mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży
czwartek, 08 marca 2012

Nie chciałabym przedobrzyć i przeciągać tego tematu, ale ... no muszę.
Chcę. Jeszcze ten jeden raz.
Dla porządku, dla ułożenia ostatniej części układanki, dla samej siebie.
Zresztą wygląda na to, że mam tendencję do tryptyków :)

Także z góry przepraszam, za przynudzanie, ale - słowo harcerza - to już ostatni wpis z tej serii.

Dokument "Death Unexplained" miał, jak się okazało, tylko trzy odcinki.
Ten ostatni, udostępniony już po moim wpisie, był jednak równie wciągający.

Po pierwsze dlatego, że pojawił się polski wątek.
Polak wpadł pod pociąg metra i zginął na skutek uduszenia się. Jego klatka piersiowa ugrzęzła między zatrzymującym się na stacji wagonem, a przegiem peronu. Był pijany (choć podobno rzadko mu się to zdarzało).

Najpierw długo siedział na peronie, zaczepiany przez paru podróżnych, którzy zainteresowali się jego losem.
Później w pijanym widzie (lub samobójczej desperacji - to było przedmiotem dochodzenia) ruszył na koniec peronu, wszedł za bramkę z napisem Staff Only i ze znaczniem sygnalizującym wysokie napięcie (ach, ta polska fantazja!) i porażony prądem, lub powalony podmuchem ze strony nadjeżdżającego pociągu wpadł pod wagon. Na stacji Hanger Lane, którą mijam codziennie ...

Miał niebywałego pecha, bo mimo iż w londyńskim metrze wszędzie są napisy 'Mind the gap", to szczelina między podwoziem a peronem rzadko kiedy jest na tyle duża, by zmieścił się w nią potężny mężczyzna...

Miała pecha, cholernego pecha, jego żona, którą zostawił z dwuletnim synkiem w Polsce, która nie dość, że musiała przejść przez koszmar śmierci męża, gdzieś na obczyźnie, to jeszcze musiała się borykać z nieznanymi jej zawiłościami angielskiej kultury.

Bo co to, do jasnej cholery, jest jakiś koroner? Dlaczego nie chce wydać ciała męża? Bo nie wiadomo, kiedy pogrzeb, bo niezliczone telefony do Konsulatu, bo rozpacz, bo nieznajomość angielskiego, bo niemoc, bo milion niewyjaśnionych pytań ...

Bo dlaczego akrurat się upił, skoro generalnie stronił od alkoholu?
Dlaczego wysiadł stację wcześniej i przekimał 35 minut na peronie?
Co go pchnęło w zakazane rewiry?
Czy stracił pracę, czy przeżywał jakąś tragedię, czy stał się częścią 'polskiej fali samobójstw'?

Fala ta przetoczyła się przez Anglię jakieś 4-5 lat po dzikiej "emigracji unijnej '2004".
Wtedy to koroner Alison Thompson miała ręce pełne roboty, rozpatrując liczne samobójstwa Polaków, głównie przez powieszenie.
Na skutek rozczarowania angielską rzeczywistością?
Na skutek bankructwa?  Rozpadu rodziny? Niemożności powrotu? Spalenia mostów? Poczucia klęski? Alkoholizmu?

Wyrok w sprawie Marcina zapadł po ... 9 miesiącach.

***

Czasami dochodzenie w sprawie śmierci indywidualnych osób ma przełomowe znaczenie nie tylko dla rodziny zmarłego.
Wyniki badań patologów mogą rzucić światło na zjawiska w szerszej skali, jak np. śmierć w wyniku pylicy płucnej (azbestozy), na którą zaczęło umierać co raz więcej tynkarzy i robotników budowlanych. Nawet jeśli ten konkretny pacjent nie umarł z powodu azbestu, to jego przypadek pozwolił wyodrębnić oddzielną kategorię tzw. śmierci industrialnych z bardzo szerokiej pojęciowo grupy chronicznych chorób układu oddechowego.
Samobójcza śmierć w wyniku przedawkowania nielegalnych w Zjednoczonym Królestwie leków obnaża łatwość, z jaką można nabyć te leki przez internet.
Koroner zamierza zgłosić tę kwestię do odpowiednich organów ścigania.
Jeśli da się dzięki temu ochronić, choć jedną osobę, to gra jest warta świeczki.

Czy jednak się da?

Sue, siostra zmarłego Michaela wie, że po prostu nadszedł taki dzień, kiedy jej brat uznał, że dłużej już sobie nie da rady z demonami z przeszłości. Że molestowanie seksualne i będące jego skutkiem depresja i alkoholizm nie dały się oswoić. I mimo leków i terapii, mimo akceptacji rodziny, mimo dobrych relacji z siostrą, wspólnie spędzanego czasu Michael podjął decyzję o przecięciu linii życia.
Sue wie, że nikt nie mógł go zatrzymać.

***

Kolejny aspekt pracy koronera, to rozpoznawanie zwłok ofiar masowych wypadków.
Tak było w przypadku Word Trade Centre, zamachów bomowych na Bali, bożonarodzeniowego tsunami i ostatnio, rok temu w przypadku trzęsienia ziemi w Christchurch w Nowej Zelandii, która jest miesjcem zamieszkania wielu Brytyjczyków.

I przyznam, że ta część zaskoczyła mnie najbardziej.
Struktura polskiej emigracji jest zupełnie inna niż angielskiej. My wyjeżdżamy 'za chlebem', zamykamy się w swoich małych społecznościach, na Jackowie, na Ealingu, na Hammersmith, gdzie bliskość polskiego sklepu, darmowy Goniec, zapach swojskiej kiełbasy i ogłoszenia w sprawie pracy przywieszane na małych, wyrwanych z notesu karteczkach dają nam poczucie przynależności (grubo upraszczam, ale nie wnikajmy - napiszę kiedyś więcej, to podyskutujemy sobie :))

Anglicy wyjeżdżają głownie w celach turystycznych lub 'matrymonialnych' - czyli przeprowadzają się do kraju partnera. O takie związki, przy tabunach goszczących tu obywateli Wspólnoty Narodów, nie trudno.

W związku z tym dużo częściej padają ofiarami wymienionych wyżej klęsk i katastrof.

A rodziny nie tylko chcą pochować zwłoki.
W pierwszej kolejności, chcą potwierdzenia, czy aby na pewno, czy może gdzieś pod gruzami, czy pomylone imię, czy jest jeszcze iskierka nadziei.

Zadaniem koronera jest zatem zorganizować - z logistycznego punktu widzenia niesamowicie trudne - przedsięwzięcie, jakim jest identyfikacja dziesiątek zwłok, masowo przywożonych do kraju.
Alison jest jednym z koronerów mających doświadczenie w organizowaniu zbiorowych repatriacji. W końcu największe w kraju lotnisko Heathrow leży w jej jurysdykcji.

Po tsunami, przy 5-6 ciałach dziennie trzeba było wybudować polową kostnicę, na ulicy, na tyłach lotniska.

Tego typu operacja niesie za sobą największe ryzyko pomyłek. Pani Thompson przyznaje, że zdarzały się ciała włożone do trumien z innym imieniem, a jeden błąd w identyfikacji pociągał za sobą lawinę problemów.

W przypadku klęsk żywiołowych 'oczy i uszy koronera' lecą na miejsce wypadku. Metropolitan Police zakłada tymczasowe bazy na terenie jednostek wojskowych i zaczyna poszukiwania obywateli brytyjskich, wpółpracując ściśle z lokalnymi służbami.

Wyjątkowo poruszyły mnie wypowiedzi policjantów, którzy z niebywałym wyczuciem wypowiadali się o swojej misji i wczuwali się w sytuację rodzin oczekujących na jakikolwiek znak od swoich najlbiższych.

Tak jak państwo Barbara & Barry z Suffolk, którzy natychmiast po usłyszeniu wiadomości o trzęsieniu ziemi w Christchurch próbowali skontaktować się z synem Philem.
Ich jedynym synem. Lojalnym, opiekuńczym chłopakiem ze wschodniej Anglii.
Nie był materialistą, nie gonił za pieniędzmi. Do Nowej Zelandii wyprowadził się wraz z żoną, w jej rodzinne strony.



Po ślubie w Anglii natychmiast wyjechali na Antypody, zamieszkać w nowo kupionym domu. Odpowiadał im spokojny, mniej zwariowany, prosty styl życia na prowincji świata. Po sześciu miesiącach od przeprowadzki 41-letni Phil, zmęczony karierą w londyńskim City, rozpoczął studia.

Tego pamiętnego poranka wsiadł do autobusu wiozącego go na uczelnię, na drugi dzień zajęć. Chciał złapać wcześniejszy autobus, by się nie spóźnić. Zdążył jeszcze zadzwonić do rodziców i opowiedzieć im, jak przebiegł jego inauguracyjny dzień na uczelni.
Autobus 704, którym jechał został zmiażdżony przez zwalający się pod wpływem trzęsienia ziemi budynek.
Wtedy jeszcze jego rodzice wciąż próbowali się z nim skontaktować. Jego żona udzieliła wywiadu lokalnemu radiu i poprosiła Phila, by dał jakiś znak życia i się odnalazł ...

 

Czasami po katastrofach zostają tylko zwęglone szczątki.
Najpierw trzeba ... odróżnić spalone fragmenty: ludzkie od np. części budynków.
Wtedy do akcji wkraczają antropolodzy, którzy np. po długości kości czy budowie szczęki potrafią ocenić wiek, płeć i pochodzenie etniczne ofiar.

Tutaj, z czterech pytań Kto, Gdzie, Jak, Kiedy, "Kto?" - zwykle najbardziej oczywiste - staje się najważniejsze.

Potężny sztab ludzi pracuje nad zebraniem materiałów, z któch można wyodrębnić materiał genetyczny lub odciski palców, potrzebne do identyfikacji zwłok.

O ile to możliwe, identyfikacji dokonuje się na miejscu wypadku w polowym biurze lokalnego sędziego śledczego. Świadkami są policjanci. Dowodami materiał przed- i pośmiertny: porównanie odcisków palców, porównanie znalezionych przy zmarłym przedmiotów i tzw. dowody sytuacyjne, potwierdzające np. prawdopodobieństwo przebywania danej osoby w danym miejscu.

Jeśli dowody są wystarczające, to ciało z numerem 'dostaje' imię.
Wzruszający i podniosły moment dla wszystkich zaangażowanych w sprawę.

***

Moje początkowe ździwienie odnośnie tego, ile ludzki jest zaangażowanych w wyjaśnianie zagadek śmierci i jak ogromne są tego koszty, przerodziło się w pewnego rodzaju podziw.

Podziw nad ciężką pracą i szacunkiem dla ludzkich istnień. Nad tym, jak w codziennej pogoni ważne jest zatrzymanie się, refleksja na czyimś życiem, dostrzeżenie w zmarłym człowieka, a nie tylko przedmiotu autopsji.

I nad postawą, że wyjaśnienie przyczyny śmierci jest oczywistym prawem każdej rodziny zmarłej osoby.
Nawet, jeśli końcowy wyrok brzmi: Accidental Death (śmierć w wyniku nieszczęśliwego wypadku).

By mogli uczcić śmierć najbliższych. By mogli uczcić ich życie.

***

A teraz - jak jeszcze nie macie dość - możecie sobie zobaczyć, czy mówiłam prawdę, całą prawdę i tylko prawdę :)
(mam nadzieję, że nie będzie ograniczeń, ze względu na kraj i że filmy nie znikną ze względu na łapamie praw autorskich BBC :))

 

środa, 07 marca 2012

Ten wpis ‘chodził’ za mną jeszcze od czasów mojego starego bloga. Nigdy się jakoś nie mogłam zebrać. Może było za wcześnie? A może po prostu nie pasował do wesołych zapisków z życia zwariowanej rodzinki na emigracji.

Teraz wpasował się idealnie, w pewien ciąg okołośmiertnych rozważań...

***


Pani Gemma Brown była przemiłą angielską starszą panią.

Filigranowa, zawsze elegancka, uprzejma i pokojowo nastawiona do wszechświata przechadzała się (tak, właśnie tak; inne słowo zupełnie tu nie pasuje) nonszalancko po wiktoriańskim gmaszysku naszego ‘zakładu pracy’. Na twarzy błądził jej chochlikowaty uśmieszek małej dziewczynki, która zrobiła psikusa guwernantce, a akcent zdradzał szkockie pochodzenie.

Zaskarbiła sobie moje serce tym, że ...

Czytaj dalej ...

 

poniedziałek, 27 lutego 2012

Miałam pisać mój drugi wpis o śmierci, ale ...

...spojrzałam śmierci w oczy.

Po pierwsze, przeoczyłam bardzo ważne spotkanie z szefową (się nie zapisało w kalendarzu). Jak się zorientowałam, to zbladłam jak śmierć na chorągwi.

Po drugie

 

Czytaj dalej ...

 

by arborwin

piątek, 17 lutego 2012

Uprzedzam lojalnie, że dwa najbliższe wpisy będą o śmierci.

Nie emocjonalne.
Nie osobiste.
Nie o Madzi z Sosnowca.

Raczej kulturowo-anegdotyczne.

Nie, nie mam obniżenia nastroju ani myśli samobójczych.
Nie fascynuję się tematem śmierci.
Wręcz od niego uciekam.

A zatem?

Obejrzałam pewien dokument i tak mnie naszło na rozważania paraegzystencjalne, że musiałam zapisać swoje refleksje - ale jeśli ktoś nie jest w nastroju, to zapraszam za jakieś dwa tygodnie :)
 
BBC słynie we wszechświecie ze świetnych dokumentów.
Wybór tematów, analityczne podejście do zagadnienia, przeplatane rzetelnością dziennikarską i znajomością granicy dobrego smaku dają (najczęściej) efekt znakomity.

Seria pt."Niewyjaśniona śmierć" nie jest może majstersztykiem godnym szerszego rozpropagowania.
Pierwszy odcinek - na który, jak zwykle, pyknęłam przypadkowo - wciągnął mnie jednak potężnie.
Wcale nie złożonością zagadkowych śmierci czy szokującymi obrazami, ale ... poprzez nagłe uświadomienie sobie faktu, jak wiele ludzi zaangażowanych jest w pośmiertną logistykę.
Ile ludzi i ile pieniędzy.

Czytaj dalej ...

 

 



piątek, 10 lutego 2012

Zawsze mi się wydawało, że będę idealną matką.

Miałam wszelkie ku temu predyspozycje: kochałam dzieci od zawsze, liznęłam trochę profesjonalnej wiedzy psychologicznej, uzupełnionej oczywiście paroma opasłymi bestsellerami na temat rozwoju i wychowywania dzieci i comiesięczną lekturą Twojego Dziecka, Dziecka, Mamo to Ja (co tam mi wpadło w ręce). Byłam "wyszumianą" za młodu mężatką, z sytuacją materialną może nie idealną, ale za to ze stałą pracą, swoją i męża. Męża też miałam fajnego :)
Dziecko chcieliśmy mieć od razu po ślubie i jak postanowiliśmy, tak też wprowadziliśy słowo w czyn.

Moje pierwsze dziecko  ...

Czytaj dalej ...

 

 





środa, 08 lutego 2012

Jak Polska długa i szeroka w sprawie Katarzyny W. każdy ma swoje zdanie.

Dyskutują wszyscy.

Internet aż huczy!

Nagle każdy ma sto pytań do zadania, historii do odgrzebania, faktów do skojarzenia i teorii do wysnucia.

Emocje sięgają zenitu: od współczucia biednej matce, której porwano dziecko do nienawiści i chęci linczu na podłej dzieciobójczyni...

***

Sprawą małej Madzi z Sosnowca interesowałam się umiarkowanie. Od początku sytuacja wydawała mi się dziwna, ale nie angażowałam się zbyt w śledzenie kolejnych hipotez, portretów pamięciowych rzekomych sprawców, profili psychologicznych porywaczy i innych ekspertyz.

Do czasu, kiedy Czytaj dalej ...

sobota, 04 lutego 2012

W piątki w biurze króluje Janette.
Nie powiem, że się panoszy, bo Janette jest równą babką.

Ale króluje niepodzielne, albowiem moja szefowa siedzi na ważnych naradach, Andrjusza, kolega mój przemiły szkoli kadry, a dwie pozostałe panie grasują w terenie.

Janette wpada tylko na dwa dni w tygodniu i jako posiadaczka trzech prac i osoba niesamowicie zorganizowana odwala robotę administracyjną z całego niemalże tygodnia.

Janette jest naprawdę super. Można z nią konie kraść. Narzekania na szefową nie wychodzą poza ściany naszego pokoju, 'trudni' dzwoniący rozłączając się, mając wrażenie, że odbyli miłą rozmowę, a nie klasyczne 'odfutbolanie', a papiery lądują na właściwym miejscu z wyjątkową precyzją.

Janette ma tylko jedną wadę - non stop gada.
Nie wiem, czy ona sobie tym gadaniem pomaga, czy po prostu ma taki styl.
Faktem jednak jest, że cały czas coś tam dziamga.
Wyrzuca z siebie tony słów z szybkością Pershinga.

Najgorsze jest jednak to, że w 70% wcale nie gada do mnie, tylko mamrocze coś pod nosem.
A to komentuje, że facio jej przysłał głupiego maila, a to parska śmiechem na widok jakiejś uwagi dopisanej na marginesie przez szefową, czyta nazwiska w folderze, zanim trafi na to właściwe, wkurza się na wolno działający komputer i pyta się Excel'a, gdzie ukrył funkcję wklejania wykresów, itp.


Pozostałe 30% gada jednak do mnie.
O córce, o lunchu, który zaraz będzie jadła, o drugiej i trzeciej pracy, o mężu, o tym, jak się zmienia w Wordzie szerokość kolumn w tabelce, o raportach których jej nie oddałam, a powinnam, o ...


A ja, jednokanałowa, niczym klasyczny facet, za każdym razem, gdzy Janette coś mówi, wypadam z rytmu. Rozpoczęte zdanie mi się gubi, koncepcja skonstruowania paragrafu siada, starannie dobrane słowa słowa umykają.

Ignorować tego potoku słów nie mogę, bo Janette mówi na tyle szybko i niewyraźnie, że nigdy nie mogę wyłapać, czy ona mówi do mnie, czy koło mnie.

Przerywam więc, odwracam się w kierunku siędzącej z tyłu mnie Janette, proszę o powtórzenie (muszę zrobić sobie test słuchu, słowo daję), wysłuchuję mniej lub bardziej interesującego wywodu, czasami dając się w niego wciągnąć i ... usiłuję wrócić do swojej pracy.

Bywa jednak tak, że MUSZĘ, no muszę coś skończyć. Deadline.

Opracowałam wiec taki trick: biorę laptop, odhaczam się na liście wychodzących na lunch (przepisy p-poż), idę do pobliskiego McDonaldsa, kupuję Toffee Sunday, tarabanię się na 2-gie piętro, gdzie mało komu chce się wdrapywać, zaszywam się w najciemniejszym kącie i piszę, co mam napisać.

Zaprawdę, powiadam wam, że chamski macdonaldsowy hip-hop mniej mnie rozprasza niż dziamgająca Janette.
Co prawda rozkładanie 'labdzioka' w McDonaldsie wydaje mi się szczytem obciachu (jeszcze rozumiem jakaś fajna kafejka, gdzie się omawia projekt z koleżanką, lub pociąg z Londynu do Birmingham, dla zabicia czasu) - ale dla zdrowia psychicznego mogę nawet pobyć obciachowa.

Poza tym w McDonaldsie nie mam szansy być nakryta przez nikogo ze współpracowników, bo nasza gmina jest taka posh, że żadnemu z pracowników nie zaświtałaby nawet myśl o lunchu w fastfoodzie. Lokalne restaruacyjki lub w ostateczności Marks & Spencerowskie Place to Eat.


W ostatni piątek również zmuszona byłam się ewakuować, bo musiałam skończyć jeden raport przed popołudniowym szkoleniem.

Gdy usadowiłam się już w moim stałym kącie, zobaczyłam, że 2 stoliki obok siedzi Pan Ważny.
Taki nasz guru, do którego wszyscy biegną po konsultacje lub po podpis.
Taki, co go wszyscy w gminie znają, choć on ich niekoniecznie.

Siedział z panią.
Do jedzenia nie mieli zbyt wiele, ale coś mi mówiło, że nie dla jedzenia tu przyszli, tylko ... z tego samego powodu, co ja (tzn. nie przez Janette, ale przez nikłe prawdopodobieństwo spotkania kogoś znajomego).
Nie będę się wdawać w analizę psychologiczną, tego co zobaczyłam. Najczęściej bowiem jedno spojrzenie wystarczy, by wiedzieć, że 'coś jest na rzeczy'. Mimo nietrzymania się za ręce, mimo niedotykania się kolanami, mimo 'porządnego' dystansu iskrzyło tak, że wszystkie frytki wókół stały na baczność, a moje Sunday Toffee niemalże się rozpuściło.

Nigdy osobiście nic nie konsultowałam z Panem Ważnym. Nigdy teź nie byliśmy sobie przedstawieniu, choć parę wspólnych spędów 'gminnych' zaliczyliśmy.
I stąd wiedziałam na pewno, że Śliczna Latynoska, nie była Panią Ważnową.

No i o-key!
Romanse w pracy się zdarzają, to wiem (choć nie z autopsji :)).
Notorycznie i namiętnie.
Nie moja broszka.
Nie jestem od oceniania moralności Pana W.

Choć przyznam, że jakoś się tak głupio czułam, jako niemy świadek.

Nie wiem czemu, przypomniała mi się taka książka z dzieciństwa. Magna II się zwała.
Opisywała historie kryminalne i drobne wykroczenia od strony raczej humorystycznej, czyli jakie błędy w sztuce zadecydowały o tym, że łamacze prawa wpadli w ramiona Wymiaru Sprawiedliwości.
Z książki tej pamiętam dosłownie tylko jedną historię:

Otóż pewien pan miał romans z sąsiadką. Romans kwitł. Pan chciał na spokojnie spędzić z panią parę upojnych dni, ale przeszkadzała mu żona pod bokiem. Wymyślił więc 'delegację'.
Oddelegował się dwie klatki dalej. Po paru dniach, widocznie znudzony ciągłym dekowaniem się w czterech kątach, zapragnął się przewietrzyć. Wieczorową porą, w zapadających ciemnościach, wyszedł - jak to miał we zwyczaju - w spodniach od piżamy do pobliskiego kosza (a było to w czasach, kiedy nikt nie słyszał o workach na śmieci - do zsypu lub kosza szło się z wiaderkiem). Śmieci wyrzucił, odwrócił się na pięcie, pomaszerował do klatki, zadzwonił do drzwi, które otworzyła mu ... żona.
Pan bowiem, wiedziony siłą wieloletniego nawyku, 'pomylił' klatki :)

I ta historia mi się właśnie przypomniała, gdy pisałam już ostatnie linijki raportu.
Naprawdę zupełnie nie wiem czemu, bo analogia (jeśli w ogóle) była bardzo słabo zarysowana.

Zlizałam resztki carmelu z łyżeczki, zamknęłam laptopa i pomknęłam do biura wypić kawkę przed szkoleniem.

Wpadłam na salę ostatnia, z rozwianym włosem, z zadyszką, z laptopem pod pachą wprost na ... Pana Ważnego, który - o czym nie wiedziałam - prowadził również część szkolenia.

Oj, jak nie wiedzieliśmy gdzie oczka podziać!
Oj, jak się mijaliśmy wzrokiem!
Oj, jak ja bym wolała żyć w nieświadomości ...

wtorek, 31 stycznia 2012

Dzień 31 stycznia jest jednym z moich ulubionych dni w roku.

W tym dniu świętuję bowiem moją wyprowadzkę na Wyspy.
Świętuję po cichu, w myślach właściwie.
Nie ma szampana.
No, może czekoladki...

I tak jak oficjalne urodziny królowej/ króla, niezależnie kiedy wypadają, obchodzone są paradnie w drugą sobotę czerwca, tak i ja swoją lipcową przeprowadzkę celebruję 31 stycznia właśnie.


Data jest nieprzypadkowa.
To ostatni dzień w którym należy złożyć deklarację podatkową.
To dzień w którym uświadamiam sobie wyjątkowo mocno, że mieszkam w państwie, które nie zakłada z góry, że jestem złodziejem, oszustem podatkowym i głąbem, któremu powtarza się jak mantrę, że nieznajomość prawa szkodzi Nieznającemu.

I od razu uprzedzam - nie będzie dziś rozprawki politycznej na temat słuszności płacenia podatków. Nie będzie dywagacji z zakresu ekonomii czy prawa. W tych sprawach jestem bowiem dyletantem, jakich mało chodzi po tym ziemskim padole.

Nie będzie też fałszywej propagandy i przesłodzonych peanów na cześć Jaśnie Panującej nam Królowej, Jej rządu i Jej skarbu.


Jeśli będziecie tu wpadać, to jeszcze niejedną mrożącą krew w żyłach historię przeczytacie. Jeszcze trochę jadu pocieknie, żółci się poprzelewa, szpil w bok nawbija.
Zapewniam was, że paranoji w tym kraju nie brakuje i ja je osobiście opiszę, w przestrzeni wirtualnej umieszczę -  na pamiątkę dla potomnych (Niech się kiedyśtam dowiedzą gówniarze, przez co ich babka musiła przechodzić!).

Ale dziś będą same pochwały i zachwyty.

 

Otóż - rys historyczny robię - jak już po oswojeniu się nieco z angielską rzeczywistością na dobre zaczęłam myśleć o pracy i intensywnie się rozglądałam po rynku, trafiła mi się robótka lekka, łatwa i przyjemna. Na pół etatu, za pieniądze takie, co kot napłakał, ale blisko domu, bezstresowo i z perspektywą otrzymania pierwszych prawdziwych 'angelskyh' referencji. Z szansą na uzyskanie, jakże pożądanego, DOŚWIADCZENIA zdobytego tu, na miejscu, a nie w jakimś nadwiślańskim kraju, gdzie nie wiadomo czego uczą i wymagają.

Był tylko jeden wymóg. Musiałam założyć działalność gospodarczą.

Na samą myśl o tym ciary mnie przeszły od stóp do głów.
Ja, pieseczek pokąsany przez polskie urzędy podatkowe.
Ja, misio besztany przez panie urzędniczki, które umiały mi dać tylko dwe rady: "Dziennik Ustaw kupić!" oraz "Zapytanie na piśmie do Kierownika Urzędu dwadzieścia pięć złotych znaczek skarbowy poproszę".
Ja, osiołek drepczący od okienka do okienka z deklaracjami w pysku - zamarłam.

Bo ja już nie chciałam ZUS-u srusu, który by zabierał 1/3 mojego dochodu, regonów, pieczątek, deklaracji podatkowych 20-go każdego miesiąca, deklaracji VAT 25-go każdego miesiąca, tryliardów druczków na ubezpieczenia emerytalne, rentowe, wypadkowe i zdrowotne (Obudzona w środku nocy potrafiłam wytrajkotać NIP, REGON i Pesel, numery rejestracyjne samochodów i dane konta bankowego swoje i męża; bez zająknięcia).
Nie chciałam kar za ich niewypełnienie, odsetek za niezapłacenie na czas pieniędzy, które nigdy nie chciały trafić z kont kontrahentów na nasze.
Nie chciałam tego całego gówna, w które się władowałam jak tylko upadł komunizm, wierząc, że biorę sprawy w swoje ręce, staję się kowalem swojego losu i że ciężką pracą, samozaparciem i sukcesywnie nabywaną wiedzą do czegoś kiedyś dojdę.

Doszłam.

Na skraj bankructwa.


Zamknęłam biznes. Męża wysłałam do Anglii.


Sama zajęłam się pakowaniem, kończeniem kursu, dorywczą pracą wieczorami i zamykaniem spraw wszelakich na siedem spustów. Hobbistycznie zaś, w zaawansowanej ciąży i z drugim dzieckiem za rękę łaziłam od jednej zasranej pani prezes do drugiej, żebrząc o moje własne, niezapłacone przez nie pieniądze. Chodziłam po kilka razy, bo całej sumy jakoś nigdy nie miały w kasie. I miałam w nosie, że zniżam się do poziomu brania kogoś na litość. Im większy miałam brzuch, tym chętniej się wtaczałam do kantorka. Z zaskocznia. W najmniej oczekiwanym momencie.

Sprzedałam w cholerę samochód i wygraną w konkursie lodówkę, więc miałam trochę grosza, by rzucić nim w mordę panu komornikowi, który mnie ścigał za 1000 zł i straszył, że mi wszystko zajmie i że go to nie obchodzi, że mieszkam w domu rodziców, w którym moje było tylko łóżeczko i regał z IKEI (a gdzie się przeprowadziłam na ostatnie pół roku przed wyjazdem). I który mi proponował, że jak mu zapłacę tu i teraz gotówką, to się jakoś dogadamy co do kwoty. (To rzucanie symboliczne było, bo zapłaciłam oczywiście w kasie, dusząc się ze złości, że jestem takim beznadziejnych tchórzem, który boi się donieść na tego łapówkarza).

Po uregulowaniu wszystkich rachunków zostało mi jeszcze trochę na pieluchy.
Na waciki już nie.

Tak więc - sami rozumiecie - ta działalność mnie spłoszyła.

"Ale co tam! Raz kozie śmierć", pomyślałam (w końcu byłam już pieseczkiem, misiem i osiołkiem; przyszedł więc czas na kozę).
A że jestem osobą impulsywną, to jeszcze tego samego dnia wybrałam się do lokalnego oddziału Inland Revenue.

Kolejki nie było. Nie musiałam się nawet umawiać na spotkanie na inny dzień.

Z wizyty tej pamiętam tylko jedno: przemiłego pana, który piękną angielszczyzną tłumaczył mi, jak krowie na rowie, co mam zrobić. Który dał mi parę druczków, zapewnił, że nie muszę ich nawet wypełniać - mogę wszystko załatwić telefonicznie, zapisał na kartce odpowiednie numery, otworzył drzwi, bym mogła przejść z wózkiem i skomplementował mój angielski (co było jawnym i zbędnym przegięciem).

Pojechałam do domu, zadzwoniłam do centralnego urzędu skarbowego gdzie podałam swoje imię, nazwisko, adres, numer NIN (coś jak NIP) i ... zostałam szczęśliwą właścicielką własnego biznesu o nazwie: imię i nazwisko, adres i numer NIN. Pieczątka zbędna.

Pozostał mi jeszcze jeden telefon - rejestracja w ichniejszym ZUS-ie, gdzie wybrałam najtańszą dostępną opcję ubezpieczenia - 2,5 funta tygodniowo (wtedy cena dwóch bochenków chleba). Oczywiście, nie jest to suma, na podstawie której można później nabyć prawa do sensownej emerytury, ale ... nikt nie zmusza cię do płacenia horrendalnych kwot ZANIM jeszcze zaczniesz cokolwiek zarabiać.
Na trzeci filar dopłaca mi teraz londyńska gmina. Mam nadzieję, że dam radę za to przeżyć za jakieś dwadzieścia parę lat (o ile wcześniej nie będzie końca świata :)). Deklaracji podatkowych nie wypełniam. O potrącanym mi miesięcznie podatku (wcale nie takim małym, żeby nie było) dowiaduję się z miesięcznych payslipów i jednego, podsumowującego cały rok druczku P-60.

Ale wracając od oferty pracy ...

Dostałam. Przyjęłam z pocałowaniem ręki.
Przepracowałam tam pięć miesięcy, ale ponieważ  zarobiłam ok. £5000 (mniej więcej tyle, co suma zwolniona od podatku - był to wtedy ekwiwalent ośmiomięsięcznego czynszu), nie zapłaciłam do skarbca Królowej ani grosza.
Pracę zakończyłam (na rzecz tej 'właściwej', wyszukanej w pocie czoła).
Firmę zamnkęłam jednym telefonem.

Mój mąż też założył firmę. Ale taką z prawdziwego zdarzenia. Taką ładną. Ze stroną internetową i pracownikami :)
I ma tę firmę już czwarty rok. Nooo, nie jest to firma o zasięgu międzynarodowym, ani nawet ogólnokrajowym. Ale na waciki dla żony zarabia.
(Choć też miał paru klientów, którym musiał ścigać -  z tym że tutejszy urząd skarbowy to jak najbardziej zrozumiał i rozłożył mu płatność na bezodsetkowe raty).

Przez rok grzecznie zbiera rachunki. Ubezpieczenie płaci kwartalnie. W kwietniu idzie do księgowego (rok podatkowy kończy się tu 5-go kwietnia), zanosi mu zestawienie przychodów i rozchodów. Księgowy sprawdza, wylicza podatek lub jego zwrot. Wysyła przez internet rozliczenie do urzędu skarbowego. Mąż płaci £80 funtów i z gębą jak banan żegna się z księgowym słowami: "Do zobaczenia za rok."

Ot i cała bajka.

Aha.
A gdyby mąż zapomniał się rozliczyć, to w sierpniu dostaje list z przypomnieniem, że rozliczenie w wersji papierowej (może to zrobić sam, ale kto by się w to bawił) może złoźyć tylko do 31 października. Później już tylko wersja online.

W styczniu, jak tylko z bilboardów znikną świąteczne reklamy i zapowiedzi wyprzedaży Anglia zapełnia się plakatami:

I jeszcze na przypieczętowanie - list z urzędu skarbowego.
Bo po co gościa karać, jak wystarczy mu przypomnieć? (Można by tu dyskutować, o tym, że oplakatowywanie miasta nie jest najlepszym sposobem na wydawanie naszych podatków, ale nie bądźmy małostkowi).

W tym roku rozliczaliśmy się właśnie korzystając z tej wersji późniejszej.

Wczoraj o 19 odwiedziliśmy naszego pana Tomka Kochanego.
Pan Tomek jest zarejestrowanym, super ważnym, zweryfikowanym przez rząd doradcą podatkowym.
Przyjmuje w domu.
Pamięta swoich klientów.
Nie gada o pierdołach.
Załatwia sprawę w przeciągu godziny (my akurat jesteśmy prostym przypadkiem - nad niektórymi firmami trzeba - owszem - parę dni posiedzieć), po czym się żegna.

Pożegnam się i ja.
Muszę przelać panu Tomkowi pieniądze za usługę.
I zrobię to z przyjemnością :)

 

"A chusteczki? Co z chusteczkami" - spytacie.
Chusteczki mają wiele wspólnego z podatkami, albowiem przez chusteczki właśnie angielski urząd skarbowy wzbogaci się dzisiaj niezmiernie. Jak  tylko wszyscy sprzedawcy, od których kupiłam dziś milion chusteczek, zapłacą podatek dochodowy. Szacuję, że będzie to pokaźna suma.

Pozdrawiam frykająco.

 

Ps. A w prezencie, na zakończenie tego wpisu, dostałam ... jedenaście tysięcy sto jedenastego Czytelnika (no dobrze, dobrze, Odwiedzającego :))

Po prostu jesteście ... pierwszorzędni :)

 

 

 

 

piątek, 27 stycznia 2012

Otrzymałam zaprosznie od Kasi.eire do zabawy w opisywanie swoich ulubionych seriali.

 

Jestem raczej kiepskim ogniwem w takim łańcuszku, jako że od lat nie posiadam telewizora, więc siłą rzeczy seriali oglądam jak na lekarstwo.
Głównie seriami - w internecie lub na DVD.


Ale jak zabawa, to zabawa.
Dlaczego bym miała sobie odmówić ? :)

 

ZASADY ZABAWY:
1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3. Zaproś co najmniej 5 innych blogów
4. Wymień i opisz kilka* swoich ulubionych seriali

*jeśli 10 wciąż się mieści w kategorii 'kilka' to chyba nie złamałam regulaminu :))

Nie byłabym sobą, gdybym nie przeprowadziła jakiegoś rozbudowanego anegdotycznego szkicu historycznego.


A zatem zaczynamy:

Seriale dzieciństwa 

Nie będę oryginalna jak napiszę, że Pana Samochodzika, Stawkę Większą niż Życie, Czterdziestolatka, Czterech Pancernych, Znak Orła (ach, ten młody Kołbasiuk! he, he) czy Wojnę Domową kochałam bezkrytyczną miłością dziecka epoki komunizmu, które się cieszyło, jak w ogóle nie skasowali jakiegoś programu na rzecz transmisji posiedzeń partii. Wtedy wszyscy to oglądali, zdani na łaskę TVP1 lub TVP2 :) Co nie znaczy, że do niektórych nie mam prawdziwego sentymentu.

 *****

 

Pierwszy 'dorosły' serial czyli ... DYNASTIA

Tak, tak wiem. Dynastia była tak głupia, że kogo nie zapytasz, to idzie w zaparte, że nie oglądał.
Więc ja byłam prawdopodobnie jedynym widzem.
Przez pierwsze 3 odcinki się zachwycałam, bo było to coś innego. Co chwila zmiana akcji, wielki świat, domy bez meblościanek i tym podobne klimty.
Guścik Alexis co prawda zupelnie sprzeczny z moim, a słodycz Crystal  nie do zniesienia, ale przy tylu narozpoczynanych wątkach byłam ciekawa, co się wydarzy w następnych odcinkach.
Gdzieś w okolicach części 5-tej stwierdziłam, że szkoda mi moich nastoletnich lat na taką rozrywkę. Ale siłą rozpędu zabrnęłam jeszcze jakieś paręnaście odcinków dalej :)

 

 *****

 

Pierwszy polski serial - NA DOBRE I NA ZŁE

Oglądałam namiętnie, bo kto by nie kochał doktor Zosi i doktora Burskiego?
Serial osadzony w polskiej rzeczywistości, ciepły, pozytywny. I przewinęła się przez niego cała masa fajnych aktorów na 'występach gościnnych'.
Tylko ta pioseneczka na wstępnie była idiotyczna.

*****

Mniej więcej w okolicach 30-go odcinka wzięłam ślub i  ... zamieszkałam w domu bez telewizora :)

 


 

studium relacji żeńsko-męskiej czyli  KASIA I TOMEK

Ten serial oglądałam już na DVD.
Nasze małżeństwo zupełnie nie przypomina pary Brodzik-Wilczak.
Ani ze mnie słodka niuna, ani z mojego męża mistrz ciętej riposty.
Jednakże pewne zachowania, sposób myślenia (bo ja jestem z tych zacofanych, co uważają, że kobiety się jednak mentalnie różnią od mężczyzn :)), postrzeganie świata przez bohaterów tych zwartych, komicznych scenek niejednokrotnie przypominało nam różne sytuacje z naszego życia. Także nie raz się obśmialiśmy do łez.
Obejrzałam parę odcinków po latach i ... wciąż mnie niektóre gagi bawią :)



 

 *****

 

EastEnders

Kiedyś odkryłam przez przypadek na BBC iplayer.
I wciągnęło mnie na maxa, jako studium angielskiej klasy pracującej. Byłam autentycznie zafascynowana typami i typkami, odnajdując ich wierne kopie na ulicy, w szkole moich dzieci, w sklepie. Część mojej wiedzy o tutejszych zwyczajach czy problemach społecznych zaczerpnęłam właśnie z tego serialu.
Jednak na dłuższą metę znieść się tego nie dało. Po 3 miesiącach wymiękłam przybita ogromem tragedii, komplikacji rodzinnych i międzyzwiązkowych przetasowań. W ostatnie święta kontrolnie - po 4 latach - obejrzałam jednek odcinek.

I spoko - w pół godziny nadrobiłam luki i szybko się zorientowałam, kto z kim sypia, a kto pod kim dołki kopie.
Kto umarł i tak wiem, bo jak się loguję to skrzynki Yahoo, to takie newsy są zawsze na stronie głównej.  :)

*****

 

SAGA RODU FORSYTE'ÓW

Tak jak Kasia.eire, lubię filmy kostiumowe. Nie wiem, czy akurat Saga rodu Forsyte'ów jest najlepszym przedstawicielem tego gatunku, ale ja pokochałam ten film głównie ze względu na Damiana Lewisa, który był piękny w swej brzydocie, piegowatości i podłości, a którego mi było szkoda, bo 'pozytywny' charakter, wyidealizowana i wielbiona przez wszystkich Irene Heron mnie wkurzała, głównie tym, że najpierw się chciała wyrwać ze stanu staropanieństwa i zgodziła się na taki, a nie inny układ, a potem zgrywała się na wiecznie pokrzywdzoną przez los nimfę.

Ten z kolei serial pokazywał angielską 'upper class', układy, układziki, niuanse językowe, zależności majątkowe, towarzyskie faux pas i inne czynniki, które ukszałtowały współczesną elitę.
Nie do wyłapania dla emigranta-nowicjusza.
Teraz muszę znaleźć sobie coś o middle class i będę miała przegląd przez całe społeczeństwo :)

 *****

LONDYŃCZYCY

Nie da się odizolować społeczeństwa brytyjskiego od ... emigrantów.
Ale ten element w mojej serialowej układance mam już też zaliczony :)
Londyńczycy - serial lubiany bądź krytykowany, obśmiewany czy zachwalany, dla żadnego emigranta, a tym bardziej Londyńczyka nie był obojętnym.
Był fajnie zrobiony, pokazujący życie Polaków na emigracji, walczący w pewnym sensie ze stereotypem 'polskiego robola'.
Ja go oglądałam z wielkim zainteresowaniem. Szkoda, że na wyrywki, bo odcinki na YouTubie znikały prawie tak szybko, jak się pojawiały :)
A piosenka Robbie Williamsa stała się niemalże naszym emigranckim hymnem ...

 

 

*****

WALLANDER

Ogólnie lubię seriale kryminalne. Wallander ... może nie jest dla mnie idalnie trzymającym w napięciu filmem (są dłużyzny), ale lubię go ze względu na jego 'szwedzkość'. Znałam w życiu takiego jednego Szweda i jak oglądam Wallandera (sorry, ale 'Kert Łolande' w wersji angielskiej do mnie nie przemawia), to mi się zbiera na sentymenty.
I na refleksje, że kogo jak kogo, ale Szwedów to ja w życiu nie pojmę :)
A tak na marginesie, to z przykrością wyczytałam kiedyś, że aktorka grająca Lisę, córkę Wallandera, popełniła samobójstwo ...
A propos mojego wpisu o imionach , to ten facet po lewej, to właśnie ... Ola :)

 *****

 

Pozostanę w klimacie kryminałów.
Ostatnio obejrzałam od dechy do dechy The Killing 2.
Też kliknęłam przez przypadek na pierwszy odcinkek, bo tytuł jakoś nie przykuł mojej uwagi. Wciągający.
Do samego końca.
Muszę sobie kupić The Killing, serię pierwszą :)

*****

Jeśli jednak miałabym wybrać tylko jeden ulubiony serial, to ZDECYDOWANIE  byłby to jakiś serial przyrodniczy, najlepiej BBC z Davidem Attenborough.

Mogę to oglądać bez przerwy.
Ostatnio zaliczyłam The Frozen Planet i nie mogę wyjść z podziwu, jak można nakręcić 7 odcinków o lodzie i mrozie :)
I jak fascynujące i różnorodne życie toczy się na obu biegunach naszej Ziemi.

To pisałam ja, osoba rzekomo nie oglądająca seriali :)

 

Do zabawy zapraszam:

Rest5

Muklę 

Ren-yę

Veni23 

Semirannę

Żonę.Oburzoną

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Był z kategorii tych, co najpierw wsiada zapach, a potem facet.
Wsiada wypasiony after shave, rzecz jasna, a nie jakiśtam dezodorant Axe.

Z nosem wbitym w iphone'a zobaczyłam najpierw jego buty.
Z premedytacją nie podnosiłam oczu, bo przypomniał mi się przeczytany felieton, że mężczyzn można natychmiast rozgryźć po stanie butów.
Kobiety ...

 

Czytaj dalej ...

niedziela, 22 stycznia 2012

W Polsce bywało czasami trudno.
Siedem Agnieszek w jednej klasie, na ten przykład.
I wszystkim siedmiu naraz stawało serce, gdy nauczyciel zaczynał wyczytywać imię kandydatki do odpytywanka.

Prawdziwe schody zaczęły się jednak dopiero gdy zamieszkałam za granicami naszego pięknego, swojskiego kraju.
Nagle otoczyło mnie tyle 'dziwacznych' imion z całego świata.
Jak to wszystko spamiętać?
Jak to wymówić?

Prawie zawsze zapominałam jakie imię ma osoba, która się właśnie mi przedstawiła.
Starałam się więc tak lawirować, żeby nie wymawiać tego imienia, co nie jest takie trudne, bo po angielsku mówienie sobie 'na TY' to norma.
Choć o ile dobrze pamiętam z historii z języka, to 'you' oznaczało kiedyś tylko liczbę mnogą, czyli brzmiało trochę 'z rosyjska': A wy, panie hrabio, co myślicie na ten temat?

Tym niemniej teraz się wszyscy 'tykają' co dla Polaków bywa nieco niezręczne.
Opowiadała mi koleżanka, pracująca w domu opieki społecznej, że długo nie mogła się przełamać i mówić do dziewięćdziesięcioparoletniego staruszka: Johnny, przyniosłam ci śniadanie, albo do dziarskiej osiemdziesięciolatki: Witaj Mary, jak się dzisiaj miewasz?
Przyznam szczczerze, że mi też ciężko przez gardło przychodziło zwracanie się do szefowej per Gemma. Wolałam Ms Brown.
Szkolne nawyki? Szacunek? Bo ja wiem?

Wracając do imion i do 'wybiegów' jakie stosowałam (oprócz lawirowania, rzecz jasna), to na ogół dobrze się sprawdzał numer w stylu: "Przepraszam, ale nie pamiętam, jak się WYMAWIA twoje imię".
Osobnik(-czka) się na to łapali i podawali mi poprawne brzmienie swojego imienia.
A wtedy mobilizowałam wszelkie moje zdolności intelektualne, by imię zapamiętać.
Na ogół się udawało.
Najczęściej starałam się sobie wymyślić jakieś skojarzenie.
Najdziwniejsze, które sobie przypominam to "głowa-dźwig", ale co sie dziwić, jak dziewczyna (Norweżka) się nazywała Hedvig.
Ale, jak widać, zadziałało skutecznie. Pamiętam do dzisiaj :)

 

 

Nadszedł jednak dzień, w którym zaliczyłam wtopę.

Pracowałam w studenckiej kafeterii z pewnym Niemiaszkiem.
Co środę o 7:30 zaczynaliśmy produkcję kanapek. Oboje z lekka zaspani. Oboje mechanicznie wykonujący swoje obowiązki: 6 rzędów po 5 bułek. Przeeee-króóóój! Masło smaru-smaru. Sałatka, szyneczka, serek myk-myk-myk. Pomidor, ogórek i folijka. Do lodówki-witrynki marsz!
Na gadki-szmatki czy budowanie relacji nie było czasu.
Nie miałam więc potrzeby używać jego imienia.
Po mniej więcej pół roku znajomości pewnego ranka w kafeterii zawitała babka, która zbierała dane o studentach. Na pierwszy rzut przyatakowała mnie. Po chwili spytała o imię koleżki.
Więc ja oczywiście daję z moją niezdolnością do wymówienia ...

Na to chłop się obruszył się wielce (a może to tylko tak groźnie zabrzmiało w jego niemieckiej angielszczyźnie) i oberwało mi się że 'Jak to nie umiem wymówić?! Przecież to nic trudnego wymówić imię Tis?!'

Uuuuuupsss, głupio mi było troszeczkę :)

Jakby problemów z dziwnymi imionami było mało, zmagałam się też z tymi w miarę swojskimi.

Bo jak tu się połapać kto jest kto, jeśli po angielsku (amerykańsku?) Chris to i Christopher i Christina, Sam to i Samuel i Samantha, a Jo to Joel i Josephine?
Zresztą tych imion żeńsko-męskich jest całe mnóstwo.
Paru Szwedów też nie ułatwiało mi życia. Jeden z przykładów to Ola i Olle - oba męskie (!) imiona - wymawiane (jak na moje ucho) niemalże tak samo : Uuule.
W moje grupie były też: Tilla, Teja i Taru (Albanka, Szwedka i Finka). Oj, zajęło mi to trochę czasu, zanim się nauczyłam je odróźniać.

Niestety, od tamtej pory nie zrobiłam zbyt wielkich postępów w kwestii zapamiętywania imion.

Jeśli chodzi na przykład o mamy kolegów moich dzieci, to pamiętam tylko Sonię, bo imię łatwe, a poza tym zdziwiłam się, że nosi je kobieta z Afganistanu, Nathalie, bo pytała się mnie czy mogłabym sprawdzić znaczenie jej imienia (tu, w tej międzynarodowej mieszance to bardzo częste pytanie), więc sprawdziłam i zapamiętałam, że znaczy tyle, co ... dzień urodzenia (po łacinie: dies natalis) i Herman (bo się zdziwiłam, że kobieta nosi takie 'męskie' imię).
Inne mi się przedstawiały, ale niestety ...
Mam nadzieję, że nie będę musiała się do nich zwracać po imieniu, albo że gdzieś kiedyś doczytam ukradkiem na jakiejś liście klasowych mam (i wtedy na pewno zapamiętam).

W ogóle Anglicy (A może tylko Londyńczycy?) mają niesamowitą wolność w nadawaniu imion i bez problemów czerpią z innych kultur. Jedno z najmodniejszych imion dziewczęcych (zresztą słodkich moim zdaniem) to Touloula (czyt. Tulula). Podoba mi się również dość popularne Imagine (ot, takie imię z wyobraźnią ;)). Mogłabym chyba też nazwać córkę kwiatowo - Daisy lub Lilly ale to imię dobre dla małych dziewczynek. A co z panią prezes Lilly?
Wcieło mnie też lekko, gdy pierwszy raz usłyszałam wątpliwej - dla polskich uszu - urody imię: Pippa. I dopiero gdy siostra Kate Middleton rozpoczęła swoje 'pośladkowe' podboje, dowiedziałam się, że to zdrobniała forma od Philippy.
A synek znajomej zostawał pod opieką Jesus, dziewczyny z Portugalii. (Po angielsku, gdzie nie ma odmiany, to brzmi nawet lepiej: Who is looking after your child? Jesus!)

Wiele imion to po prostu nazwy miejsc, kwiatów czy cech charakteru. Co więcej, przy rejestrowaniu dziecka w urzędzie można mu nadać JAKIEKOLWIEK nazwisko. Nie musi to być nazwisko ani ojca ani matki, choć oczywiście, jako rzecze ulotka, doradza się jednak nadać nazwisko rodowe, żeby uniknąć jakichś nieprzewidzianych trudności w przyszłości.

Do moich wpadek 'imiennych' mogę dodać również następującą historię.

Sekretarka ze szkoły mojego syna, zaszła w ciążę w mniej więcej podobnym czasie co ja. Siłą rzeczy wytworzyła się między nami swoista więź - dwóch dopingujących się 'ciężarówek'.
Jej córeczka urodziła się w wakacje, nie zdążyłam więc się z nią zobaczyć zanim poszła na urlop macierzyński. Kiedyś przypadkiem spotkałam na ulicy jedną z nauczycielek, która 'sprzedała' mi najnowszą wieść iż Wendy (sekretarka owa) urodziła córeczkę. Powiedziała mi też imię, ale ... oczywiście nie zapamiętałam. Jakieś tam skojarzenie tłukło mi się jednak po głowie.

Gdy Wendy wróciła do pracy, poszłam jej pogratulować.
Wyściskałyśmy się (to Murzynka, baaardzo ekspresyjna i bezpośrednia ;))
Spytałam oczywiście jak się miewa Venice.
Wielkie oczy Wendy wystarczyły, bym zrozumiała, że znowu zaliczyłam wpadkę.

You mean how is ... Geneva, don't you?

Eh, wiedziałam, że chodzi o jakieś miasto.
Cóż Wenecja nie leży tak daleko od Genewy ;))


Trochę szkoda, że swoich dzieci nie nazwałam na przykład York, Krakow czy Teneryfa.
Wyobraźcie sobie ...

'Niniejszym ogłasza się, że najlepszym studentem roku został pan York Kowalski'.
A może:
'Krakow! Krakow! Chodź pograć w piłkę!'
Albo: 'Teneryfa Kowalska, do tablicy!'
He, he, he ....

Śmiejecie się?
Moja koleżanka uczy w szkole chłopca o imieniu ... London.
A żeby było śmiesznie, chłopak jest uczniem West London Academy.
Jak bum-cyk-cyk! :)

Jako ciekawostkę uznałam też ostatnio informację, że najpopularniejszym imieniem nadawanym w 2011 roku w Wielkiej Brytanii jest ... Mohammed.
Co prawda aż w 12 wersjach (Muhammad, Mohamud, Muhammet itp.), ale jednak.
Zdetronizował wieloletniego zwycięzcę Jack'a.

W drugą stronę pewnie też nie jest łatwo.
Anglik bowiem za Chiny Ludowe nie wymówi imienia Maciek. Wersje pochodne to Madżik (magiczny), Mejżik lub Masek. Jacek to Dżasek, Edyta - Editor (czyli wydawca :)), Wanda - Łonda.
A i sami Polacy miewają niezłe problemy, szczególnie z przeliterowywaniem swych pięknych, słowiańskich imion.

Miałam kolegę o imieniu Jacek właśnie.
Spelling nie był jego najmocniejszą stroną.
Najbardziej myliły mu się litery: g,h & j wymawiane:[dżi], [ejdż], [dżej]), ale także a [ej] i [aj] oraz e[i].

Pewnego dnia zdziwił się więc bardzo, gdy przyszedł do niego rachunek na imię ... Jicak.

Mogłabym tak jeszcze długo ...

Ale pora iść spać.

Pa, pa!

 

Ps. A propos tego, co napisała w komentarzach Czerwonyberberys, to ja również nie mogą się nadziwić niektórym zestawieniom imię-nazwisko, a osoby mające nazwiska nawiązujące do ich zawodu śmieszą mnie podwójnie. Ogólnie w mojej rodzinie zawsze ryliśmy z nazwisk (wiem, że to nieładnie, ale taka już nasza ułomność), czego natomiast mój ślubny nijak pojąć nie może.
Ale powiedzcie sami - przykłady na które się natknęłam osobiście: Katarzyna Przydatek - ginekolog, Czesław Rzeźnik - pracownia futer, reprezentująca jedno z najlepszych liceów w Toruniu - Agnieszka Piernik. Ostatnio przyuważyłam z okien autobusu zakład pogrzebowy prowadzony przez pana Kaina (No ludzie!)


A tu jeszcze link do dyskusji na Forum Humorum o dziwacznych imionach :)

piątek, 13 stycznia 2012

W piątkowy, zrelaksowany wieczór proponuję wam coś łatwego, lekkiego i niefrasobliwego.
Żadnych trudnych tematów.
Żadnych wynurzeń filozoficznych czy dylematów egzystencjalnych.

Jak zwykle na przełomie roku prezentowane są różne listy - najlepszych, najgorszych, zmarłych, takich siakich i owakich.
I ja przez przypadek natknęłam się na śmieszną listę, opublikowaną przez BBC, pt:

100 RZECZY, O KTÓRYCH NIE WIEDZIELIŚMY W 2011

 



Dogłębne wczytanie się we wszystkie sto punktów pozostawiam waszemu wolnemu wyborowi. Jeśli nie znacie angielskiego, możecie zawsze podjąć nieśmiałą próbę użycia Google Translator. Kto wie, może od czasu mojego wpisu już go trochę ulepszyli (co przy galopie dzisiejszej technologii nie jest wcale aż takie niemożliwe :))

Sama pozwolę zaś sobie skomentować niektóre rewelacje i objawienia w kategoriach mojego autorstwa:

1. NO CO TY?

Sharks go to the cleaners. 
Czyli, że krwiożercze bestie, jak potrzebują peelingu lub dokuczają im pasożyty, udają się w specjalne zakątki morza, gdzie łaskawie dają się oskubać rybkom-cleanerkom. Pływają wolno, ułatwiając im pracę i po skończonym zabiegu nie zjadają manikurzystek. Przyroda zawsze mnie czymś zaskakuje.

Elton John has no mobile phone.
I tu mnie zaskoczył. Bo podobno nie ma też komputera, iphon'a, czy ipada. Ma za to książkę adresową ręcznie zapisywaną grubości 10 cm i nieprzeciętną pamięć, gdyż większość najpotrzebniejszych telefonów zapamiętuje. Nie wiem ile w tym prawdy a ile kreacji, ale brzmi zaskakująco. Niestety, Sir Elton został zmuszony nabyć drogą kupna ipada, bo będzie musiał używać skype'a do komunikowania się ze swoim synkiem. Otóż to - naginaniu naszych własnych zasad winne są dzieci!

The UK's Speaking Clock still receives 30 million calls each year.
Dacie wiarę? Po co 30 milionów ludzi dzwoni rocznie do Zegarynki? Nie wiedziałam, że coś takiego jeszcze istnieje. Acha, i czy zdzwonią z telefonów komórkowych? ;-P 

2. ŁEEE, ALE MI SENSACJA

Women's tears reduce sexual desire in men. 
Bez przesady! Nie potrzeba mi było roku 2011, żeby się dowiedzieć, że na widok ryczącej baby, chłopu nie tylko pożądanie maleje, ale w ogóle chęć do życia mu odbiera. Bo nie wie, bidak, co ma zrobić. No co on może zrobić, Bożesz ty mój jedyny?

One in six people live in India.
No po prostu odkrycie statystycze ostatniego roku!

Swearing relieves pain.
Jeśli w klnięcie redukuje ból, to wygląda na to, że wielu Londyńczyków najwyraźniej jest mocno schorowanych :)

Getting married increases the risk of putting on weight.
Wiem to już od piętnastu lat :)

 

3. ŻE IM SIĘ CHCIAŁO?

The average hug lasts three seconds.
To się nazywa zacięcie naukowe! Badać długość przeciętnego uścisku. Ciekawam, jak później wykorzystywane są tego typu odkrycia?

One in six mobile phones in Britain is contaminated with poo.
Czyli wychodzi na to, że miliony komórek są ubrudzone kupą. Jak ktoś rzeczywiście przeprowadził takie badania (na taką skalę i o takiej tematyce), to ja jestem święta Walentyna.

Princess Diana had two wedding dresses.
Ta druga suknia ślubna była po to, by w przypadku przecieków do prasy księżna zagrała na nosie paparazzim i wystąpiła w czymś zaskakujących.
Okey, okey.
Pochowajcie już może tę nieszczęsną Dianę, co?

People with full bladders make better decisions.
Już ten, kto w ogóle postawił taką hipotezę, zasługuje na zimne okłady.
Argument dowodzący słuszności teorii jest taki, że istnieją w mózgu połączenia odpowiadające za trzymanie moczu i aktywujące uczucie silnego pragnienia (desire) i otrzymywania nagród. Ludzie, którzy potrafią kotrolować swoje impulsy (by uzyskać natychmiastową gratyfikację) częściej są też w stanie podejmować decyzje, które przynoszą pozytywne skutki.
Ciekawam, jak wiele czasu mijało od tego, gdy biedni uczestnicy eksperymentu przestępowali z nogi na nogę w celu trzymania moczu na potrzeby nauki, a rzeczywistymi skutkami ich decyzji.

 

A jakie są wasze typy na 'odkrycie' roku 2011?

wtorek, 10 stycznia 2012

Jeśłi coś w tym kraju spowoduje, że się załamię i podejmę decyzję o ucieczce z Wysp Szczęśliwych, jeśli znajdzie się słomka łamiąca grzbiet wielbłąda (albo może powinno być 'osła' :)), jeśli jakaś kropla przeleje czarę, to nie będą to wcale ignorancja i imperialistyczne myślenie Anglików.

Będzie to ...



Czytaj dalej ...

 

sobota, 07 stycznia 2012

Dawno już nie było prasówki :)

Ale też Metro miałam ostatnio w rękach jakiś miesiąc temu.
Zapomniałam więc, ileż rozkoszy intelektualno-emocjonalnej może dostarczyć czytanie tej gazetki.

Nie mogę już chyba pisać, że mnie coś szokuje, bo ... przy takim natłoku 'rewelacji' dziennie po jakimś czasie mało co człowieka rusza.
Jedyne, co mnie naprawdę szokuje, to fakt, że dzienna dawka sensacyjek jest wciąż na tyle duża, by zapełnić dziennikarzom dobre siedemndziesiąt, pięćdziesiąt, trzydzieści (po wycięciu reklam, zdjęć i gigantycznych nagłówków) dziesięć stron wierszówki.

A zatem dziś jedna z ciekawostek 'przyrodniczych' z ostatniego Metra.

Nowoczesne bliźniaki

Bliźniaki Reuben i Floren zostały poczęte w 2005 roku.
W próbówce.
Reuben urodził się w grudniu 2006 r.

Siedmiotygodniowa Floren w stanie embrionalnym została jednak ... zamrożona na kolejne pięć lat. Po tylu bowiem rodzice zdecydwali się na kolejne dziecko.

Gdy więc na świat przyszła jego siostra, Reuben powitał ją słowami: "Cześć bliźniaczko!"

Przyznam, że do końca nie mam przekonania, czy są to faktycznie bliźnięta - w gazecie użyty jest termin "the same batch of embryos", co znaczy z tej samej partii embrionów. Tak więc, jeśli już, to są to bliźnięta dwujajowe (co jest oczywiste, ze względu na płeć :)).

Do końca nie jestem jednak przekonana czy rzeczywiście zamrożenie jednego z zarodków na pięć lat i danie mu szansy (której, nota bene, nie wykorzystały pozostałe dwa) dalszego rozwoju automatycznie czyni go (ją) bliźniakiem.
I w ogóle dlaczego zrobiono z tego taką sensację? Czyż wcześniej nie rodziły się dzieci z zamrożonych wcześniej zarodków? (mam wrażenie, że to typowy przykład powielania błędu popełnionego przez kolejne gazety, nakręconego przez samą bohaterkę artykułu, która tak właśnie mówi o swoich dzieciach).

Ale to kwestia terminologiczna.

Pozostaje jeszcze kwestia ... surrealistyczna.

Nie, nie nazwę jej moralną, bo po pierwsze nie czuję się na siłach podjąć się rozważań etyczno-teologicznych.
Po drugie miałam to szczęście, że nasze dzieci poczynały się lekko, łatwo i przyjemnie, czasem nazbyt niespodziewanie, ale zawsze wyjątkowo bezproblemowo.
Nigdy więc nawet w ułamku nie będę sobie w stanie wyobrazić co przeżywają i na co są gotowe kobiety nie mogące zajść w ciążę.

Nie zmienia to faktu, że kwestie takie jak zapłodnienie in vitro, dzieci z próbówki, zamrożone embriony brzmią dla mnie ... właśnie surrealistycznie.
Z jednej strony wydaje mi się to niesamowite, że jest to w ogóle możliwe.
Z drugiej ... to manipulowanie w naturze powoduje we mnie jakiś nienazwany lęk, albo może pewną blokadę.

Można tu polemizować, że wczepianie by-passów, przeszczep wątroby czy sztuczna nerka jest również manipulowaniem i zostawić schorowane narządy naturalnemu biegowi rzeczy (z wiadomym skutkiem).

Ale jednak zastanawiam się, czy gdzieś tu nie przebiega cienka linia.

Zamrożony siedmiotygodniowy zarodek ...

Zamrożony na pięć lat ...

Jestem w ciąży z moim pierwszym dzieckiem. Drugie się mrozi ...

Tak naprawdę, to mrozi się ich aż trójka ...

Dam im szansę na dalszy rozwój ... za jakiś czas.

 

***

Nie krytykuję. Nie potępiam. Nie wysnuwam wniosków.

Patrzę się na zdjęcie rodziców i widzę, jak są szczęśliwi.

Próbuję jednak sama sobie odpowiedzieć na pewne pytania.

A może zadając je jestem po prostu - jak to określiła jedna z komentujących pod artykułem osób - an arogant fertile ... ?

 


czwartek, 05 stycznia 2012

Mimo moich uczuć gorących do przedstawicieli sztuki, mimo kochania się w Jacku Wójcickim (nie mój typ, ale jak śpiewa!) i miłości do paru innych aktorów (też nie moje typy, nie wiem, co mnie naszło), mimo iż ogólnie rzecz ujmując byłam wielce egzaltowaną nastolatką, uwielbiałam teart Rampa i musical Metro, nigdy nie kochałam się w Januszu Józefowiczu.
Nie mój typ po prostu :)

Przede wszystkim nie lubię brody, a już brody w stylu ni-to-ni-sio w szczególności.

Nie lubię też mrocznych typów, którzy się rzadko uśmiechają.

I niech ktoś mi powie, co ta Urbańska w nim widziała?!

Podobno, Józefowicz, jako reżyser jest nie do zniesienia. Drze się na aktorów i ich terroryzuje.

Zresztą ta Urbańska! Wszędzie jej pełno. Mężuś ją promuje. Wiadomo.

A ostatno słyszałam też, że ...

***

I jeśli myślicie, że zebrało mi się na plotki, to jesteście w błędzie.

Ale zacznijmy od początku.

Przez okres świąteczny ponadrabiałam trochę zaległości w czytaniu książek, oglądaniu filmów i telewizji. Nadrabiałam oczywiście na tyle na ile mi youtube, bbciplayer i ddtvn pozwoliły, utwierdzając się jednocześnie w przekonaniu, że dobrze robię, nie mając telewizora, albowiem dla mnie to byłaby szklana pułapka :)
Nie mam, oj nie mam ci ja silnej woli.

Błądząc tak po sieci natknęłam się na wywiad z Nataszą Urbańską, która gra Polę Negri w najnowszym musicalu Polita.
Musical w technologi 3D.

Pierwszy na świecie!!!

Pierwszy musical w technice stereoskopowej.

Jak słuchałam 'opisu technicznego', to pomyślałam sobie: "Kosmos!".

Aktorzy na pustej scenie grają stojąc wśród setek 'wyświetlonych' ludzi.
Oprócz roli muszą się nauczyć gdzie stanąć, jak wyciągnąć rękę, ile kroków zrobić, żeby ... zgrać się z obrazem wyświetlanym z kamery.
Do tego zamiast kameralnej, ukrytej w ciemnościach widowni mają widok na siedzący tłum okularników, błyskający w ich kierunku tysiącem odbijanych w szkłach światełek.

I żywe konie.

Słuchałam wywiadu Węglarczyka z Urbańską, widziałam błysk zachwytu w jego oku i ... zazdrościłam mu.

Bo ja też bym chciała się spotkać z Nataszą Urbańską.


Powiedziałabym jej wtedy, że jest piękna, mądra i zdolna.
Tak, powiedziałabym jej to!

Kurcze blade, bo ja czegoś tu nie rozumiem!

Wiem, że są gusta i guściki. Wiem, że można jakąś formę muzyki/sztuki lubić lub nie.
Wiem, że można też ulec pierwszemu wrażeniu, sile plotki, zasugerowanej ocenie i tak zupełnie bezinteresownie kogoś nie lubić.
Ale wiem też, że taka osoba, jak Natasza Urbańska na zachodzie byłby po prostu rozchwytywaną gwiazdą.

A w Polsce jest tylko bohaterką plotkarskich magazynów i dyskusji na forach internetowych występującą w następujących rolach: małolaty, która odbiła ojca dzieciom i męża żonie, karierowiczki promowanej przez swojego męża, Wielkiej Przegranej, zimnej i nielubianej przez publiczność osoby, pragnącej się za wszelką cenę wybić.

Taki przynajmniej wrażenie można odnieść czytając notatki prasowe w internecie.
Że za wcześnie wróciła po porodzie do pracy, że w Bitwie Warszawskiej beznadziejna, że napuszona, że do Bollywoodu jej się zachciało, że nie ma charyzmy i inne bzety, których aż szkoda powtarzać.

I przyznam, że naprawdę tego nie pojmuję, bo widziałam parę jej występów i w Tańcu z Gwiazdami i w Jak oni śpiewają i w musicalach i przyznam, że zawsze mnie zachwycała.

Zachodzę w głowę, dlaczego w Polsce, osoba, która ma klasę i autentyczny talent (o umiejętności wysławiania się nie wspomnę) musi tracić energię na wieczne odpieranie zarzutów tłumaczenie się z rzekomych porażek?
Dlaczego nikt nie jest zainteresowany, żeby wypromować coś (jeśli już nie kogoś), co jest tego warte?

Ale miałam bronić Józka.

Więc od Nataszy przejdę w sposób naturalny do Janusza, który - jeśli chodzi o ilość sączonego jadu i gorzkiej krytyki wylewanej pod jego adresem - dorównuje, lub wręcz bije na głowę swoją żonę.

Od wielu lat śledzę poczytania Józefowicza, nawet jeśli mi miłość do Metra zelżała mi nieco, i na równi z podziwem dla jego talentu towarzyszy mi nieustanne zdziwienie, że TAKI FACET nie został jeszcze okrzyknięty naszym dobrem narodowym.

Nie, no dobra, bez patosu.

Ale to wizjoner.
Człowiek z pasją, facet, który ma niesamowite, nowatorskie pomysły i sukcesywnie je realizuje.
Człowiek, od którego parę ładnych gwiazd odbiło się wysoko w górę i do dziś świeci na artystycznym firmamencie.

Chciał być na Broadway'u? Był (Tak, wiem. Międzynarodowej kariery nie zrobił. No i ...? ).
Chciał mieć własny teatr? Ma.
Chciał robić to, co kocha najbardziej? Robi.

Krzyczy?

No pewnie krzyczy. Ktoś musi brać aktorską w ryzach trzymać.

Rozwiódł się z żoną?

Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień.

Jest zazdrosny o Nataszę i steruje jej karierą?

Nie wiem. Nie siedzę w jego głowie.

Nie uśmiecha się?

Guzik prawda! Zobaczcie:

 

Więcej argumentów nie mam.

Nie wiem, czy kogoś w ogóle przekonałam.

Musiałam jednak dać upust swoje frustracji.

Mam nadzieję, że Józek się jednak lepiej wybroni sam, czego mu serdecznie życzę.

O oczywiście pozdrowienia dla Nataszy :).

 

 

poniedziałek, 02 stycznia 2012

W szaleństwie Christmas Parties w tym (a właściwie już w zeszłym roku) nie uczestniczyłam.


Zresztą nigdy nie lubiłam tych spędów, na które albo trzeba się wystroić jak stróż w Boże Ciało i spędzić cenne sobotnie popołudnie w snobistycznej restauracji, nierzadko oko w oko z szefem, płacąc za drinki, jak za zboże, nawet jak jest się niemalże całkowitym abstynentem, albo wręcz przeciwnie -  po całym dniu pracy i po nudnej, dwugodzinnej nasiadówce z szefową iść do knajpy za rogiem, z gromadką równie uchetanych pracowników i z oczami na zapałki udawać, że integracja z kolegami z pracy w środowy wieczór jest szczytem szczęścia.

Jedynym 'szaleństwem', które zaliczyłam przed świętami był Christmas Fayre, czyli bożonarodzeniowy kiermasz w Londynie, gdzie pojechaliśmy odwiedzić naszych przyjaciół z dzielnicy grozy :)

I tam właśnie, przy grzanym winie i mince pies (ciasteczkach nadziewanych mieszanką suszonych owoców, cynamonu, gałki muszkatołowej i gożdzików), przy wspomnieniach, śmichach-chichach, malowaniu świątecznych esów-floresów na twarzy i robieniu na dłoniach tatuaży z henny napomknęłam między wierszami, że piszę bloga.
Nie wiem dlaczego, ale wzbudziło to potężne zainteresowanie (w przeciwieństwie do moich polskich znajomych, którzy mimo zaproszenia odwiedzali mój poprzedni blog raczej nieregularnie) i każdy chciał poznać tytuł i adres. Wyraźne, choć nie wiem na ile szczere rozczarowanie wymalowało się na twarzach na wieść, że blog jest po polsku i nici z czytania.

Nagle jedna z osób wykrzyknęła, że przecież jest Google Translate, ale jakoś się po angielsku wykręciłam :).
Anonimowość daje mi zdecydowanie większą swobodę w wyrażaniu myśli.

Po przyjściu do domu z ciekawości wkleiłam jeden z tekstów w internetową 'tłumaczkę', by zobaczyć co ukazałoby się oczom potencjalnego anglojęzycznego czytelnika.

I przyznam, że ubaw miałam niezły.

Domyślałam się, że skoro w miarę biegłym tłumaczem zostaje się dopiero po pięciu latach lingwistyki (anglistyki lub innej -styki) i podyplomowym studium tłumaczeń, to zautomatyzowany program komputerowy nie wychwyci wszystkich niuansów językowych.

Widziałam (i sama otrzymywałam) różne maile tłumaczone z angielskiego na trudna polska język.

Nie sądziłam jednak, że moje 'Szepty' stanowić będą dla Googli aż takie wyzwanie :)

Zacznijmy od tego, gdzie mieszkam.
Na Wyspach Szczęśliwych przecież, czyli na ... The Fortunate Isles :)

Moje wpisy są nacechowane emocjonalnie.
Czasami jest mi bardzo miło (I'm nice), innym razem drżę ze strachu, by mnie szefowa nie udusiła (strangled her head to me), lub wykrzykuję "o matko!" ("the mother!"), gdy piszę o odwiecznym problemie (the old-aged problem) pisania raportów.
Bywa też i bardziej dramatycznie, gdy na przykład relacjonuję, jak muszę pędzić na zbity pysk, by wymienić męża (I have to run to replace her husband's beaten face).
Niezła ściema, co? (Not a bad scam, huh?).

Ale, ale, chwileczkę! Czyjego męża? Co to za insynuacje?!

Google zdecydowanie nie radzi sobie z brakiem rodzajników w języku polskim i zawsze musi coś upchnąć. Jak nie 'a' czy 'the' to przynajmniej zaimek dzierżawczy wstawi.

Zdania, gdzie podmiot jest domyślny są już zdecydowanie powyżej poziomu inteligencji wujaszka i wychodzą takie perełki:

Łapię się za głowę i przecieram oczy ze zdumienia. - I grab his head and rub my eyes in amazement. Dość masochistyczne ...


Zaimek zwrotny 'się' jest natomiast bezczelnie i z premedytacją pomijany:

On z tych, co się tak łatwo paracetamolowi nie dają - He of those who so easily paracetamolowi not give.

Zresztą odmiana przez przypadki też jest na pograniczu czarnej magii.
O idomach i związkach frazeologicznych tłumaczonych dosłownie nie wspomnę:

gra warta świeczki - the game is worth the candle
wyjść ze zdumienia nie mogłam - in and out with astonishment I could not
z genetyką jestem za pan brat - to genetics I am for you brother

Totalna ignorancja, żeby nie powiedzieć totalna zlewka (total beaker).
Mój zdecydowany nr 1 :))

Nazwy własne przyprawiają niekiedy o zawrót głowy. Krakowskie Przedmieście staje się Krakow suberbs, a radocha (zadowolenie, znaczy się) awansuje do rangi nazwy własnej (Radocha).

Na neologizmy i zdrobnienia, którch (nad)używam mogę przymknąć oko, bo z nimi nawet i polscy czytelnicy mogą mieć problem (szczególnie w zdaniach hiper-wielokrotnie złożonych, które chyba są moim znakiem rozpoznawczym). No bo cóż może biedny żuczek zrobić z takim fantem:

Believe me, zmarźluchowi what is called - just walked in golfiku cotton, linen and pantofeleczkach żakieciku. Well, a few other conventional clothes, but nothing 'opatulającego'. :)

Wyrazy wieloznaczne oraz nietypowa składnia powodują chyba jednak największe zamieszanie, a raczej całkowitą zmianę sensu zdań lub zwrotów:

Niech sobie wcina - Let them these cuts.
Pomoc państwa Barton zawęziła się do słoni. - State aid Barton narrowed to elephants. (Od kogo pochodziła pomoc?)


że słoniom do szczęścia niezbędna będzie muzyka - that the elephants will be essential to the happiness of music (O czyje szczęście chodzi: słoni czy muzyki? :))

Pycha, choć przyznaję, że mimo zużycia całej rolki ręczników kuchennych w celu pozbycia się nadmiaru oleju, plastry bakłażanowe wciąż ociekały tłuszczem.
Pride, though I admit that, despite the consumption of the entire roll of kitchen towel to get rid of excess oil, slices of aubergine still dripping fat. (Krótko mówiąc chełpiłam się zjedzeniem całej rolki ręczników).

 

Tak więc mój blog nie ma szans na zyskanie międzynarodowej publiki.

Nie kryłam zawodu.

I did not hide my profession. :)



niedziela, 01 stycznia 2012

Nowy Rok, Nowy Rok ...

Z jednej strony obśmiewane postanowienia noworoczne (procentowo niewielu z nas udaje się dobrnąć z dietą, rzucaniem palenia czy ćwiczeniami na mięśnie brzucha dalej niż do połowy lutego), a z drugiej mniej lub bardziej uświadomione (nazwane, zdefiniowane, ujawnione) nadzieje na coś lepszego.

Ja, w mojej racjonalistycznej głowie, nie wierzę oczywiście w magiczną godzinę W.
Nie wierzę, że od dzisiaj właśnie będę lepszym człowiekiem, bardziej oddaną matką, milszą żoną, wydajniejszym pracownikiem ...
Nie wierzę, że wypucowane na święta mieszkanko długo zachowa swoje 'dziewictwo' (niepokalanie brudem, znaczy się), że

Czytaj dalej ...

sobota, 24 grudnia 2011

Podobno w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem.
Niby dopiero o północy, ale  ja - głuptak zwyczajny (alternatywnie mówcie mi głupia gęś) - pozwolę sobie na przemowę już teraz.

Otóż ja mam takie pytanie do ludzkości: 

Czytaj dalej ...

11:25, fidrygauka , Varia
Link Komentarze (6) »
czwartek, 01 grudnia 2011
Wieczorem, w okolicach 21 nie miałam jeszcze za wiele.

Ale miałam już przynajmniej koncepcję i całe tony przeczytanych materiałów.

Niestety mój młody zaczął niepokojąco rzęzić. Właściwie sprawa rozegrała się w ciagu następnej godziny: przekrwione oczy, dzika gorączka, koszmarny ból gardła i strata głosu.

Także noc upłynęła mi na szlifowaniu szkolenia na przemian z okładaniem młodego silnymi okładami ( on z tych co paracetamolowi się tak łatwo nie dają).

O czwartej w nocy zaczął już tak się dusić, że mąż wziął go na ostry dyżur, gdzie po dwóch godzinach czekania (to nic nasz rekord to 5 godzin ;)) dostał antybiotyk w celu pokonania potężnej anginy. W tym czasi ja chciałam przygotować handouty.

Przed zapisaniem gotowej, pieknej i wypracowanej prezentacji, postanowiłam, že zmienię kolejność i przeniosę ponad połowę slajdów na koniec. Skopiowałam, wyciełam, wkleiłam. Zobaczyłam, że skopiował się tylko jeden slajd, więc nacisnęłam Ctrl+z (cofnij).

Tak mi się wydawało.

A jednak wcisnęłam ... Ctrl+s zapisując zmiany czyli kasując sobie trzy czwarte prezentacji.

Miałam do wyboru: rzucić się z okna (trochę trudno z parteru), odwołać szkolenie (szefowa by mnie udusiła) lub pojechać, głupio się tłumaczyć i improwizować.

To, że pociąg się spóźnił 20 min. i że w południe muszę pędzić na zbity pysk wymienić męża, to już jakby mało istotne.

Nieeee, w ogóle nie jestem wk....a.

To chyba kara, że obsmarowalam wczoraj szefową na blogu! ;-P

09:28, fidrygauka
Link Komentarze (10) »
środa, 30 listopada 2011

Siedzę i piszę, piszę i sapię, sapię i wzdycham, wzdycham i fukam, fukam i się wnerwiam, wnerwiam się i dostaję szału.

Szału, bo mam przygotować na jutro szkolenie, a nie mam materiałów (albo coś jest za długie i nie zdążę tego przerobić, albo nie mogę znaleźć tego co chcę).

Nie mam pomysłów, nie mam weny i nie mam ochoty organizować żadnego szkolenia, ale niestety w dobie kryzysu gmina wymyśliła sobie, że ... my pracownicy mamy generować przychód.

A ze mnie biznesmen jak z koziej dupy trąba.
Tzn. może nie do końca, ale jakoś nie umiem się sprzedawać :))
A moja szefowa każe mi wykazać się zdolnościam menedżerskimi, znajomością technik sprzedaży tudzież promocji i chodzić z broszurkami pod pachą i zapraszać wszystkich klientów na cudowne warsztaty. A mi entuzjazmu do autopromocji brak :(

Jak ja bym była dobra w sprzedaży bezpośredniej, to bym została komiwojażerem.
A przychód to bym już wolała generować dla swojej firmy, ale się trochę boję w dobie kryzysu rezygnować z pracy w budżetówce :))

Potem muszę patrzeć na szefowe kręcenie nosem, że mało osób przyszło (sorry, innych też dotknął kryzys i pod koniec roku budżety wyprute do ostatniej nitki, a poza tym dywersancko nie rozdaję tych ulotek wszędzie - tylko tam, gdzie mi 'wyczucie' podpowiada).

I żeby jeszcze było fajnie, to cała logistyka jak rezerwowanie sali, podłączanie sprzętu (o matko, odwieczny problem, która końcówka kabla do laptopa, a która do rzutnika), drukowanie handoutów, kupowanie ciasteczek i mleka na przerwę i inne administracyjne bzety spadają na mnie.

A żeby tego jeszcze było mało, to cena, którą pani szefowa ustaliła za szkolenia (wyssana z palca - bo ona to dopiero pojęcia o biznesie nie ma) jest tak beznadziejnie niska, że mnie to po prostu demotywuje setnie. Jest to co prawda tylko program pilotażowy (to całe income generation), ale jak przyjdzie co do czego, to dużo trudniej jest podnieść ceny, jak się przyzwyczai klientów do tego, że jest tanio jak barszcz.

Cena bowiem, za 3 godzinne szkolenie z całym pakietem dobrych materiałów szkoleniowych (moja krwawica, moje siedzenie po nocach, a muszę 'bez nikakich' i bez roszczenia sobie żadnych praw oddać w posiadanie gminy) wynosi £45 czyli 15 funtów za godzinę od osoby (dla porównania - minimalna stawka godzinowa to £6,08 za godzinę; średnio wykwalifikowany robotnik zarabia ok. £12, a nauczyciel ok. £20; o 'wyższych' sferach tu nie mówimy :)). 

Ja oczywiście nic z tego nie będę miała, żadnych dodatkowych pieniędzy (tylko może punkty do awansu zawodowego), bo jest to niby przychód wygerowany przez nasz serwis.

Przez serwis nie przez serwis, ale każdy ma rocznie wprodukować łącznie £3500 (!!!!). I nie jest tu mowa o nielegalnym dodruku.

O ile ja umiem liczyć, to abym była w stanie tyle wyciągnąć musiałabym w ciągu roku  przeprowadzić co najmniej 13 szkoleń, zakładając, że przyszło by na nie co najmniej po 6 osób (przychodzi zwykle 4-5).
Toż to ludziska nie pracowaliby chyba tylko chodzili raz w miesiącu na szkolenia. Dodatkowo nie znam aż tylu osób, które byłyby zainteresowane szkoleniem na tak wiele tematów.

Pomijam fakt, że ja bym też się musiała nieźle nagimnastykować, żeby wymyślić tyle różniących się od siebie szkoleń.

No więc się wpieniam i spieniam i pretekstu szukam, by tego szkolenia nie przygotowywać, choć wiem, że od tematu nie ucieknę.
Uciekam jednak co chwila do kuchni.
Głodna jestem, nie? Trzeba przerwę zrobić, by coś zjeść :))

Jak już nie głodna, to przynajmniej spragniona.

Więc popijam sobie wodę z cytrynką i miodem.

A że akurat jeden się skończył, to wygrzebałam następny słoik, i znalazłam na nim taką piękną nalepkę:  Mieszanka miodów z całego świata

He, he, he - a to ci się pszczółki nalatały :))

Niezła ściema.

Czy to nowy sposób określania miodu sztucznego???

Ps. A miałam tylko wkleić zdjęcie i dodać do niego komentarz - a wyszło jak zwykle: długo i nie na temat :)

poniedziałek, 28 listopada 2011

Jak czytam niektóre sensacyjki, to najpierw łapię się za głowę i przecieram oczy ze zdumienia.

Potem pojawia się podziw dla determinacji i pasji różnych osobników.
Bo powiedzmy sobie szczerze - bardzo łatwo się krytykuje siedząc na sofce z labdziokiem (jak mawiała jeszcze niedawno moja córka) na kolanach. Ruszyć dupsko już trochę trudniej.

Ale potem znów moja racjonana i mało romantyczna natura bierze górę i zaczynam się zastanawiać nad rzeczywistym sensem niekórych poczynań.

Jak już pisałam, ambicji na zagoszczenie w Księdze Guinnessa nie mam, nie słynę niestety z przemożnego uwielbienia dla zwierząt (o ile nie są bohaterami filmów Davida Attenborough'a),

... a charytatywność popieram, ale tylko wtedy, kiedy nie ma w niej przerostu formy nad treścią, czyli wtedy gdy chęć niesienia komuś bezinteresownej pomocy nie przeradza się głównie w zwrócenie uwagi na ... niosącego pomoc.
I kiedy gra jest warta świeczki.

Dlatego też z mieszanymi uczuciami przeczytałam notatkę o pewnym zacnym angielskim dżentelmeni opiekującym się słoniami w Tajlandii.

Nieco ekscentryczny pianista z Yorkshire, Paul Barton, szesnaście lat temu przeprowadził się ze swoją żoną do Tajlandii, by być bliżej słoni (szczegółów Metro nie podaje, ale czuję, że jest to wersja mocno uproszczona).
Chęć bliskości wzięła się zapewne częściowo z troski o wyginięcie tego gatunku w tym rejonie świata. Liczbę słoni szacuje się na 60.000 - dziesięc razy mniej niż słoni afrykańskich (co i tak wydaje mi się dość dużą liczbą - aż wierzyć się nie chce, że taka liczba predestynuje do wyginięcia). Pomoc państwa Bartonów wyspecjalizowała się do słoni ... niewidomych, które rezydują sobie na szczycie góry w zaciszu rezerwatu Kanchanaburi.

Pewnego dnia - nawet najstarsi górale nie wiedzą kiedy - zrodziła się w głowie pana Pawła myśl, że słoniom do szczęścia niezbędna będzie muzyka.
No, może nie mówmy od razu tak wzniośle o szczęściu.
Pan Paweł nosił w sobie to skromne przekonanie, że słonie po prostu by bardzo chętnie, z pewną dozą nieśmiałości, urozmaiciły sobie doznanania sensoryczne zdeprawowane brakiem wzroku i posłuchały paru lirycznych kawałków na pianinie.

Myśl kiełkowała latami.
Pan Paweł nabierał przekonania, że muzyka wprowadzi choć mały promyk słońca do życia biednych, pogubionych istot. 'Promyczek' w znaczeniu przenośnym oczywiście.
Jeśli słonie marzą o muzyce, zapewne rozumieją też naturę figury stylistycznej, jaką jest przenośnia. Ach, i pewnie jeszcze wiedzą, czym jest personifikacja. I groteska?

W końcu raz kozie śmierć! Pan Paweł zadecydował upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i połączyć przyjemne z pożytecznym.

Operacja 'Pianinem w Pianino dla Słonia' została zaplanowana w 50-te urodziny pana Pawła, który własnoręcznie (pewnie z pomocą lokalnych tragarzy) wtachał na szczyt góry pianino, okupując to koszmarnym bólem pleców (Nieee! Naprawdę?).

Jak złapał oddech, zasiadł za klawiaturą i ... ruszył z Beethovenem.

Wybór utworu był nieprzypadkowy. Slow Movements II został nazwany utworem "najbliższym niebu" przez wydawcę utworów Beethovena pod koniec XVIII w.
A więc zahaczamy tu też aspekt duchowy.

A wszystko to sprowadza się tak naprawdę do bardzo przyziemnej sprawy - Pan Paweł chciał przyciągnąć uwagę potencjalnych darczyńców, którzy wesprą budowę elektrycznego płotu okalającego zagrodzę słoni.

Bo oczywiście aspekt pokonania samego siebie, stawienia czoła pewnemu wyzwaniu, spełnienia marzeń, zystkania popularności i w końcu zrobienia sobie prezentu urodzinowego nie ma tu oczywiście większego znaczenia :))

Behaviorystką nie jestem, ale po powierzchownej analizie słoniowej reakcji śmiem twierdzić, że wykazały one dyskretną obojętność lub wręcz totalną zlewkę.

niedziela, 27 listopada 2011

Pomysł nie jest nowy, ale ja się na niego natknęłam dopiero wczoraj i oczywiście rozśmieszył mnie bardzo, bo ... duuuuużo w tym prawdy.

Niuanse językowe wynikające ze zgoła innego rozumienia pragmatycznej funkcji języka przez mieszkańców Wysp Szczęśliwych mogą przysporzyć wielu problemów nowicjuszom władającym angielskim w stopniu średnio zaawansowanym.

 

Czytaj dalej ...

­­

­­







Jak już pisałam, na Lady Gaga (Gadze?) znam się bardzo umiarkowanie.

Nie znać jej się nie da, bo wszystko nią epatuje, nie tylko brukowce. Jak by nie patrzeć nawet u Elżbiety na herbatce była.
Właściwie to nie trzeba się wgłębiać w temat - z samych nagłówków można się wiele dowiedzieć.
Na tej zasadzie wiem np. kim jest i ile żon ma Michał Wiśniewski czy ile alimentów płaci ABC niewierny ojciec Henryka Colin Farrell.

A poza tym - wracając do Gagi -  oglądam ją ...

Czytaj dalej ...

środa, 23 listopada 2011

Nie mogłam się powstrzymać.

Mój syn tak się wczuł w rolę, że - zobaczywszy, iż mamusia opublikowała zdjęcia z jego poprzedniej książeczki w internecie - przyniósł kolejną z tej serii.

Tym razem o życiu w Kraju Rad.

I jest równie ciekawie.

Przede wszystkim - dla odmiany - w Rosji wszyscy mieszkają w miastach, a dobrobyt jest tak wielki, że nawet rzeźby pokryte są złotem.

Tanya i jej brat Yuri mieszkają w Leningradzie i mogą na co dzień zachwycać się dziedzictwem kulturowym Rosji.

Leningrad to Wenecja północy (wyglądająca na trochę opustoszałą, ale ... załóżmy, że wszyscy są w pracy, a nie żyjąc z zasiłków, nie snują się po mieście jak dzień długi)

Rosjanie kochają pomniki - poetów, pisarzy, malarzy i innych ludzi sztuki.
Najczęściej spotykanym jest pomnik Lenina Puszkina.

Rosjanie są wielbicielami muzyki.
Kochają też historię i wielką wagę przywiązują do wiernego jej przedstawiania
(stroje z epoki, itp.; o łagrach i zsyłkach książka nie traktuje)

Historia historią, ale stawia się tu też na nowoczesność. Tanya i Yuri jeżdżą do szkoły autobusami na prąd albo poduszkowcem :)

... a zimą, w ramach podtrzymywania tradycji - Troyjką

Tradycję podtrzymują też babushki - pewnie książka by je pominęła, gdyż kłócą się nieco z całokształtem, ale światowy przebój Kate Bush (mówiący o zgołą innej babooshce, ale nie wnikajmy w szczegóły) na zawsze już umieścił je w globalnej świadomości

Szkoła trwa tylko do południa
(ooooo, Harry i Emily chyba w tym momencie zielenieją z zazdrości) ...

... bo po południu wszystkie dzieci chodzą się bawić i rajcować. I jeszcze są za to nazywani pionierami - grunt to budowanie pozywynego obrazu własnego od dzieciństwa (w UK to jakieś tam Brownies czy Cubs - no też mi coś!)

Ale za to też noszą mundurki - co za pokrewieństwo dusz :)

 

Zimy w Rosji są mroźne. W klapeczkach nie wyjdziesz!
Dzieci dla zabawy łowią w przeręblach rybki. Nie, że z biedy, czy coś, bo przecież nie może być mowy o biedzie w kraju, gdzie każdego stać na futro z szynszyli, nawet dzieci :)

Zresztą zima Rosjanom nie straszna. Oni w ogóle nie marzną. Wręcz uwielbiają przesiadywać w swoich futrach w parkach i ... jeść lody.

 

Zima wszystkich hartuje i wzbudza ducha współzawodnictwa, a także przyczynia się do rozwoju sportów zimowych.

O zimnej wojnie nikt tu nie słyszał ...

 

Nie wszystkie budynki są tak reprezentacyjne jak Ermitaż, co nie zmienia faktu, że ludzie żyją w zgodzie i harmonii.

Mieszkamy w Rosjii - krainie wiecznej szczęśliwości :)



wtorek, 22 listopada 2011

Stanęliśmy na przejściu dla pieszych.
Obok nas stanęła ona. Nie znaliśmy się, ale spotkaliśmy się kiedyś i mój mąż zamienił z nią parę słów. Stąd wiedział, że jest Niemką.

Wywiązała się jakaś mini rozmówka, takie tam angielskie ę-ą (bo okazało się, że ona tu już parę ładnych lat mieszka - na tyle długo, żeby wraz z mężem Anglikiem wychować czwórkę rosłych dzieci). Czy do M&S będzie bliźej tędy czy tamtędy, czy długo już mieszkamy w tym miasteczku, ile mamy dzieci itp.

I oczywiście zahaczyło o pogodę - mus każdej konwersacji.

A faktem jest, że pogoda w południowo-wschodniej Anglii jest po prostu obłędna (tu powinnam odpukać w niemalowane, gdybym w to wierzyła :)). Na zimę się na razie nie zanosi.
Jest cieplutko i milutko, po deszczu ani śladu (nie wiem, skąd te mity, że w Londynie codziennie pada), wiaterek ani dmuchnie. Rano nawet szyby w samochodzie nie są oszronione - choć ogrzewanie przydaje się na chwilę cyknąć.
W ciągu dnia jednak bajka. Słoneczko przygrzewa wiosennie niemalże i tylko odcienie drzew mówią, że to jednak jesień.
No i nie pachnie wiosenną świeżością, ale palonymi liśćmi.
Pogoda jednak zwariowała, to fakt niezaprzeczalny.


To że rośliny jesienne wciąż jeszcze w pełnym rozkwicie mnie nie dziwi, ale dziś w Londynie przyłapałam na wariacji dzikie (nomen omen) róże, które rozpoczęły drugi okres wegetacyjny i radośnie sobie zakwitły.

Obok owoców na krzakach pąki co się zowie!

 

 

A i nasturcje w moim ogrodzie rzekomo powinny przestać kwitnąć we wrześniu :)

 

Ponownie zakwitły nawet moje ulubione niebieskokwietne (!) krzaki, te w prawym dolnym rogu.
Jak są całe obsypane kwieciem wyglądają naprawdę obłędnie.
W ogóle, można by rzec: Wszystko kwitnie wkoło.
(zdjęcia zrobione 22 listopada)

 



A więc wracając do pogody i jej anomalii (pamiętam, pamiętam w szkole językowej to był wdzięczny temat konwersacyjny: freak weather conditions i proszę, przydał się jak ulał :)) oraz do pani Niemki ...

Obieśmy doszły do konsensusu, że pogoda jest fantastyczna i jak na tę porę roku jest niesamowicie ciepło (Uwierzcie mi, zmarźluchowi co się zowie - szłam tylko w bawełnianym golfiku, lnianym żakieciku i pantofeleczkach. No i parę innych konwencjonalnych części garderoby, ale nic 'opatulającego' :)).
Ja się rozpływałam nad pięknem angielskiej pogody (niech ktoś złe słowo powie - będzie miał do czynienia ze mną!) i w ogóle nad moim umiłowaniem ciepła, nad tym, że przynajmniej do świąt będzie można pożyć, bo potem to pewnie trochę zmrozi, a już przewegetowanie lutowych i marcowych wiatrów będzie graniczyć z cudem, Wspomniałam, że za czym jak za czym, ale za polskimi zimami to ja nie tęsknię.

Na to pani Niemka (co podkreślam skrzętnie, bo będzie to dowodem w sprawie) chrząknęła niepewnie i spytała:

- To znaczy, że co? (What do you mean?)

- Ehkm ... (spojrzałam na nią równie niepewnie, bo wydawało mi się, że angielski konwersacyjny mam w małym palcu i rozmowy o pogodzie mi nie straszne, więc nie byłam pewna, czegóż to znowu pani nie zrozumiała)

- No bo nie wiem ... Wy tam śnieg macie?

(teraz pomyślałam, że jednak z moim angielskim jest coś mocno nie tak i przezornie dostałam nieoczekiwanego ataku kaszlu).

- No, eee, tego, śnieg? A pani jest Niemką, tak?

- Tak, z Bawarii, ale nie wiem, jaki wy tam klimat macie!

No bo klimat, droga pani, to się przecież zmienia wraz z granicami politycznymi.
A za żelazną kurtyną, to pewnie w ogóle jakaś pustynia Gobi była.
I to wszystko pewnie przez rosyjską propagandę.

I pomyśleć, że ja się swojego czasu oburzałam (w duchu :)) na Angielkę, gdy ta zapytała się mnie, czy w Polsce mamy lato (bo wiadomo - jak już gdzieś wspomniałam - logika jest bardzo prosta: Polacy to Poles, prawie tak jak North Pole czyli Biegun Północny, a tam - każdy głupi to wie - lata nie uświadczysz).
Ale  kobiecie z małego miasteczka gdzieś na oddzielonych od całego świata Wyspach Szczęśliwych, kobiecie zza Angielskiego Kanału, z kraju gdzie się na śniadanie nie jada się normalnej swojskiej kiełbachy, smalcu i ogórów kiszonych z pajdziochą chleba żytniego, a rozciapciane przypieczone pomidory, gąbkowy chlebek pokrojony w trójkąty, kaszankę, jajo sadzone, boczek, grzybki bez smaku, kiełbaski z dużą zawartością jabłek, sera i kolendry oraz fasolkę (i potem się dziwić, że angielski humor pierdzeniem stoi), kobiecie chodzącej zimą w japonkach i wyskakującej po dziecko do szkoły w płaszczyku narzuconym na piżamę - wolno.
Tak, jej wolno!

Ale sąsiadka zza miedzy?

Plama na całego, której ona zdaje się, nawet nie była świadoma.
I w tej nieświadomości, życząc jej miłej niedzieli, ją zostawiłam.

Jakie są granice ignorancji?
Da ktoś więcej?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire