mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży
środa, 16 listopada 2011

Jeśli chodzi o zainteresowanie mojego syna historią , to wszystko rozpoczęło się od książeczki pt. "Horrible Science, the seriously squishy sicence book”, którą dostał w nagrodę za wygraną w konkursie przebierankowym na postać z bajki.

 

Dzieciaki miały się przebrać za swojego ulubionego bohatera książkowego. Młody wymarzył sobie wilka (wiadomo, postać wielopłaszczyznowa: Czerwony Kapturek, O wilku i 7 koźlątach, Trzy świnki itp.). Trochę czasu i ambarasu zajęło nam wymyślenie i zrobienie stroju, ale efekt był moim zdaniem fajny. Maskę skopiowałam z internetu i kilkakrotnie powiększyłam, kapcie-łapy znalazłam przez przypadek i nie mogłam uwierzyć swojemu szczęściu (wtedy jeszcze nie znałam angielskiego zamiłowania do przebieranek), a futerko znalazłam w jakimś sklepie z ubraniami dla dzieci. Występowało tam w kategorii 'ostatni krzyk mody'. Tak, tak, taki ohydny 'buras' wisiał dumnie obok różowiutkich spódniczek i srebrnych pantofelków.

Do stroju wilka pasował nam jednak idealnie.

Czytaj dalej ...

wtorek, 15 listopada 2011

Odwiedziliśmy znajomych.
Rzadko się widujemy, bo oni na końcu świata mieszkają, ale wreszcie się udało.

Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze przejść przez próg, gdy on zapowiedział sensacyjnym głosem, że zaraz nam coś pokaże.

Gdy zasiedliśmy w salonie, on z namaszczeniem wyciągnął z szafy gazetę.
Nie zwyczajną, ale jakąś mocno zabytkową.
Nikomu się nie dał dotknąć, bo to obiekt muzealny.

Z 1856 roku !!!

Z pierwszej strony łypały na nas wiktoriańskie fonty i starodawne samochody. Dalej też było nastrojowo. Damy w kapelutkach i żakiecikach obszywanych futrzanymi kołnierzami i dżentelmeni z włosami na brylantynę, binoklami i zegarkami na łańcuszkach.

Pożółkły, gruby papier, zdjęcia w kolorze sepii i ten nieoczekiwany powiew historii robiły wrażenie.

Znajomy - jak się okazało - parę dni wcześniej kładł kafelki w przedsionku.
Po zerwaniu starego dywanu i podkładu znalazł ten właśnie okaz, który najwidoczniej został użyty jako dodatkowa warstwa izolacyjna.

Przez chwilę zastanowiło mnie, jak stary jest ów dom i czy rzeczywiście w erze wiktoriańskiej - słynącej z kunsztu rzemieślniczego i zamiłowania do nowinek wszelkiego rodzaju - kładliby jakieś stare gazeciska pod dywan.

Ale cóż, Nigdy nie byłam dobra z historii. Interesowała mnie bardziej w kontekście anegdotycznym niż faktograficznym.
W szczegóły się nigdy nie wgłębiałam. Zresztą udałam się na ploteczki z żoną odkrywcy, zostawiając mężczyzn z ich skarbami i podbojami.

Mój syn jednak, fascynujący się historią, przejął się znaleziskiem bardzo. Z wrażenia nie mógł sobie miejsca znaleźć. Zaczął więc (pod czujnym okiem 'wujka' - znającego, nadmienię, angielski w stopniu średnio zaawansowanym) studiować zawartość.

Najpierw zdziwiło go, że gazetka zawierała same ogłoszenia.
Zaczął się w nie wczytywać i po nie więcej jak pięciu minutach na jednej z ostatnich kart znalazł dowód, że wiekowe rzekomo odkrycie było tylko sprytną imitacją.

Nie posiadając nawet zbyt dogłębnej wiedzy na tematy historyczne można się bowiem domyślić, że taaaakich reklam w XIX wieku to raczej w gazetach nie umieszczano.

I kartami kredytowymi też nie płacono :)

Okazało się, że był to tylko taki chwyt reklamowy - gazeta robiona na 'dawne czasy', czego zresztą nikt nie krył. Wystarczyło tylko uważnie przyjrzeć się okładce :)) (Step back in time)

ale trzeba przyznać, że wyglądało to przekonująco i właściwie oprócz tej jednej "wpadki" wszystkie reklamy były perfekcyjnie wystylizowane.

Kolega nie krył zawodu. Mój syn także :)

A mi się przypomniała cudna reklama, pokazująca jak ważne jest, by ... nie sądzić zbyt szybko na podstawie pierwszego wrażenia :))

poniedziałek, 14 listopada 2011

Blogosfera mnie fascynuje.

Fascynuje mnie samo zjawisko blogowania przez tak wiele osób, różnorodność tematyki, wieloletni zapał niekórych, a także to, jaki to biznes :)

Nie zamierzam jednak przeprowadzać dzisiaj dogłębnej analizy tego tematu.
W zamian (po kilometrowym - jak to u mnie - wstępie) będzie mini anegdotka...

Jednymi z blogów, które niezmiennie mnie zdumiewają, są blogi kuchenne kulinarne.

Nie tylko ich liczba i popularność. Ale też kto to wszystko potem zjada i ... 

 

Czytaj dalej ...

czwartek, 10 listopada 2011

Anglia to kraj świrów.

Serio.

Jaś Fasola, Monty Python, Little Britain - to tylko skromne przykłady.
Ale powiedzmy, że to takie nieszkodliwe świry. Albo inaczej - świrnięci w słusznej sprawie.

Ale freak'ów, takich z prawdziwego zdarzenia to trochę tu chodzi po ulicy.
Mieli nawet swój program pod tytułem Freak Like Me.

Przyznaję, że parę odcinków obejrzałam i wyjść ze zdumienia nie mogłam po pierwsze z powodu chorych rzeczy, które bohaterowie programu robili nałogowo (lub w ramach nerwicy natręctw, bym powiedziała), a po drugie, że oni zupełnie nie wstydzili się mówić o najintymniejszych szczegółach, demonstrując je często bez najmniejszych skrupułów, jak na przykład to urocze dziewczę, które z przyjemnością (z ekstazą wręcz) oddaje się ... obgryzaniu paznokci u nóg. Bleeee ...

 

Czytaj dalej ...

 

 

środa, 09 listopada 2011

Natrafiłam wczoraj na taki quiz:

Can you name the country by its stereotype?

W ciągu 4 minut trzeba wpisać nazwy krajów, które przychodzą ci na myśl po przeczytaniu pewnego zestawu cech/ przedmiotów/zachowań

Quiz jest bardzo łatwy (niestety po angielsku), co tylko potwierdza, jak wiele utartych opinii na temat każdego narodu funkcjonuje w zbiorowej świadomości.

Na pewno stereotypy nie powstają przez przypadek - jak to się mówi - coś jest na rzeczy.

Kwestią jest, czy damy się im zdominować i pozwolimy, by każdego nowo napotkanego człowieka z góry oceniać przez pryzmat jego narodowości (czy innych cech, ale nie o tym tu mowa).

Ja w cztery minuty rozpoznałam 20/24, a właściwie 21/24 tylko wpisywałam English, a powinno być United Kingdom (tzn. nie powinno tak być - potwierdzi to każdy Szkot i Walijczyk, ale taka odpowiedź była wgrana i komputer nie akceptował mojego 'English').
Dwóch nie zdążyłam wpisać, bo 4 minuty minęły zbyt szybko :)

A wy jak mocno tkwicie w stereotypach na temat pewnych nacji? Kto pobieje mój rekord?

wtorek, 08 listopada 2011

Jeśli chodzi o podróże, to ... no cóż, z wiekiem zmienia mi się zdanie na ten temat.
Może nawet nie tyle zdanie, ile zasoby energetyczne :)
O finansowych nawet nie wspominam, choć być może, gdybym tak swobodnie mogła zafundować sobie jakieś egzotyczne wyjazdy, to i energii bym wykrzesała więcej.

Fascynują mnie różne kraje, a powody tych fascynacji są różne.
Jednym z miejsc, które bardzo, bardzo bym chciała odwiedzić jest na przykład Japonia.
Aaaale, co my tu o Japonii - ja w Europie ledwie gdzie byłam (choć w sumie w życiu udało mi się postawić nogę na trzech kontynentach).

Także mogłabym tu trochę powymieniać i byłyby to pewnie KLASYCZNE STANDARDY TURYSTYCZNE.

Żadnych ekstremów. Żadnych dziwnych zakątków. Żadnych niepewnych czy problematycznych rejonów.

A i tę 'klasykę' też bym mocno przesiała.

Taki Egipt na przykład.

Moja stereotypowa wyobraźnia szepce mi do ucha:



Czytaj dalej ...

 

 

poniedziałek, 07 listopada 2011

Zamontowałam sobie tydzień temu takie ustrojstwo:

No fajne te flagi.
Lubię sobie popatrzeć z jakich stron świata wchodzą ludziska na moją stronę i pozachwycać się nad potęgą internetu.
Na przykład kogoś z Wenezueli zagnało! 
Szwajcaria, Holandia, Finlandia, Szwecja i Niemcy to jednak Europa, ale taka Wenezuela? Kto by pomyślał?!

Serdecznie pozdrawiam czytelnika z Wenezueli :))

Wcześniej miałam tylko licznik, ale tam tylko ostatnie 20 wejść. Łeeee... cieniutko.

A ja jestem wścibska, popatrzeć sobie lubię zza firanki, kto do wśi zawitał. I nie muszę gasić światła - w internecie podglądactwo jest anonimowe.
Anonimowe ...
Czyżby?

 

Czytaj dalej ...

piątek, 04 listopada 2011

Moje dziecko przytachało dziś radośnie książeczkę ze szkolnej biblioteki.

Dumne i blade, bo książeczka nosiła tytuł We live in Poland. Pani bibliotekarka mu podsunęła, bo chłopak z Polski, to się ładnie składa.

Zajrzałam i ... no co będę komentować?
Sami zobaczcie, co się mogą Harry z Emily dowiedzieć o kraju swoich kolegów z mrocznej Europy Wschodniej:

że wiele ludzi prowadzi małe, rodzinne biznesy

 

Czytaj dalej ...

czwartek, 03 listopada 2011

Zanim przemkniecie wzrokiem do końca wpisu - zagłosujcie, proszę, w mini ankiecie.

I bez zaglądania do wujka Google, bo to nie egzamin, więc ściągać nie trzeba ;o).
To tylko dla zaspokojenia mojej ciekawości - jakiej liczby byście się spodziewali.
A potem możecie czytać dalej :)

Liczba dzieci poniżej roku zaadoptowanych w UK w ostatnim roku to:
poniżej 100
100-500
500-1000
1000-2000
2000-5000
powyżej 5000

A cały ten cyrk dlatego, że przeczytałam dziś wywiad z panem premierem na tenże temat i przyznam szczerze, że byłam mocno zaskoczona.

Sam mini-wywiad być w dość dziwacznym miejscu, a mianowicie w darmowym cotygodniowym magazynie Stylist. Raczej osobliwe miejsce na wywiad z głową państwa. Nieformalną, bo nieformalną (bo oficjalnie to rządzi Ela, a pan Cameron jest tylko premierem rządu Jej Królewskiej Mości :)) ale jednak głową. Ale to detal.

Okazało się jednak, że wywiad był nieprzypadkowy, gdyż w Wielkiej Brytanii obchodzony jest właśnie Tydzień Adopcji.
Dziennikarka przeprowadzająca wywiad, też została dobranna nieprzypadkowo. Po latach starania się o dziecko podjęła wraz z mężem decyzję o adopcji, więc 'była w temacie'.

W przeciwieństwie do mnie, która znam zagadnienie jedynie z kilku przeczytanych w necie rozmów lub felietonów. Ale - i mówię tu o Polsce - mam świadomość, że jest to często droga przez mękę i po przejściu przez proces weryfikacji człowiekowi się czasami żyć odechciewa.

Po hiper zbiurokatyzowanym systemie angielskim nie spodziewałam się czegoś  dużo lepszego.
Myślałam jednak, że przy dużo większej liczbie dzieci pozostających pod opieką prężnie działających Social Services, przy dużej liczbie nastoletnich matek, przy niezbyt opanowanym napływie emigrantów (czyli w tym kontekście ludzi, którzy nie mają tu żadnej rodziny, a więc i znikąd pomocy) dzieci potrzebujących kochających rodziców będzie więcej.

Co się jednak okazuje.
Dzieci pozostających pod opieką państwa jest sporo - w ostatnim roku 3360.
Zaadoptowanych jednak zostało tylko ... 60.
I mowa tu tylko o dzieciach do 1 roku życia, czyli takich, które chyba najmniej traumatycznie by przez ten proces przeszły.
Jest to o 20% mniej niż w zeszłym roku (co i tak jest moim zdaniem bardzo mało).

Dlaczego?

Jedną z przyczyn jest oczywiście machina biurokratyczna, którą premier obiecuje zlikwidować w tri miga (bo co ma powiedzieć, bidak). Sedziowie będą musieli szybciej wydawać wyroki skazujące dane dziecko na przybranych rodziców. Obecnie proces zaadoptowania jednego dziecka ciągnie się średnio przez 2 lata i 7 miesięcy.

Główna przyczyna leży jednak ... ni mniej ni więcej w politycznej poprawności.

Chodzi o to, że rodziny White nie mogą adoptować dzieci Black. I vice versa.
I to wcale nie dlatego, że zabrania tego prawo, ale jak to pan Cameron pięknie ujął "there is over-cultural sensitivity", czyli przewrażliwienie na punkcie różnic kulturowych. Takie niepisane prawo wśród urzędników adopcyjnych.

Przez prasę, telewizję, salony, pokoje, kuchnie i podwórka co i raz przetacza się dyskusja nad sensownością 'międzyrasowego mieszania rodzin'. Ja sama nie raz uczestniczyłam w dysputach (ostatnio przy okazji adoptowania synka przez Madonnę, choć tam dochodziły, oczywiście jeszcze inne kwestie - moralne, powiedziałabym). Na nie byli zawsze Murzyni. Nie bo nie, bo dziecko się nie odnajdzie, bo będzie cierpieć. Przyjęłam to jako ich punkt widzenia, bo nie mam doświadczenia w tej kwestii, więc ja mogłabym podważać ich 'argumenty'. Wewnątrz się jednak nie zgadzam. Chyba ....

Jestem w stanie zrozumieć, że istnieją obawy, jak takie dziecko może się w przyszłości czuć.
Bo to raczej dla wszystkich będzie oczywiste, że zostało zaadoptowane.

Ale tu argumentem koronnym jest już nie sam kolor skóry ale szeroko pojmowana tożsamość etniczna.

Czyli co?

To, jakim będę człowiekiem, jaką będę miał filozofię życiową, jakich wyborów będę dokonywał, jest zakodowane w genach? A wartości moralne, zainteresowanie historią jakiegoś kraju, czy miłość do ojczyzny mogą wpoić mi tylko ci, którzy pochodzą z tego samego kręgu kulturowego, co moi biologiczni rodzice?
Jak bym oddała swoje dziecko do wychowania Jamajczykom, to ono po latach nie chciałoby słuchać reggae, jeść yamów i ściełoby swoje dredy, bo by poczuło w sobie zew do kiełbasy wieprzowej, mazurków Szopena i przeszło w ramach młodzińczego buntu na katolicyzm?

Śmiem wątpić ...


Dzieci są wiernymi naśladowcami swoich rodziców i 'etnicznie' identyfikują się z nimi właśnie, a nie z jakąś enigmatyczną, nieznaną mu grupą kulturową.

I gdyby takie zalecenia wydawano w dość jednolitej etnicznie (eufemizm) Polsce, to bym się nie dziwiła.
Ale tu na Wyspach wyjątkowo dba się o to, by nikomu się krzywda nie działa i wszelkie komentrze na tle rasistowskim są natychmiast namierzane i omawiane. W szkołach kładzie się ogromny nacisk na to, by uczniowie umieli się zachować w stosunku do jakichkolwiek mniejszości (chociażby październik jest tzw. Black History Month). Uczy się szacunku do innych kultur, niepełnsprawności, inności. Zabawki, bohaterowie książek czy opowiadań mają różne kolory skóry i pochodzenie, organizowane są różnorodne festiwale i akademie na cześć. A i rodziny naturalne są tak etnicznie zmieszane, że czasami to od przybytku aż głowa boli.

Pomiętam, chodziłam kiedyś na kurs językowy i na pierwszej lekcji uczyliśmy się banalnych podstaw, czyli własnych narodowości. Więc ja Polish of course. A inni ... nie wiedzą tak naprawdę. Bo mama i tata mixed race, jedna babcia z Ghany hajtnęła się z dziadkiem z Irlandii, a druga Greczynka zawróciła w głowie Hindusowi.

Dlaczego więc odmawiać wielu pragnącym dziecka rodzicom adopcji tylko ze względu na kolor skóry? Czy to nie jest przypadkiem jakaś forma rasizmu?'

If you can make a match within a child's own race that generally leads to better outcomes.'

Nie neguję, że taki układ byłby lepszy. Problem polega jednak na tym, że rodzin etnicznie pasująch jest najzwyczajniej dużo mniej. Wynika to nie tylko z faktu iż  mniejszości etniczne są statystycznie mniej zamożne i chętne do wchodzenia w proces adopcyjny, który jest długi i skomplikowany, ale też z wielu czynników kulturowch właśnie.

Np. rodziny muzułmańskie czy hinduskie często traktują bezpłodość kobiety jako klątwę i adopcja nie jest uznawana jako antidotum na nieprzychylność wierchuszki.

Słyszy się też o ciemnych stronach adopcji mieszanych, ale czy kierowanie się takim argumentem nie jest przypadkiem wylewaniem dziecka z kąpielą?

 

A przy okazji gorąco polecam film Skin. Trochę obok tematu, ale - pisząc językiem szkolnych wypracowań - fajny, bo ciekawy i bardzo interesujący :))



 

 

ps. z kronikarskiego obowiązku wklejam dotychczasowe wyniki sondażu :)
tak jak przewidywałam - większość z was myślała o zdecydowanie większej liczbie.

 

środa, 02 listopada 2011

Nie, nie jestem profanem, skandalistką czy kontestatorką.

Po prostu nie lubię cmentarzy.

Na tzw. groby nie chodzę już od ponad 20 lat; z wyjątkiem angielskich cmentarzo-parków, przez które często - na skróty - wiodą moje ścieżki.

Tam nikogo nie ma.

Ludzie, ci co odeszli, są gdzieś indziej.
Dokładnie nie umiem sprecyzować gdzie (ale na pewno są - to byłoby głupie, gdyby 'po drugiej stronie' było jedno wielkie nic).

Żyją w mojej pamięci i nie chcę wyznaczać sobie specjalnego dnia do rozpamiętywania.
Tak wiem, że beznadziejnie uprościłam, ale ... no nie lubię tego 'święta' i tej dusznej atmosfery i już.

Zawsze też zastanawiałam się ...

 

Czytaj dalej ...

 

 


poniedziałek, 31 października 2011

Przyrzekam solennie, że będzie to ostatnia w najbliższym czasie wzmianka o portalach społecznościowych, bo czuję, że zaczynam przynudzać.
Obiecałam jednak veni23 anegdotkę, więc dziś tryptyku część ostatnia.


Boję się, że to przeciąganie struny nie uczyniło nic dobrego, bo anegdotka jest całkiem zwyczajna, umiarkowanie śmieszna, lub - tragikomiczna, jak kto woli, a napięcie zbudowałam wokół niej godne co najmniej Kodu da Vinci. No, ale słowo się rzekło.

Otóż, otrzepując przycięte przez Naszą Klasę skrzydełka, nie fantazjowałam o innych portalach społecznościowych (znów tworzenie profilu, wklejanie zdjęć itp.). Zresztą każdy potrzebuje czasu, by się wyleczyć z pierwszej, nieszczęśliwej miłości :))

Długo więc ignorowałam wysyłane mi maile informujące mnie o czyjejś przemożnej chęci przyłączenia mojej skromnej osoby do grona facebookowych przyjaciół.

Aż pewnego dnia dostałam zaproszenie od mojej szefowej z pewnej organizacji charytatywnej, gdzie się udzielałam jako wolontariusz.


Dostałam nie tylko standardową, wygenerowaną automatycznie facebookową formułkę, ale też oddzielny list pełen nieukrywanej ekscytacji, zapraszający mnie do obejrzenia galerii zdjęć, zapoznania się z nadchodzącymi eventami i innymi atrakcjami.

Szefowej się nie odmawia tak?

Postanowiłam więc - dla świętego spokoju - przyjąć jej zaproszenie.
Wymagało to oczywiście założenia konta na Facebooku.
I podania swojego adresu mailowego.

W tamtym czasie posiadałam dwa.
Jeden z ramienia Wirtualnej Polski, używany w celach podtrzymywania (nieudolnie, jak się z czasem okazało) kontaktów ze znajomymi z nadwiślańskiego kraju, oraz na Yahoo, który założyłam sobie, by końcówka @yahoo.co.uk wyglądała bardziej wiarygodnie na podaniach o pracę, które akurat wtedy namiętnie rozsyłałam.

Moja angielska książka adresowa zawierała wtedy głównie maile osób, z którymi łączyły mnie kontakty służbowe. Albo 'organizacyjne', czyli różnych instytucji, z którymi kontaktowałam się w celu unormowania moich spraw na Albiońskiej Ziemi. Miałam ustawioną opcję automatycznego dodawania wszystkich 'korespondentów'. A uwierzcie - było ich sporo. Zresztą mam w zanadrzu parę ciekawych historyjek odnośnie załatwiania spraw urzędniczych w kraju rzekomo cywilizowanym. Kiedyś też opiszę.

Wracając do konta na fejsie ...

Jak postanowiłam, tak też zrobiłam.

Gdy wprowadziłam już wszystkie mniej lub bardziej prawdziwe dane do facebookowego profilu i nacisnęłam 'Załóż Konto' wyświetliła mi się podstrona:
"Zobacz, kto z twoich znajomych jest już na Facebooku"


Zalogowałam się, zgodnie z komendą, do yahoo-skrzynki (ach ta nieposkromiona ciekawość) dając dobrowolnie panu Zuckerbergowi dostęp do listy moich kontaktów.

Na prowadzenie wyłonili się ci, którzy już wcześniej mnie zapraszali.
Zaakceptowałam ich zaproszenia, zyskując na dzieńdobry dziesięciu przyjaciół :).
Facebook się jednak nie poddawał tak łatwo i nagabywał dalej.

"Czy może nie chciałabym zaprosić kogoś z pozostałej listy kontaktów?"

BOŻE UCHOWAJ!!! - pomyślałam w popłochu.

Szybko więc nacisnęłam przycisk 'Next' i stałam się szczęśliwą posiadaczką profilu na najbardziej coolowym portalu społecznościowym.

Kątem oka dostrzegłam jednak w sąsiednim okienku, że na skrzynkę na Yahoo przyszło do mnie 21 nowych wiadomości.

Ooo?! - zdziwiłam się niepomiernie nagłym zainteresowaniem moją skromną osobą i szybciutko przetransportowałam się do karty obok, by oddać się lekturze.

Zajęło mi (dość dłuuuugą) chwilę, by zajarzyć, co oznaczają te wszystkie 'mailer deamon' czy  inne 'out of office' wiadomości. Do czego ci ludzie piją, przecież ja nic nikomu nie wysy-ła- ...

Ożesz, @+%^&*}/*^$## ... wa!  (bulwa, larwa lub inna bździągwa).

Dotarło do mnie.

Obfitość tych monotematycznych maili oznaczała ni mniej ni więcej to, że ... moje zaproszenie do facebookowego grona przyjaciół otrzymali WSZYSCY obecni na mojej liście adresowej.
Tak, dokładnie ci, których za wszelką cenę chciałam ominąć.


I tylko nieliczni zmienili adresy mailowe lub byli na urlopie, zaszczycili mnie więc automatycną odpowiedzią. Pozostali mieli wkrótce przeczytać moje radosne zaproszonko.

Ale przecież ja nacisnęłam 'Next' bez przyłączania ich!!!
Ja NIE CHCIAŁAM ich przyłączać! Mamooooo !!! Matko jednyna !!!

Więc o co chodzi?

Wróciłam na Facebooka, wylogowałam się i zaczęłam zakładać kolejne konto, by prześledzić gada.
I wtedy zrozumiałam mój błąd.

Te wszystkie sugestie (tym razem użyłam swojej skrzynki na Wirtualnej) były już usłużnie ZAZNACZONE. Powinnam je była najpierw 'odklikać', żeby zostały zignorowane przy naciśnięciu guziczka 'Next'.
Czego niestety przy zakładaniu konta pierwotnego nie zrobiłam, wysyłając w świat głupawy tekścik o tym, jak super by było znowu się spotkać i poplotkować na 'wallu' (made by Facebook, ale czy to ma znaczenie?).

Do mojej szefowej z pracy.

Do szefowej z pracy, o którą się ubiegałam.

Do wykładowców z uczelni.

Do szkoły moich dzieci.

Do pani z gminy.

Do księgowego.

Do przychodni.

Do pani z biblioteki.

Do byłego landlorda.

Do supermarketu online, gdzie robiłam cotygodniowe zakupy.

Do agencji reklamowej, biura pośrednictwa pracy, biura podróży, właściciela portalu, na którym mój mąż ma stronę internetową, do firmy kurierskiej przesyłającej paczki do Polski, do instytucji nostryfikującej dyplomy, do organizacji charytatywnej i parudziesięciu sklepów internetowych (tych, gdzie np. składałam reklamację lub dopytywałam się o szczegóły) i wielu innych szacownych instytucji.

Słowem do milionów miejsc, organizacji i ludzi, którzy w najlepszym razie wzięli mnie za zwariowaną internautkę, a w najgorszym potraktowali jak osobę z lekka bezczelną i mało profesjonalną.

Owszem, napisałam za chwilę kolejnego maila, że proszę zignorować, że niechcący, że bardzo przepraszam.

Ale niestety, jak stara podwórkowa mądrość głosi: Pierwsze słow DO DZIENNIKA, drugie słowo DO ŚMIETNIKA :))

Najbardziej głupio mi było jak się moja pani profesor tłumaczyła przede mną po wykładach, że ona bardzo przeprasza, ale ona tego Facebooka to raczej niechętnie, także niestety mnie nie przyłączy.

To, że ziemia się pode mną nie zapadła potraktowałam jako znak z nieba, że może jeszcze mam parę rzeczy do zrobienia na tym ziemskim padole...

No, to miłego surfowania, blogowania, chatowania, updatowania, mailowania itp...

 



koszulka stąd



sobota, 29 października 2011

Facebook ewoluował do miana naturalnego następcy Naszej Klasy .
Wszyscy tam uciekali. Miał fajniejsze funkcje, przejrzysty interfejs i był międzynarodowy.
Mogłam więc odnaleźć znajomych z caluśkiego świata, a mieszkając parę ładnych lat poza granicami Polski (nie tylko w Anglii) miałam kilku przyjaciół odległych krańcach globu.


Scenariusz się właściwie powtórzył - z paroma osobami się spotkałam w czasie ich wojaży po świecie (z przesiadką na Heathrow :)), z kilkoma nadal utrzymuję kontakt mailowo-skype'owy, większość zaś tylko sobie tkwi na liście znajomych i nawet nie za często otrzymuję od nich update'y.

Na pewno 'zestaw przyjaciół' z fejsa odpowiada bardziej stanowi faktycznemu, tzn. są to moi bliźsi lub dalsi znajomi, ludzie z którymi łączy mnie coś więcej niż przesiedzenie paru lat w sąsiedniej ławce.
I naprawdę nie przeszkadza mi powierzchowność tych wirtualnych kontaktów.
Nie ma co załamywać rąk i bić na alarm.
Podobno w życiu nie można mieć więcej niż ...

Czytaj dalej ...

piątek, 28 października 2011

... więc i mnie naszło na zmiany.

Fiolecik mi się chwilowo przejadł, choć tamten szablon mi się bardzo mi się podobał.
Był jednak trochę zbyt retro :)

A zatem bye-bye lawendo!

Nowy - w odcieniach szarości, jakoś bardziej pasuje do mojego obecnego stanu wewnętrznego.

Jest autorstwa katemac , która - mam nadzieję - wykorzysta swoje super zdolności
i stworzy kiedyś bardziej industrialny szablon, lepiej się nadający do moich prasówek niż romantyczne kwiecie.
Jakby jeszcze o jakieś motywy angielskie można było prosić, to już byłby szczyt szczęścia :)

Ja niestety, choć próbowałam, oj próbowałam, ogarnąć ten cały css, kodu kaskadowego nijak pojąć nie mogę. Zbyt duży poziom abstrakcji. Nawet instruktaże krok-po-kroku nie pomogły. Czytanie ze zrozumieniem nawala czy co?

Mam nadzieję, że nie powiało zbytnio nostalgią i jest w miarę czytelnie (osobiście nie umiem czytać blogów na czarnym lub bardzo ciemnym tle - moje oczy odmawiają współpracy).

Te wietrzno-szumiące szarości przynajmniej akustycznie pasują mi do szeptów w metrze :)

Także nie zniechęcajcie się ciemniejszym tłem, tylko śmiało wpadajcie po garść fidrygałek :)

All welcome!

czwartek, 27 października 2011

'Naszą Klasę' pokochałam od pierwszego wejrzenia.
No i co z tego - ja się pytam - że obśmiewali ten portal wszyscy, że to był obciach się przyznać, że ma się tam konto, że psychologowie, socjologowie i pedagodzy doktoryzowali się w oparciu o zachodzące tam zjawiska społeczne, a moraliści i etycy bili na alarm, że spłycenie relacji, powierzchowność, głupota i pożeracz czasu? CO Z TEGO?

Czy miłość jest racjonalna? ;)

Ach, jakież to było zauroczenie!
Każda wolna chwila (akurat to były wakacje) spędzana na:

- zapisywaniu się do kolejnych klas i grup,

- przyjmowaniu zaproszeń od dawnych kumpelek i kolesiów,

- podziwianiu, jak (w przeciwieństwie do mnie) super wyglądają i dumaniu, jak oni to robią, że się w ogóle nie zestarzeli (z pewnymi wyjątkami),

- przecieraniu oczu na widok dawnych młodych gniewnch (irokezy, różowe włosy, hippie style itd.) wciśniętych w garniturki i szpilki,

- liczeniu ile dzieci mają (a zastrzegały/li się, że na faceta/babę nie spojrzą, a bachory to już w życiu),

- skanowaniu zdjęć wygrzebanych z albumów przez lata przechowywanych w piwnicy i wklejaniu ich do profili klasowych.

- wyszukiwaniu dawnych miłości (prawie żaden się jak na złość nie zarejestrował, a ten od Pierwszej Wielkiej nie dał swojego zdjęcia, dostęp zaś do jego zdjęć klasowych był zablokowany dla tych spoza :))

- dyskusjach na forach (wspominki, anegdotki, dowcipy)

- i innych równie ważnych dla mojego życia czynnościach :))

Był to mój pierwszy spotkany w życiu, portal społecznościowy, czym tłumaczę tak silne emocje.
Poza tym mieszkałam już wtedy w Anglii i ...

Czytaj dalej ...

 

 

 zdjęcie stąd

środa, 26 października 2011

Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam!!!

Serwowanie sobie seansu katharsis w środku tygodnia nie jest najlepszym pomysłem. Pozazdroscilam jednak Kasi ...


A że zazdrość jest złym doradcą, to mam za swoje.
Mam podpuchnięte oczy z niewyspania (no dobrze, od gorzkich łez też, przyznaję się). Zafundowaną na własne życzenie huśtawkę emocjonalną i milion nowych przemyśleń, których nie mam czasu uporządkować.

Mój ośrodek autodestrukcji (podfunkcja: deprywacja snu) zaktywizował się wczoraj nadprogramowo, uruchamiając lawinę konsekwencji w postaci szlonej migreny, zerowej tolerancji dla otaczających mnie istot (szczególnie tych zadajacych tryliardy pytań), mocno zaburzonej zdolności koncentracji i wyrzutów sumienia (z przyczyn wielu).

Mogę się na szczęście trochę 'przewentylować' na blogu.


Tylko nie wiem, od czego zacząć. Od Jandy, Tataraku czy Iwaszkiewicza?
Pana Wajdę od razu przepraszam, ale o nim akurat nie będzie, choć jego rola w osiągnięciu efektu końcowego jest niezaprzeczalna.

Czytaj dalej ...

 

 

wtorek, 25 października 2011

Temat defekacji rozwinął się równolegle do kwestii publicznego rodzenia dziecka X przez panią Kotak, więc - żeby mój komentarz nie przebił długością samej notatki - postanowiłam odpowiedzieć (sobie?) na pewne kwestie w oddzielnym wpisie.

Jak już pisałam parokrotnie (i co chyba przebija jakoś z moich wywodów, bo - wykorzystując zacisze i anonimowość bloga - piszę ...

Czytaj dalej ...

 

poniedziałek, 24 października 2011

Wiem, że to video, o którym będzie poniżej, obiegło już cały świat.

Ale ja w kwestiach celebryckich jestem mocno zacofana.

Nawet mój syn wiedział, kim jest Zombie Boy. Wiedział nawet, że trafił on do Księgi Rekordów Guinnessa (która - w przeciwieństwie do mnie - go fascynuje :) - za największą, wytatuowaną na ludzkim ciele liczbę robali.

Wyszperałam, że Zombie Boy to już ikona.
I nawet w teledysku Lady Gaga występował.
Z tym, że ja Lady Gagę też znam tylko z nagłówków i z paru klipów obejrzanych w Nails Parlour w czasie manicure'owego relaksu :)


Więc nie piszę o nim, by odkrywać Amerykę ...

Dla tych, którzy może jednak nie wiedzą, przedstawiam:

I nie, nie jest to face & body painting. To najzwyklejszy w świecie tatuaż. No, może nie taki znowu najzwyklejszy ...

Podobno urodzony w Quebecu, dwudziestosześcioletni Rick Genest ...

Czytaj dalej ...

Jeśli o mnie chodzi, to sztuka nie musi być przez duże SZ .

Najlepiej jak jest użytkowa :)
A jak już niepraktyczna, to przynajmniej zrozumiała.
No, taka już leniwa jestem, że w natłoku codziennych zmagań po prostu nie chce mi się wgłębiać w to, co autor miał na myśli.

Bohomazy mnie nie ruszają (jak np. takie, przedstawione na bardzo fajnym skądinąd blogu, który chętnie odwiedzam; zostawiałam zresztą 'oficjalny' komentarz, więc żeby nie było, że potajemnie obsmarowuję wpisy autorki :))

Ale już prostota jak najbardziej może być :)

Zresztą co sztuką jest, a co nią nie jest każdy musi chyba zdefiniować sobie sam, na swój własny użytek.

I definicja ta - jak nie pierwszy raz pokazuje życie - potrafi być dość zaskakująca...

Jak napisał felietonista The Telegraph:

Art’s a tricky old game. It used to be easy enough to tell an artist from an eejit, by asking the simple question: “Can you draw?” However, over the past hundred years or so, it’s all gone a bit blurry and the subject has become indefinable.*

Pani Marni Kotak, artystka z Nowego Yorku, twierdzi, że samo życie jest najgłębszą, najbardziej wyrazistą formą twórczości.

Dlatego też postanowiła, że w ramach tzw. art performance ...

Czytaj dalej ...

 

 

czwartek, 20 października 2011

Wczoraj wieczorem, gdy już prawie przysypiałam na sofie, zadzwoniła komórka.
Hmmm, trochę mnie zdziwiła pora – było tuż przed 23 – i pewnie bym w ogóle nie odebrała, myśląc raczej, że to pomyłka.
Ale numer kierunkowy wskazywał na Polskę, wiec trochę z ciekawości nacisnęłam na ‘zielony telefonik’.

To, co usłyszałam od razu postawiło mnie na równe nogi.

Dzwoniła moja dobra koleżanka K. Właśnie dowiedziała się, że... jej mąż miał poważny wypadek i leży w szpitalu nieprzytomny. Jechał na rowerze do pracy i potrąciła go ciężarówka.

 

Czytaj dalej ...

 

 



środa, 19 października 2011

Zobaczcie co oko me przyuważyło przy logowaniu się do bloxowego profilu.

Komiczny dialog międzytytularny.

Jak dla mnie bomba! ;-D

Umówili się czy co?

wtorek, 18 października 2011

Każdy obywatel Zjednoczonego Królestwa, któremu uda się dobić do setki otrzymuje od Miłośnie Panującej kartkę urodzinową, własnoręcznie przez nią - jak mniemam -  podpisaną.
Miły to zwyczaj, aczkolwiek śmiem twierdzić (choć żadnego stulatka nie znam), że w tym wieku poziom ekscytacji tego typu wyróżnieniami jest niewielki.
Poziom ekscytacji w ogóle.

Ale mogę się mylić.

Może właśnie w późnej jesieni życia puszczają bariery, wyuczone w dzieciństwie stereotypy odchodzą w niebyt, a świadomość rychłego zejścia z ziemskiego padołu aktywuje, nie odkryty jeszcze oficjalnie przez naukowców, zakamarek w mózgu z przyciskiem "Teraz albo nigdy!" (tak swoją drogą, to taki zakamarek aktywuje się i u wielu młodszych, może więc niekoniecznie świadczy to o starzeniu :))

Clare Ormiston, zamieszkująca na co dzień Glenfield Residential Home w Wythall, kartką od królowej najwyrażniej się nie zachwyciła, gdyż zarządała czegoś bardziej wyrazistego.

Zażyczyła sobie mianowicie

Czytaj dalej...

 

 

poniedziałek, 17 października 2011

Twórcy teorii spiskowych bedą głosić swoje przemyślenia bez względu na cokolwiek.

Szczególnie jak znajdą popleczników ;)

Ja znalazłam (dzięki Jonasz, he,he):

Natomiast mam taką swoją teorię (może nawet spiskową;-), że to o czym piszesz jest ściśle związane z czymś innym, czyli z usunięciem blogów z głównej strony Gazety i ich całkowitą marginalizacją. Teksty wielu blogerów często są merytorycznie i stylistycznie lepsze od tekstów pisanych przez etatowych dziennikarzy Gazety. Marginalizując blogi, po pierwsze pozbyli się "konkurencji", po drugie mogą się nimi bezkarnie "inspirować" ;-) ale jak powiedziałem, to taka moja osobista teoria (prawie spiskowa;-) napisał: jonaszdrobniak 2011/10/16 22:39:01

A oto i moja teoria:

Piszę ten blog dopiero od maja.
Piszę bo lubię. Nie mam ambicji na zostanie blogerem roku. Nie traktuję siebie jako głos narodu, ani mojego bloga jako narzędzia opiniotwórczego, szczególnie, że w większości przypadków komentuję rzeczy już przez kogoś napisane.

Co raz częściej jednak zaskakuje mnie pewne zjawisko, które - odkąd piszę blog, czyli krótko raczej - zaobserwowałam już kilka razy.

A mianowicie...

Czytaj dalej ...

 

 



     

sobota, 15 października 2011

Czy myślicie, że redaktorzy portalu gazeta.pl przeglądają nasze blogi, szukając inspiracji?

Czy nie macie wrażenia, że Czytaj dalej ...

18:30, fidrygauka
Link Komentarze (11) »
piątek, 14 października 2011

Sklep Waitrose.

Taki bardziej ekskluzywny supermarket.

Nie chodzę tam, bo nigdy nie mam żadnego po drodze i ceny są też bardzo posh. Jak chce się jednak w naprędce kupić jakieś ładnie opakowane czekoladki lub herbatniki (takich prezentów nigdy w nadmiarze w kraju herbaciarzy :)), to można tam bez wątpienia znaleźć coś nieco bardziej wytwornego niż w Tesco :)
I właśnie pewnego pięknego dnia wpadłam po jakiś niezobowiązujący, acz pięknie zapakowany urodzinowy prezent, zapłaciłam i w kasie dostałam zielony żetonik.
Pan dał mi go bez słowa wyjaśnienia, zakładając chyba, że jestem stałą bywalczynią ;-P.

Skoro dostałam, to domyśliłam się, że gdzieś toto muszę wrzucić. Szybko więc znalazłam przy drzwiach trzy plastikowe kontenerki wypełnione zielonymi krążkami, wyglądające tak:

Napis nad nimi głosił; "Community Matters", a każdy z nich dodatkowo był opatrzony dość obszernym opisem.
Po krótkiej analizie zorientowałam się, że celem tego swoistego głosowania jest opowiedzenie się, w jaki sposób Waitrose ma spożytkować swój fundusz charytatywny. Nazwa 'Wspólnota/Społeczność ma znaczenie" sugerowała, że pieniądze zostaną przeznaczone na rozwiązanie jakichś lokalnych problemów. Tymczasem do wyboru miałam: dom dziecka na Białorusi, St. John Ambulance (organizację promującą kursy pierwszej pomocy i BHP) oraz schronisko dla bezdomnych kotów.
I tylko jedna część była wypełniona w 2/3 pozostawiając pozostałe głęboko w tyle, z warstwą żetonów ledwie pokrywających dno.

Nie ździwiło mnie, że OCZYWIŚCIE były to koty.

Anglicy bowiem mają świra totalnego na punkcie zwierzątek domowych, a pieski i kotki wiodą prym.

Piszę to trochę z przekąsem, jako że (trudno, pewnie stracę kilku czytelników :)) nie jestem wielką fanką zwierząt w domu.
Z powodów różnych - jednym z nich jest to, że nie znoszę tego specyficznego zapachu ani sierści w każdym możliwym kącie (lub wiecznego jej sprzątania - na studiach dorabiałam sobie sprzątaniem po domach, więc wiem o czym mówię).
Drugim z powodów jest to, że przy gromadce dzieci to naprawdę mam kogo głaskać :). Ponadto, przy naszych długich wakacjach w Polsce zbankrutowałabym na hotel dla milusińskich.
A czwartym, koronnym, choć nieostatnim argumentem jest to, że sorry bardzo, ale czyszczenie zasikanych trocin a szczególnie zbieranie psich kup w foliową torebkę napawa mnie skrajnym obrzydzeniem i chyba bym musiała na głowę upaść, żeby sobie dobrowolnie taką przyjemność 2-3 razy dziennie zaserwować.
No i świadomość, że taki piesek by mi swoim obsranym tyłkiem siadał na sofę lub wskakiwał do łóżka ... brrr (i proszę mnie nie próbować przekonywać, że psy i koty są czyste, bo moja podświadomość tego argumentu nijak nie przyjmie).

A te moje ekshibicjonistyczne wyznania zostały zainspirowane kolejnym 'powalonym' artykułem z Metra, o pani Ruth Reginie (Amerykance, co prawda, ale - że tak powiem - pies to trącał), która pochodzi z rodziny o bogatej tradycji robiena peruk. Zostanie więc perukarką było nie tylko naturalną koleją rzeczy, ale też wielkim marzeniem pani Ruty. W wolnym czasie wykorzystywała swoje umiejętności robiąc ... peruki psom przyjaciół. Jak zobaczyłam te zdjęcia:

to pomyślała sobie, że to pewnie jakiś najnowszy trend (z głupoty, z nudów, bo ja wiem?). Okazuje się jednak, że pierwsza psia peruka wyszła spod rąk pani Ruth już ... dwadzieścia lat temu!!! Potem fama się niosła, co raz więcej osób prosiło ją o przysługę w ramach 'starej znajmomości' (jak w tym dowcipie o najdłużej ławce w Wadowicach, do siedzienia w której, obok papieża, przyznało się parędziesiąt osób :))

W końcu zdolna perukarka się zbuntowała, powiedziała sobie, że 'enough is enough' i ... otworzyła stronę internetową, www.wiggledogswigs na której zaczęła promować i sprzedawać peruki i treski dla psich piękności. Są tam też rady, jak mierzyć psi łebek, by peruczka była idealnie pasowała, a także jak czyścić i zamawiać wg własnego widzimisię. Pełen serwis.

Przyznam, że po takiej dawce głupoty, nawet nie mam weny by wysilić się na jakąś ciętą ripostę. Chyba, że "włosy mi dęba stają" :)

 

_____________________________________________

Pozwolę sobie jeszcze wkleić dość stary artykuł z Cooltury (nie tej paryskiej, ale naszej wyspiarskiej :)) o stosunku Brytyjczyków do ich pupilków.

 

środa, 12 października 2011

To nieprawda, że w Polsce nie da się żyć.

Żyje tam parędziesiąt milionów ludzi i dają sobie radę. Lepiej, gorzej, ale dają.

My zaliczaliśmy się do kategorii 'gorzej', a w porywach 'bardzo gorzej'.

Nie będę teraz snuła wywodów i przeprowadzała analiz dlaczego dwie osoby, wykształcone dogłębnie, 'doświadczone' wszechstronnie, inteligentne umiarkowanie, życiowo jakoś tam zaradne (jeśli założnie firmy i jej prowadzenie może być jakimś wyznacznikiem zaradności) nie mogły się utrzymać w mieście stołecznym Warszawa, mając do wyżywienia siebie i jednego zwykłego (czyt. umiarkowanie 'kosztownego') potomka.

Osoby te, tym niemniej,  harowały od rana do nocy, spłacały komuś kredyt mieszkaniowy (wynajmowały czyli), dawały pracę opiekunkom, łożyły hojnie na ciepłe posadki pań w ZUSie i Urzędzie Skarbowym i w wolnym czasie zajmowały się ... namierzaniem, ściganiem, grożeniem kontrahentom komornikiem lub błaganiem ich, by uregulowali swoje należności za wystawione przed wiekami faktury.

Może te osoby były wbrew pozorom ...

Czytaj dalej ...

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire