mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży

Angielski

wtorek, 30 października 2012

Moja mama.

Nigdy, przenigdy nie wtrącała się do moich lekcji. Nie sprawdzała ich, nie kontrolowała, nie przepytywała.
Kto wie, może chciała sobie oszczędzić nerwów?

Zawsze jednak mogłam przyjść do niej z wypracowaniem.

Mniej więcej w czasie mojej późnej podstawówki mama pisała doktorat.
Nieee, nie z nauk humanistycznych, broń Boże :)))
Miała chyba jednak wtedy wyjątkową wrażliwość na słowo pisane, na logiczne połączenia między zdaniami, na zwartą konstrukcję paragrafów czy spójność tekstu.
Zbyt dużą, jak na moją ówczesną cierpliwość.

Sesje korekcyjne trwały bowiem godzinami.
Było czytanie, szukanie synonimów, uzupełnianie, wstawianie, przetasowywanie, ponowne czytanie - w tym musiałam brać czynny udział.
Były gwiazdki, odnośniki, strzałki, dopiski, podkreślenia, szlaczki, chmurki (moja mama jest osobą super poukładaną - nigdy przy późniejszym przepisywaniu nie pogubiłam się w tym swoistym labiryncie notatek).
Było cyzelowanie, szlifowanie, zagryziony w namyśle kącik ust, skupienie.

Były w końcu moje błagania ...

 

Czytaj dalej ...

 

piątek, 05 października 2012

Naprawdę nie złośliwie, naprawdę nie z chęci zanudzenia Was, nawet nie z chęci podtrzymania tradycji tworzenia 'tryptyków' :))
Tak po prostu wyszło, że znowu mam dla Was kolejną zabawę.

Niestety, mam świadomość, że dla większości czytelników będzie ona (nomen omen) nieczytelna, ale tak mnie zafrapowała, że postanowiłam się podzielić - a nuż-widelec komuś się też spodoba.

Szarado-zgadywanka polega na odgadnięciu siedemdziesięciu pięciu (!!!) nazw stacji londyńskiego metra ukrytych w tym jednym rysunku:


rysunek można obejrzeć w powiększeniu na oryginalnej stronie (link poniżej)

Czytaj dalej ...

poniedziałek, 02 stycznia 2012

W szaleństwie Christmas Parties w tym (a właściwie już w zeszłym roku) nie uczestniczyłam.


Zresztą nigdy nie lubiłam tych spędów, na które albo trzeba się wystroić jak stróż w Boże Ciało i spędzić cenne sobotnie popołudnie w snobistycznej restauracji, nierzadko oko w oko z szefem, płacąc za drinki, jak za zboże, nawet jak jest się niemalże całkowitym abstynentem, albo wręcz przeciwnie -  po całym dniu pracy i po nudnej, dwugodzinnej nasiadówce z szefową iść do knajpy za rogiem, z gromadką równie uchetanych pracowników i z oczami na zapałki udawać, że integracja z kolegami z pracy w środowy wieczór jest szczytem szczęścia.

Jedynym 'szaleństwem', które zaliczyłam przed świętami był Christmas Fayre, czyli bożonarodzeniowy kiermasz w Londynie, gdzie pojechaliśmy odwiedzić naszych przyjaciół z dzielnicy grozy :)

I tam właśnie, przy grzanym winie i mince pies (ciasteczkach nadziewanych mieszanką suszonych owoców, cynamonu, gałki muszkatołowej i gożdzików), przy wspomnieniach, śmichach-chichach, malowaniu świątecznych esów-floresów na twarzy i robieniu na dłoniach tatuaży z henny napomknęłam między wierszami, że piszę bloga.
Nie wiem dlaczego, ale wzbudziło to potężne zainteresowanie (w przeciwieństwie do moich polskich znajomych, którzy mimo zaproszenia odwiedzali mój poprzedni blog raczej nieregularnie) i każdy chciał poznać tytuł i adres. Wyraźne, choć nie wiem na ile szczere rozczarowanie wymalowało się na twarzach na wieść, że blog jest po polsku i nici z czytania.

Nagle jedna z osób wykrzyknęła, że przecież jest Google Translate, ale jakoś się po angielsku wykręciłam :).
Anonimowość daje mi zdecydowanie większą swobodę w wyrażaniu myśli.

Po przyjściu do domu z ciekawości wkleiłam jeden z tekstów w internetową 'tłumaczkę', by zobaczyć co ukazałoby się oczom potencjalnego anglojęzycznego czytelnika.

I przyznam, że ubaw miałam niezły.

Domyślałam się, że skoro w miarę biegłym tłumaczem zostaje się dopiero po pięciu latach lingwistyki (anglistyki lub innej -styki) i podyplomowym studium tłumaczeń, to zautomatyzowany program komputerowy nie wychwyci wszystkich niuansów językowych.

Widziałam (i sama otrzymywałam) różne maile tłumaczone z angielskiego na trudna polska język.

Nie sądziłam jednak, że moje 'Szepty' stanowić będą dla Googli aż takie wyzwanie :)

Zacznijmy od tego, gdzie mieszkam.
Na Wyspach Szczęśliwych przecież, czyli na ... The Fortunate Isles :)

Moje wpisy są nacechowane emocjonalnie.
Czasami jest mi bardzo miło (I'm nice), innym razem drżę ze strachu, by mnie szefowa nie udusiła (strangled her head to me), lub wykrzykuję "o matko!" ("the mother!"), gdy piszę o odwiecznym problemie (the old-aged problem) pisania raportów.
Bywa też i bardziej dramatycznie, gdy na przykład relacjonuję, jak muszę pędzić na zbity pysk, by wymienić męża (I have to run to replace her husband's beaten face).
Niezła ściema, co? (Not a bad scam, huh?).

Ale, ale, chwileczkę! Czyjego męża? Co to za insynuacje?!

Google zdecydowanie nie radzi sobie z brakiem rodzajników w języku polskim i zawsze musi coś upchnąć. Jak nie 'a' czy 'the' to przynajmniej zaimek dzierżawczy wstawi.

Zdania, gdzie podmiot jest domyślny są już zdecydowanie powyżej poziomu inteligencji wujaszka i wychodzą takie perełki:

Łapię się za głowę i przecieram oczy ze zdumienia. - I grab his head and rub my eyes in amazement. Dość masochistyczne ...


Zaimek zwrotny 'się' jest natomiast bezczelnie i z premedytacją pomijany:

On z tych, co się tak łatwo paracetamolowi nie dają - He of those who so easily paracetamolowi not give.

Zresztą odmiana przez przypadki też jest na pograniczu czarnej magii.
O idomach i związkach frazeologicznych tłumaczonych dosłownie nie wspomnę:

gra warta świeczki - the game is worth the candle
wyjść ze zdumienia nie mogłam - in and out with astonishment I could not
z genetyką jestem za pan brat - to genetics I am for you brother

Totalna ignorancja, żeby nie powiedzieć totalna zlewka (total beaker).
Mój zdecydowany nr 1 :))

Nazwy własne przyprawiają niekiedy o zawrót głowy. Krakowskie Przedmieście staje się Krakow suberbs, a radocha (zadowolenie, znaczy się) awansuje do rangi nazwy własnej (Radocha).

Na neologizmy i zdrobnienia, którch (nad)używam mogę przymknąć oko, bo z nimi nawet i polscy czytelnicy mogą mieć problem (szczególnie w zdaniach hiper-wielokrotnie złożonych, które chyba są moim znakiem rozpoznawczym). No bo cóż może biedny żuczek zrobić z takim fantem:

Believe me, zmarźluchowi what is called - just walked in golfiku cotton, linen and pantofeleczkach żakieciku. Well, a few other conventional clothes, but nothing 'opatulającego'. :)

Wyrazy wieloznaczne oraz nietypowa składnia powodują chyba jednak największe zamieszanie, a raczej całkowitą zmianę sensu zdań lub zwrotów:

Niech sobie wcina - Let them these cuts.
Pomoc państwa Barton zawęziła się do słoni. - State aid Barton narrowed to elephants. (Od kogo pochodziła pomoc?)


że słoniom do szczęścia niezbędna będzie muzyka - that the elephants will be essential to the happiness of music (O czyje szczęście chodzi: słoni czy muzyki? :))

Pycha, choć przyznaję, że mimo zużycia całej rolki ręczników kuchennych w celu pozbycia się nadmiaru oleju, plastry bakłażanowe wciąż ociekały tłuszczem.
Pride, though I admit that, despite the consumption of the entire roll of kitchen towel to get rid of excess oil, slices of aubergine still dripping fat. (Krótko mówiąc chełpiłam się zjedzeniem całej rolki ręczników).

 

Tak więc mój blog nie ma szans na zyskanie międzynarodowej publiki.

Nie kryłam zawodu.

I did not hide my profession. :)



niedziela, 27 listopada 2011

Pomysł nie jest nowy, ale ja się na niego natknęłam dopiero wczoraj i oczywiście rozśmieszył mnie bardzo, bo ... duuuuużo w tym prawdy.

Niuanse językowe wynikające ze zgoła innego rozumienia pragmatycznej funkcji języka przez mieszkańców Wysp Szczęśliwych mogą przysporzyć wielu problemów nowicjuszom władającym angielskim w stopniu średnio zaawansowanym.

 

Czytaj dalej ...

­­

­­







poniedziałek, 06 czerwca 2011

Nie będę kokietować, że mój angielski jest beznadziejny.
Bo nie jest.
Jest nawet całkiem niezły, powiedziałabym. Oczywiście akcent mam taki, że jak tylko powiem 'Hello', to niczym odzew na hasło pada pytanie: "Eastern Europe?".

Nie, żebym się wstydziła swoich przepięknych polskich, silnych korzeni

 

Czytaj dalej ...

 

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire