do życia, co prawda, wyrokiem skazującym rozprawiło się ze wszytkim, co nadłamane, obtłuczone, niekompletne czy porwane piętnaście lat temu).
Jednak nawet wtedy - o ile dobrze pamiętam - wyrok nie był ze skutkiem natychmiastowym.

Jestem chomikiem. Nieuleczalnie chorym na zbieractwo chomikiem.
Ostre objawy napady choroby łagodzone są delikatną perswazją mojego męża (który z kolei jest namiętnym wywalaczem, i dla którego tydzień bez pozbycia się czegoś, oddania do charity shop, wywalenia do recyclingu, jest tygodniem straconym; zasada ta nie jest zbyt skrzętnie przestrzegana w obrębie jego garażu, ale pomińmy to milczeniem :))

Nie bez znaczenia są tu również liczne przeprowadzki i chroniczny brak miejsca, a także moje zamiłowanie do prostoty i niezaburzonych optycznie przestrzeni (bibleloty można gromadzić, ale żeby stały one po całym domu, to już lekka przesada :))
Każda rzecz przed wyrzuceniem musi jednak przejść okres próbny, czyli zostać przeniesiona ze strefy: 'ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE' do strefy: 'DO PRZEJRZENIA'.
Stamtąd dopiero może ewentualnie być skierowana w ostatnią podróż...

Dzisiaj dla niektórych skończył się jednak okres kwarantanny.

W podniosłej atmosferze, ocierając łezkę, do pudła 'DO WYRZUCENIA' wkładam więc:

przecudnej urody szklane 'jebądki' (wymowa oryginalna opracowana przez Najmłodszą); prezent od angielskich kuzynów (tych od gumy Wrigley's Spearmint i krytykującej cioci)


__________________________________________

kurs ekonomiczny "Sztuka Wydawania Owoców".
Podstawowe terminy ekonomiczne może nie uległy zbyt wielu zmianom od 1996 roku, ale skoro przez tyle lat posługiwałam się nimi raczej intuicyjnie, to chyba przez następne piętnaście lat dam radę.

__________________________________

certyfikat zasadzenia drzewka w Izraelu. Szczytny cel, ale nie na tyle, by się chlubić z tego powodu kawałkiem papieru. Razem z certyfikatem w koszu na recycling lądują: jadłospis z restauracji (gdzie jadłam 'rybę Św. Piotra :)), bilet na koncert w Jerozolimie, pocztówka z meczetem, kalendarz z (bardzo ładnymi, skądinąnd) widoczkami na Ziemię Świętą i plan wycieczki.
Robiona na staroć mezuza i zasuszona gałązka z drzewa oliwnego zostają.
No w końcu jakaś pamiątka być musi!

__________________________________

grafiki i inne 'dzieła sztuki' niezrealizowanej artystki - jak widać, szału nie ma.
Mimo emocjonalnego przywiązania do wytworów mych rąk stwierdzam, że zachowam je tylko na zdjęciach. Oryginały zostaną przerobione na papier toaletowy (sztuka użytkowa, znaczy się :))

_____________________________

 

katalogi mebli i lamp znanych projektantów w liczbie milion, czyli koniec snów mojego męża o domu pełnym dizajnerskich sprzętów.
Do marzeń pozwolę mu wrócić jak ... najpierw kupi dom :)
Ingo Maurer i Le Corbusier i tak na razie przekraczają nasze możliwości finansowe.

___________________________________

kalkulator emerytalny wraz z kursem na przedstawiciela 'Commercial Union' - pamiątka po mojej nieudolnej próbie zostania agentem ubezpieczeniowym. Sprzedaż bezpośrednia nie jest  zdecydowanie  moim życiowym przeznaczeniem  (nadmienię, że sprzedałam jedynie 16 umów przystąpienia do drugiego filaru, w tym jedną sobie, drugą mężowi, następne parę rodzinie, a resztę poleconym znajomym, podczas gdy mój kolega, który  mnie zatrudnił, kupił sobie z zarobionych na reformie emerytalnej pieniędzy mieszkanie :))

 

_____________________________________________

 

tulipany w antyramie - o wartości megasentymentalnej. Tulipany, moje ulubione kwiaty, wycięte z jakieś gazety, towarzyszyły mi przez wszystkie miliard przeprowadzek, nie tylko na terenie Polski, jeszcze za czasów panieńskich. Antyrama była zawsze wypakowywana jako pierwsza, na znak 'obsikania terenu'. To był bodziec dla mojego mózgu wywołujący reakcję: 'Tu jest teraz dom'.

Ale ja już nie chcę domu wyznaczanego antyramą ...
Tulipany muszą odejść!

_________________________

czeskie figurynki z gliny - prezent od mojej przyjaciółki z przeszłości. Figurki straciły łącznie troje oczu, ale w końcu przyjaźń zobowiązuje.
Ta strata ma chyba wymowę symboliczną - przyjaciółka od lat przestała mnie dostrzegać ...
Przejrzałam na oczy.
Figurynki odchodzą ...


_________________________________

 

przycisk do papieru, otrzymany nie_wiem_skąd - jak już pisałam, nie lubię ton papieru zalegających na wierzchu. Wszystko chowam 'do przejrzenia' na później do szafki, gdzie wiatry nie hulają.
Zresztą nie posiadam w domu biurka.
Przycisk nawet mi się podoba, ale emocjonalnie mnie już nie kręci.
Kosz!

W pudle lądują też: ręczna wyciskarka do soków, drewniany drapak stojak na kubki, fajansowy pojemnik na co bądź w kolorach żółto-pomarańczowo-granatowo-zielonych. Prezent ślubny, ale zdecydowanie nie w moim guście.
Tak jak i ręcznie malowane filiżanki ze spodeczkami w liczbie dwa (ręczne malowanie ograniczyło się do pomalowania białej ceramiki na czerwono :)) Też prezent ślubny.
Książka przebiegu pojazdu tudzież cała dokumentacja podatkowa firmy (pięć lat trzeba trzymać, nie?)
Kalendarz ciążowy i książka 'Będziemy rodzicami'.
Wisiorek z fioletowym 'kamieniem' z plastiku, kupiony na ślub kuzynki i nigdy nie założony.
Broszka- jaszczurka, odpustowa tandeta.
Apaszka w panterkę (no, sami rozumiecie).
Notesy i notesiki nigdy nie zapisane z wyjątkiem paru pierwszych stron (co roku planuję być bardziej uporządkowana; z marnym skutkiem).
Klisze, z których miałam zrobić dodatkowe odbitki. Niestety już nieużyteczne.
Stos wizytówek.
Resztka zaproszeń na ślub...

Pudło jest już pełne.
Cztery pozostałe zapełniły swą zawartością podłogę i czuję, jak zaczyna boleć mnie serce.

Bo zostały mi jeszcze góry rzeczy, z którymi rozstać się niełatwo lub nie godzi się.
Na przykład:

kalendarz Wiedzy i Życia z dawką angielskich idiomów i innych przydatnych powiedzonek na KAŻDY DZIEŃ!!! Fakt, że kalendarz jest z roku 1991-go, gubi kartki i że nigdy do niego nie zajrzałam od tamtego pamiętnego roku (zresztą i wtedy nie korzystałam zbyt namiętnie z tej skądinąnd fajnej pomocy dydaktycznej) przemawia silnie za opcją 'kosz', ale ... no sama nie wiem.

____________________________________

 

rycina 'kościanej' kamienicy Gaudiego - pamiątka z hiszpanskich wojaży G.
Bardzo ładna, ale za bardzo secesyjna jak na wystrój mojego mieszkania.
Secesję uwielbiam, ale eklektyzmowi w mieszkaniu mówię stanowcze nie.
G. zresztą też uwielbiam. Zawsze przywozi mi minipamiątki z różnych zakątków świata. Miły znak, że o mnie pamięta.

 

czy reprodukcja portretu Mozarta z Salzburga z dedykacją (G. nie Mozarta)


(torebka z wieżą Eiffla czy kolczyki z Kenii są w użyciu)

__________________________________

głowy wawelskie - przywożone z każdej wizyty w moim ukochanym Krakowie.
Te dwie na dole, po lewej stronie, rozpoczęły kolekcję i są autorstwa mojego (seledynowo-włosa kobieta, jak i cała reszta) i M. (osobnik z zakrytymi ustami) - mojej przyjaciółki z liceum, która została reżyserką. Nie taką znowu znaną, ale parę razy o niej słyszałam.
Może powinnam więc jeszcze trochę to 'arcydzieło' potrzymać, a potem - w miarę wzrostu popularności rzeczonej - sprzedać na allegro? :))

Moja mama kategorycznie zakazała mi je wyrzucać. Dziwne, bo jak je 'tworzyłam', to słyszałam non stop, że po co ja się w ogóle zajmuję takimi bzdetami.
Hmmm ...
Może to było w klasie maturalnej i tym należy tłumaczyć troskę rodzicielki?

___________________________________

druty - jedyny i mało przekonujący dowód na to, że kiedyś udało mi się zrobić parę szalików i getrów :))
Na niwie szydełkowej byłam bardziej biegła, a i maskotki szyłam na okrętkę koleżankom w prezencie (także, phiii, te dzisiejsze wymianki na blogach 'robótkowych' nie robią na mnie aż takiego wrażenia :)))

 ___________________________

kalendarz na 50-cio lecie UNICEF-u
Ach, te śliczne buźki dzieci. Jakżesz je na papier toaletowy?

 

I mojej obsesji na punkcie kalendarzy z UNICEF-u część dalsza. Kalendarzy (jak się domyślacie, nie zapisanych ani jedną literką, a kupowanych wyłącznie dla zdjęć :)).
Dobrze, że teraz są te wszystkie blogi fotograficzne i inne Flickry - to ratunek dla mojego budżetu.

________________________________________

 

książka do nauki szwedzkiego - poziom pierwszy.
Materiał zawarty w niej opanowałam z łatwością. Z równą łatwością zapomniałam.
Szczególnie, że na zajęciach zajmowałam się sporządzaniem moich codziennych obserwacji na temat życia w kraju wysokich, przystojnych blondynów.

Eh, a jaki mógł z tego powstać fajny blog ... :)

________________________

 

mini rozmówki norweskie
O norweskim wiem tylko tyle, że ma przekreślone Ø i jest podobny do szwedzkiego niczym czeski do słowackiego.
Nigdy jednak nie udało mi się żadnego Norwega pojąć w oryginale.
Ale kto wie. Może kiedyś na fiordach się przyda (kolejne marzenie mojego męża - wakacje w 'Norge').

________________________

 

książki do plastyki do klasy 7 i 8-ej
Nie wiem, jaka idee fixe przyczyniła się do zachowania tych książek przez tyle lat (myślę, że gdzieś mam jeszcze parę do nauki rosyjskiego i niemieckiego, ale to by było bardziej logiczne). Fakt, że są w nim dość jasno i przejrzyście wyjaśnione główne kierunki w sztuce.
Może więc podedukuję trochę dzieci :))



_______________________________

 

Przy okazji znalazłam też parę rzeczy, które zabieram ze sobą do Anglii:

Klechdy Sezamowe Bolesława Leśmiana - kiedyś moja ulubiona książka, ukazująca 'dziwny' świat bez królów, wilków zjadających babcie i czarownic, za to z wezyrami, dżinami i derwiszami. Świat ludzi o tajemniczych imionach ...

 _____________________________

klaser ze znaczkami, podarunkami od wujka filatelisty, o wątpliwej wartości materialnej, za to przywołujący na myśl te lata sielskie anielskie, kiedy człowiek cieszył się jak głupi, kiedy dostał jakąś piękną kolekcję, najlepiej Disneya.
A w szare dni wyglądał listów i mógł odmoczyć kopertę, wysuszyć znaczek na szafce kuchennej i włożyć z dumą do albumu.
Elkę z Włodkiem!
A co?!
Prócz znaczków zbierało się oczywiście: papierki po czekoladach z Pewexu, puszki po napojach, też z Pewexu, serwetki, chińskie gumki zapachowe, nalepki z ruszającymi się oczkami, kartki i Bóg wie, co jeszcze.

'Elki' też oczywiście zawdzięczam angielskim kuzynom, a szczególnie jednemu, który swojego czasu pisywał do mnie namiętnie ...
____________________________

 

książkę adresową z pięknymi zdjęciam ornamentów - z UNESCO, a jakże!
Książkę kupiłam jeszcze będąc panną i wyobrażając sobie naiwnie, jak to będę kiedyś podtrzymywać domowe ognisko, tudzież przyjaźnie. Jak to będziemy się z przyjaciółmi odwiedzać i gościć, grilować, plotkować, świętować.
Ot, takie tam mieszczańskie klimaty egzaltowanej nastolatki.
Nie przewidziałam jednak dwóch rzeczy - dzikiego rozwoju multimediów (maili, smartfonów i innych komunikatorów, które czynią tradycyjne książki adresowe mniej przydatnymi) oraz tego, że się będę tak wiele razy przeprowadzać.
Książka więc długo czekała na stabilizację moją jak i moich przyjaciół.
Nie doczekała się.

Ale i tak z niej zrobię użytek, nauczona paroma dramatycznymi awariami telefonów i laptopów!



Na Wyspy zabieram też sporą górkę innych książek, tych z piwnicy i tych zakupionych (w tym roku kiełbasy zdecydowanie przegrały z pokarmem dla duszy).
A to wszystko przez te kasie.eire, ningi i inne mole książkowe.
Dziękuję bardzo, dziewczyny! Bardzo dziękuję!
Możecie mnie spokojnie mieć na sumieniu!

Jedzie też 6 układanek puzzle (czas najwyższy ułożyć je po raz któryśtam :))
Takie po 1500 elementów najmarniej. Głównie niebo i woda, hi, hi.
Oj, będzie pretekst, by raportów nie pisać, będzie.

Jadą cztery albumy ze zdjęciami krewnych i znajomych królika.
Też tych zamilkłych.
Tych co można z oczu i z serca, ale nie z pamięci...

Na koniec, jak upchnę do podręcznego, zabiorę też serwis z Ćmielowa.
Nie jest super piękny, ale jest elegancki.
Też prezent ślubny.
Od pani prezes.
Tej samej, którą późnej musiałam ścigać w sprawie zaległych pensji męża.
Pewnie i ten serwis kupiła z jego wypłaty :)
To co się ma marnować w piwnicy?
Może urządzę pierwsze w moim zyciu 'five o'clock'???

 

To by było z grubsza na tyle.
Z grubsza, bo nie podjęłam jeszcze nawet próby przeglądania:

- 3 pudeł z kasetami (teraz to już CD odchodzą do lamusa, a co tu mówić o magnetofonowych? Ale jakże to tak te wszystkie kasety wyciepać na śmietnik. Gershwina? Vivaldiego? Stare Dobre Małżeństwo? Koncerty nagrywane z radiowej Trójki? Litości!)

- książek do angielskiego w liczbie ze trzydzieści (chciałam sprzedać na allu, w dobrym stanie, całe komplety: podręcznik, ćwiczenia, książka dla nauczyciela i kasety, ale kto ma czas to wystawiać, a poza tym przy takim zalewie nowych pozycji Headway, nawet ten nowy jest już pewnie mooocno przeterminowany).

- notatek ze studiów, do których nie zajrzałam i nie zajrzę, ale to moja krwawica! Pięć lat pisania! Dzień w dzień. Weekendy spędzane w bibliotekach, setki przepisanych stron, notatki z wykładów ciekawych (tematyczne) i nudnych (rysunkowe, niezwiązane z tematem).

- góry starych numerów National Geographic, do których też lubię wracać; ale przecież nie będę tego wieźć :(

- segregatorów z: zaproszeniami na śluby (zbierałam namiętnie), mapami (chodziłam po górach, chodziłam, jak kondycję miałam o niebo lepszą niż teraz), programami tetralnymi (pamiątką mojej wielkiej młodzieńczej miłości).

- paru innych pojemników, w których nawet nie wiem, co się ukryło ...

 

Chomik?

Gorzej!

Głupia gęś!

I do tego, sentymentalna!

 *****

Ps.1 Trochę już o mnie wiecie, ale postaram się jeszcze trochę napisać w ramach uchylania rąbka tajemnicy :)

Ps.2 Wbrew pozorom pamiętam o wszystkich zaległych wpisach, które Wam obiecałam publicznie. Nie licząc tych wspomnianych między wierszami mam już zaległe cztery: o teorii o korku, o pierwszej kupionej na Wyspach książce, o moich polskich wakacjach i o tajnych faktach z fidrygaukowego życia ...

Stay tuned :))

środa, 04 lipca 2012

Bonkers czyli zwariowani, głupi, głupawi, wściekli, nawiedzeni, odlotowi.
Po prostu 'mentally irregular', jak to pięknie tłumaczy Ling.pl .

Metro
jak zwykle niezawodnie lubuje się w uzupełnianiu kolumny poświęconej osobnikom o powyższych skłonnościach.
Jeśli są to nieszkodliwi wariaci, to w sumie dlaczego nie?
Wolę popatrzeć się z rana na wariatów, niż myśleć, o jatce, jaką szykuje mi moja szefowa w związku z toną zaległych raportów i statystyk.

A oto najświeższe znaleziska:

Czytaj dalej ...

 

piątek, 25 maja 2012

Pani Christie Carr ze stanu Oklahoma cierpiała na depresję.

Ukojenie znalazła w zaadoptowaniu dziecka.
Dziecko było po ciężkim wypadku. Nie mogło samodzielnie stać, ani chodzić. Powoli jednak uczyło się przemieszczać i przy asyście zaczęło małymi podskokami posuwać się do przodu.

Pani Christie opiekowała się nieszczęśnikiem, opatrywała rany, masowała złamaną w wypadku szyję, ubierała, przewijała, przytulała, pieściła.
Nie zniechęcały jej rozległe uszkodzenia mózgu. Skupiała się na nawiązywaniu emocjonalnej więzi do tego stopnia, że zapragnęła zaadoptować Irwina.

Tak też się stało.

Irwin nie odstępował przybranej mamusi na krok. Miał całą kolekcję ubranek skrojonych na wymiar, uwielbiał jeździć w foteliku samochodowym, i powoli wygrzebywał się ze stresu pourazowego.

Pani Carr też wyglądała kwitnąco.

Pewnego dnia jej świat legł w gruzach.

Dowiedziała się bowiem, że ...

Czytaj dalej ...

 

poniedziałek, 28 listopada 2011

Jak czytam niektóre sensacyjki, to najpierw łapię się za głowę i przecieram oczy ze zdumienia.

Potem pojawia się podziw dla determinacji i pasji różnych osobników.
Bo powiedzmy sobie szczerze - bardzo łatwo się krytykuje siedząc na sofce z labdziokiem (jak mawiała jeszcze niedawno moja córka) na kolanach. Ruszyć dupsko już trochę trudniej.

Ale potem znów moja racjonana i mało romantyczna natura bierze górę i zaczynam się zastanawiać nad rzeczywistym sensem niekórych poczynań.

Jak już pisałam, ambicji na zagoszczenie w Księdze Guinnessa nie mam, nie słynę niestety z przemożnego uwielbienia dla zwierząt (o ile nie są bohaterami filmów Davida Attenborough'a),

... a charytatywność popieram, ale tylko wtedy, kiedy nie ma w niej przerostu formy nad treścią, czyli wtedy gdy chęć niesienia komuś bezinteresownej pomocy nie przeradza się głównie w zwrócenie uwagi na ... niosącego pomoc.
I kiedy gra jest warta świeczki.

Dlatego też z mieszanymi uczuciami przeczytałam notatkę o pewnym zacnym angielskim dżentelmeni opiekującym się słoniami w Tajlandii.

Nieco ekscentryczny pianista z Yorkshire, Paul Barton, szesnaście lat temu przeprowadził się ze swoją żoną do Tajlandii, by być bliżej słoni (szczegółów Metro nie podaje, ale czuję, że jest to wersja mocno uproszczona).
Chęć bliskości wzięła się zapewne częściowo z troski o wyginięcie tego gatunku w tym rejonie świata. Liczbę słoni szacuje się na 60.000 - dziesięc razy mniej niż słoni afrykańskich (co i tak wydaje mi się dość dużą liczbą - aż wierzyć się nie chce, że taka liczba predestynuje do wyginięcia). Pomoc państwa Bartonów wyspecjalizowała się do słoni ... niewidomych, które rezydują sobie na szczycie góry w zaciszu rezerwatu Kanchanaburi.

Pewnego dnia - nawet najstarsi górale nie wiedzą kiedy - zrodziła się w głowie pana Pawła myśl, że słoniom do szczęścia niezbędna będzie muzyka.
No, może nie mówmy od razu tak wzniośle o szczęściu.
Pan Paweł nosił w sobie to skromne przekonanie, że słonie po prostu by bardzo chętnie, z pewną dozą nieśmiałości, urozmaiciły sobie doznanania sensoryczne zdeprawowane brakiem wzroku i posłuchały paru lirycznych kawałków na pianinie.

Myśl kiełkowała latami.
Pan Paweł nabierał przekonania, że muzyka wprowadzi choć mały promyk słońca do życia biednych, pogubionych istot. 'Promyczek' w znaczeniu przenośnym oczywiście.
Jeśli słonie marzą o muzyce, zapewne rozumieją też naturę figury stylistycznej, jaką jest przenośnia. Ach, i pewnie jeszcze wiedzą, czym jest personifikacja. I groteska?

W końcu raz kozie śmierć! Pan Paweł zadecydował upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i połączyć przyjemne z pożytecznym.

Operacja 'Pianinem w Pianino dla Słonia' została zaplanowana w 50-te urodziny pana Pawła, który własnoręcznie (pewnie z pomocą lokalnych tragarzy) wtachał na szczyt góry pianino, okupując to koszmarnym bólem pleców (Nieee! Naprawdę?).

Jak złapał oddech, zasiadł za klawiaturą i ... ruszył z Beethovenem.

Wybór utworu był nieprzypadkowy. Slow Movements II został nazwany utworem "najbliższym niebu" przez wydawcę utworów Beethovena pod koniec XVIII w.
A więc zahaczamy tu też aspekt duchowy.

A wszystko to sprowadza się tak naprawdę do bardzo przyziemnej sprawy - Pan Paweł chciał przyciągnąć uwagę potencjalnych darczyńców, którzy wesprą budowę elektrycznego płotu okalającego zagrodzę słoni.

Bo oczywiście aspekt pokonania samego siebie, stawienia czoła pewnemu wyzwaniu, spełnienia marzeń, zystkania popularności i w końcu zrobienia sobie prezentu urodzinowego nie ma tu oczywiście większego znaczenia :))

Behaviorystką nie jestem, ale po powierzchownej analizie słoniowej reakcji śmiem twierdzić, że wykazały one dyskretną obojętność lub wręcz totalną zlewkę.

niedziela, 27 listopada 2011

Jak już pisałam, na Lady Gaga (Gadze?) znam się bardzo umiarkowanie.

Nie znać jej się nie da, bo wszystko nią epatuje, nie tylko brukowce. Jak by nie patrzeć nawet u Elżbiety na herbatce była.
Właściwie to nie trzeba się wgłębiać w temat - z samych nagłówków można się wiele dowiedzieć.
Na tej zasadzie wiem np. kim jest i ile żon ma Michał Wiśniewski czy ile alimentów płaci ABC niewierny ojciec Henryka Colin Farrell.

A poza tym - wracając do Gagi -  oglądam ją ...

Czytaj dalej ...

wtorek, 22 listopada 2011

Stanęliśmy na przejściu dla pieszych.
Obok nas stanęła ona. Nie znaliśmy się, ale spotkaliśmy się kiedyś i mój mąż zamienił z nią parę słów. Stąd wiedział, że jest Niemką.

Wywiązała się jakaś mini rozmówka, takie tam angielskie ę-ą (bo okazało się, że ona tu już parę ładnych lat mieszka - na tyle długo, żeby wraz z mężem Anglikiem wychować czwórkę rosłych dzieci). Czy do M&S będzie bliźej tędy czy tamtędy, czy długo już mieszkamy w tym miasteczku, ile mamy dzieci itp.

I oczywiście zahaczyło o pogodę - mus każdej konwersacji.

A faktem jest, że pogoda w południowo-wschodniej Anglii jest po prostu obłędna (tu powinnam odpukać w niemalowane, gdybym w to wierzyła :)). Na zimę się na razie nie zanosi.
Jest cieplutko i milutko, po deszczu ani śladu (nie wiem, skąd te mity, że w Londynie codziennie pada), wiaterek ani dmuchnie. Rano nawet szyby w samochodzie nie są oszronione - choć ogrzewanie przydaje się na chwilę cyknąć.
W ciągu dnia jednak bajka. Słoneczko przygrzewa wiosennie niemalże i tylko odcienie drzew mówią, że to jednak jesień.
No i nie pachnie wiosenną świeżością, ale palonymi liśćmi.
Pogoda jednak zwariowała, to fakt niezaprzeczalny.


To że rośliny jesienne wciąż jeszcze w pełnym rozkwicie mnie nie dziwi, ale dziś w Londynie przyłapałam na wariacji dzikie (nomen omen) róże, które rozpoczęły drugi okres wegetacyjny i radośnie sobie zakwitły.

Obok owoców na krzakach pąki co się zowie!

 

 

A i nasturcje w moim ogrodzie rzekomo powinny przestać kwitnąć we wrześniu :)

 

Ponownie zakwitły nawet moje ulubione niebieskokwietne (!) krzaki, te w prawym dolnym rogu.
Jak są całe obsypane kwieciem wyglądają naprawdę obłędnie.
W ogóle, można by rzec: Wszystko kwitnie wkoło.
(zdjęcia zrobione 22 listopada)

 



A więc wracając do pogody i jej anomalii (pamiętam, pamiętam w szkole językowej to był wdzięczny temat konwersacyjny: freak weather conditions i proszę, przydał się jak ulał :)) oraz do pani Niemki ...

Obieśmy doszły do konsensusu, że pogoda jest fantastyczna i jak na tę porę roku jest niesamowicie ciepło (Uwierzcie mi, zmarźluchowi co się zowie - szłam tylko w bawełnianym golfiku, lnianym żakieciku i pantofeleczkach. No i parę innych konwencjonalnych części garderoby, ale nic 'opatulającego' :)).
Ja się rozpływałam nad pięknem angielskiej pogody (niech ktoś złe słowo powie - będzie miał do czynienia ze mną!) i w ogóle nad moim umiłowaniem ciepła, nad tym, że przynajmniej do świąt będzie można pożyć, bo potem to pewnie trochę zmrozi, a już przewegetowanie lutowych i marcowych wiatrów będzie graniczyć z cudem, Wspomniałam, że za czym jak za czym, ale za polskimi zimami to ja nie tęsknię.

Na to pani Niemka (co podkreślam skrzętnie, bo będzie to dowodem w sprawie) chrząknęła niepewnie i spytała:

- To znaczy, że co? (What do you mean?)

- Ehkm ... (spojrzałam na nią równie niepewnie, bo wydawało mi się, że angielski konwersacyjny mam w małym palcu i rozmowy o pogodzie mi nie straszne, więc nie byłam pewna, czegóż to znowu pani nie zrozumiała)

- No bo nie wiem ... Wy tam śnieg macie?

(teraz pomyślałam, że jednak z moim angielskim jest coś mocno nie tak i przezornie dostałam nieoczekiwanego ataku kaszlu).

- No, eee, tego, śnieg? A pani jest Niemką, tak?

- Tak, z Bawarii, ale nie wiem, jaki wy tam klimat macie!

No bo klimat, droga pani, to się przecież zmienia wraz z granicami politycznymi.
A za żelazną kurtyną, to pewnie w ogóle jakaś pustynia Gobi była.
I to wszystko pewnie przez rosyjską propagandę.

I pomyśleć, że ja się swojego czasu oburzałam (w duchu :)) na Angielkę, gdy ta zapytała się mnie, czy w Polsce mamy lato (bo wiadomo - jak już gdzieś wspomniałam - logika jest bardzo prosta: Polacy to Poles, prawie tak jak North Pole czyli Biegun Północny, a tam - każdy głupi to wie - lata nie uświadczysz).
Ale  kobiecie z małego miasteczka gdzieś na oddzielonych od całego świata Wyspach Szczęśliwych, kobiecie zza Angielskiego Kanału, z kraju gdzie się na śniadanie nie jada się normalnej swojskiej kiełbachy, smalcu i ogórów kiszonych z pajdziochą chleba żytniego, a rozciapciane przypieczone pomidory, gąbkowy chlebek pokrojony w trójkąty, kaszankę, jajo sadzone, boczek, grzybki bez smaku, kiełbaski z dużą zawartością jabłek, sera i kolendry oraz fasolkę (i potem się dziwić, że angielski humor pierdzeniem stoi), kobiecie chodzącej zimą w japonkach i wyskakującej po dziecko do szkoły w płaszczyku narzuconym na piżamę - wolno.
Tak, jej wolno!

Ale sąsiadka zza miedzy?

Plama na całego, której ona zdaje się, nawet nie była świadoma.
I w tej nieświadomości, życząc jej miłej niedzieli, ją zostawiłam.

Jakie są granice ignorancji?
Da ktoś więcej?

czwartek, 10 listopada 2011

Anglia to kraj świrów.

Serio.

Jaś Fasola, Monty Python, Little Britain - to tylko skromne przykłady.
Ale powiedzmy, że to takie nieszkodliwe świry. Albo inaczej - świrnięci w słusznej sprawie.

Ale freak'ów, takich z prawdziwego zdarzenia to trochę tu chodzi po ulicy.
Mieli nawet swój program pod tytułem Freak Like Me.

Przyznaję, że parę odcinków obejrzałam i wyjść ze zdumienia nie mogłam po pierwsze z powodu chorych rzeczy, które bohaterowie programu robili nałogowo (lub w ramach nerwicy natręctw, bym powiedziała), a po drugie, że oni zupełnie nie wstydzili się mówić o najintymniejszych szczegółach, demonstrując je często bez najmniejszych skrupułów, jak na przykład to urocze dziewczę, które z przyjemnością (z ekstazą wręcz) oddaje się ... obgryzaniu paznokci u nóg. Bleeee ...

 

Czytaj dalej ...

 

 

piątek, 14 października 2011

Sklep Waitrose.

Taki bardziej ekskluzywny supermarket.

Nie chodzę tam, bo nigdy nie mam żadnego po drodze i ceny są też bardzo posh. Jak chce się jednak w naprędce kupić jakieś ładnie opakowane czekoladki lub herbatniki (takich prezentów nigdy w nadmiarze w kraju herbaciarzy :)), to można tam bez wątpienia znaleźć coś nieco bardziej wytwornego niż w Tesco :)
I właśnie pewnego pięknego dnia wpadłam po jakiś niezobowiązujący, acz pięknie zapakowany urodzinowy prezent, zapłaciłam i w kasie dostałam zielony żetonik.
Pan dał mi go bez słowa wyjaśnienia, zakładając chyba, że jestem stałą bywalczynią ;-P.

Skoro dostałam, to domyśliłam się, że gdzieś toto muszę wrzucić. Szybko więc znalazłam przy drzwiach trzy plastikowe kontenerki wypełnione zielonymi krążkami, wyglądające tak:

Napis nad nimi głosił; "Community Matters", a każdy z nich dodatkowo był opatrzony dość obszernym opisem.
Po krótkiej analizie zorientowałam się, że celem tego swoistego głosowania jest opowiedzenie się, w jaki sposób Waitrose ma spożytkować swój fundusz charytatywny. Nazwa 'Wspólnota/Społeczność ma znaczenie" sugerowała, że pieniądze zostaną przeznaczone na rozwiązanie jakichś lokalnych problemów. Tymczasem do wyboru miałam: dom dziecka na Białorusi, St. John Ambulance (organizację promującą kursy pierwszej pomocy i BHP) oraz schronisko dla bezdomnych kotów.
I tylko jedna część była wypełniona w 2/3 pozostawiając pozostałe głęboko w tyle, z warstwą żetonów ledwie pokrywających dno.

Nie ździwiło mnie, że OCZYWIŚCIE były to koty.

Anglicy bowiem mają świra totalnego na punkcie zwierzątek domowych, a pieski i kotki wiodą prym.

Piszę to trochę z przekąsem, jako że (trudno, pewnie stracę kilku czytelników :)) nie jestem wielką fanką zwierząt w domu.
Z powodów różnych - jednym z nich jest to, że nie znoszę tego specyficznego zapachu ani sierści w każdym możliwym kącie (lub wiecznego jej sprzątania - na studiach dorabiałam sobie sprzątaniem po domach, więc wiem o czym mówię).
Drugim z powodów jest to, że przy gromadce dzieci to naprawdę mam kogo głaskać :). Ponadto, przy naszych długich wakacjach w Polsce zbankrutowałabym na hotel dla milusińskich.
A czwartym, koronnym, choć nieostatnim argumentem jest to, że sorry bardzo, ale czyszczenie zasikanych trocin a szczególnie zbieranie psich kup w foliową torebkę napawa mnie skrajnym obrzydzeniem i chyba bym musiała na głowę upaść, żeby sobie dobrowolnie taką przyjemność 2-3 razy dziennie zaserwować.
No i świadomość, że taki piesek by mi swoim obsranym tyłkiem siadał na sofę lub wskakiwał do łóżka ... brrr (i proszę mnie nie próbować przekonywać, że psy i koty są czyste, bo moja podświadomość tego argumentu nijak nie przyjmie).

A te moje ekshibicjonistyczne wyznania zostały zainspirowane kolejnym 'powalonym' artykułem z Metra, o pani Ruth Reginie (Amerykance, co prawda, ale - że tak powiem - pies to trącał), która pochodzi z rodziny o bogatej tradycji robiena peruk. Zostanie więc perukarką było nie tylko naturalną koleją rzeczy, ale też wielkim marzeniem pani Ruty. W wolnym czasie wykorzystywała swoje umiejętności robiąc ... peruki psom przyjaciół. Jak zobaczyłam te zdjęcia:

to pomyślała sobie, że to pewnie jakiś najnowszy trend (z głupoty, z nudów, bo ja wiem?). Okazuje się jednak, że pierwsza psia peruka wyszła spod rąk pani Ruth już ... dwadzieścia lat temu!!! Potem fama się niosła, co raz więcej osób prosiło ją o przysługę w ramach 'starej znajmomości' (jak w tym dowcipie o najdłużej ławce w Wadowicach, do siedzienia w której, obok papieża, przyznało się parędziesiąt osób :))

W końcu zdolna perukarka się zbuntowała, powiedziała sobie, że 'enough is enough' i ... otworzyła stronę internetową, www.wiggledogswigs na której zaczęła promować i sprzedawać peruki i treski dla psich piękności. Są tam też rady, jak mierzyć psi łebek, by peruczka była idealnie pasowała, a także jak czyścić i zamawiać wg własnego widzimisię. Pełen serwis.

Przyznam, że po takiej dawce głupoty, nawet nie mam weny by wysilić się na jakąś ciętą ripostę. Chyba, że "włosy mi dęba stają" :)

 

_____________________________________________

Pozwolę sobie jeszcze wkleić dość stary artykuł z Cooltury (nie tej paryskiej, ale naszej wyspiarskiej :)) o stosunku Brytyjczyków do ich pupilków.

 

środa, 17 sierpnia 2011

No dobrze, może nie od razu za milion.
Cena wyjściowa to £700 000, czyli jakieś głupie 3 miliony polskich złociszy, z grubym hakiem. Szacunkowo jednak nabywca musi się liczyć z tym, że cena końcowa (wraz z formalnościami i remontem) uszczupli jego portfel o okrągły milion funtów szterlingów.

A za co? A za to:



Czytaj dalej ...

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Idea 'charity shops' oraz wszelkich innych akcji charytatywnych, zbierania funduszy na cele szczytne (mniej lub bardziej), robienie wysiłku dla innych urzekają mnie. Uwielbiam szkolne fety (school fairs) na których rodzice organizują własnym (niewielkim, ale jakże efektywnym) sumptem stoiska ze wszystkim, co się da, po to, by zebrać dodatkowe fundusze na rożne szkolne inwestycje. Co się da wyciągnąć od władz lokalnych to jedno, ale

 

 

Czytaj dalej ...

środa, 15 czerwca 2011

Łatwo jest być dziennikarzem bezpłatnej gazety.

Siadasz sobie przed komputerem, by wyrobić normę. Szpaltówka musi być. Tematów ciekawych nie ma. Ale ....

 

Czytaj dalej ...

czwartek, 09 czerwca 2011

Buty są integralną częścią mojego stroju.

Dlatego też nie mogłabym być muzułmanką, bo bym musiała się z nimi rozstawać co najmniej 5 razy dziennie (to taki żart, wyjaśniam, gdyby komuś zachciało się prostować moje wyobrażenia na temat islamu ;))

Gdybym mogła wydawałabym pewnie majątek na jakieś oryginalne, wydziwiane buty ...

 



Czytaj dalej ...

środa, 08 czerwca 2011

Zaczęło się niewinnie.
Od dowcipu rysunkowego, na którym pani stoi pod drzwiami jasnowidza i słyszy dochodzące zza drzwi mieszkania pytanie: "Kto tam?"
Ryli wszyscy jak norki.

 

 

Czytaj dalej ...

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire