mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży
wtorek, 12 czerwca 2012

Tallia Storm, małolata z Glasgow pojechała z rodzicami na wczasy na Hawaje.
Tam wypatrzyła w tłumie Davida Furnisha, partnera Sir Eltona Johna.
Wręczyła mu swoją płytę demo, myśląc sobie "Teraz albo nigdy!"
David przekazał płytę mężowi, mąż się zachwycił i już następnego dnia złapał za telefon by zaprosić Tallię na swój koncert.
Nie w roli widza, ale suporterki, rozpoczynającej jego czerwcowy koncert w Falkirk.
Sytuacja była tak surrealistyczna, że Tallia na chwilę zaniemówiła.
Szybko jednak otrząsnęła się z szoku i powiedziała niesakramentalne 'Tak!'

Koncert odbył się wczoraj.
15 000 fanów Sir Eltona mogło podziwiać rozliczne talenty trzynastolatki przed koncertem gwiazdy głównej.

Przeczytałam dziś tę wiadomość w porannym Metrze i pomyślałam sobie: "Skubana!"
Wiedziała dziewczyna jak rozegrać swoje karty.
Podziw jak malowany nie schodził mi z twarzy.

Jak zaczęłam wieczorem trochę szperać w internecie, to okazało się, że Metro - zgodnie z zasadą 'im bardziej sensacyjnie tym lepiej' - przekoloryzował owszystko tak, że aż strach, kreując sprawę na absolutny przypadek w stylu Kopciuszka.

Tallia Storm (naprawdę Natalya Storm Hartman), nie jest jednakże jakaś zwykłą małolatą, która ni z gruszki ni z pietruszki nagrała sobie demo, praktykując uprzednio przed lustrem w sypialni z marchewką w roli mikrofonu.

Ojcie Tallii prowadził studio nagraniowe, dziewczyna obracała się więc w środowisku od lat.
Chłonęła atmosferę, nagrywała, wrzucała swoje kawałki na Myspace, budowała swój wizerunek gromadząc sobie grono wiernych fanów.
Jednym słowem, korzystała z dobrodziejstw inwentarza.
Gdyby nie tatusiowa firma, nawet sam Elton John by nie pomógł.



Czy aby jednak na pewno?

Tallia, której śpiew ni ziębi mnie ni grzeje, dała mi jednak do myślenia.

Temat nie nowy, ale odpowiedzi wciąż brak: Co wpływa na nasze losy?

Czy to kombinacja sił wyższych, zbiegów okoliczności, szczęśliwych gwiazd, bycia w odpowiednim czasie w odpowienim miejscu (lub odwrotnie)?

Czy pewne wrodzone predyspozycje, geny, zdolności?

Jakiś wewnętrzny pęd i determinacja dana tylko nielicznym?

Bo ciężka praca na pewno.

Dlaczego niektórym wystarczy niewielka zachęta, a już są gotowi, by działać, a innym nie pomaga ciągłe powtarzanie, że są dobrzy, że na pewno im się uda, że muszą uwierzyć w siebie?

Dlaczego dla niektórych przeszłość, doświadczenia z dzieciństwa (dobre czy złe) staje się trampoliną do sukcesu, a za innymi ciągnie się jak kula u nogi?

I wreszcie - czy można zmienić wcześniej ukształtowany sposób postępowania?

Jakbym zapytała się was, który z powyższych 'składników' przydaje się najbardziej - pewnie odpowiedzielibyście chórem, że kombinacja wszystkich byłaby najbardziej pożądana.

Zapytam się więc przewrotnie: Co najbardziej utrudnia osiągnięcie sukcesu?
(Sukcesu na miarę naszych marzeń i potrzeb.)
Brak szczęścia? Brak naładowanych w dzieciństwie akumulatorów? Brak wrodzonych predyspozycji? Brak odwagi, by podjąć pewne decyzje? Brak pieniędzy i znajomości? Bagaż wyniesiony z domu?

Co nie pozwala nam dać 'naszego demo' jakiemuś Eltonowi Johnowi?

Ps. A propos Eltona Johna, to przypomniał mi się ciekawy wpis firmowany niejako tym samym nazwiskiem (a przynajmniej zdjęciem :)), który jest jak najbardziej w jednej linii z moimi wywodami, dlatego też polecam go Waszej uwadze: KLIK

sobota, 09 czerwca 2012

Wyznam wam tajemnicę.

Przez trzy lata kochałam się namiętnie, a potem nawet spotykałam przez ponad rok z bramkarzem (i żeby gramatycznie i faktograficznie wszystko się zgadzało wyjaśniam, iż kochałam się w, a spotykałam z :))
Takim prawdziwym, zawodowym (choć nie pierwszoligowym :)) bramkarzem.

Mało tego!
Mój mąż - wieki przed poznaniem mnie - był piłkarzem trzeciej ligi (podpowiada mi tu z drugiego końca sofy, że mogli wejść wyżej, ale wszystko się rozsypało o ustawki i kłótnie o pustaki dla menedżera :))

Byłego - z przyczyn oczywistych wyparłam ze świadomości, tym bardziej, że nie mógł się zdecydować czego w życiu chce. Raz twierdził, że chce mnie, a potem wycofywał się rakiem, czym mnie skutecznie wyleczył z nieszczęśliwiej miłości.
Bo romantyzm romantyzmem, ale ja konkrety lubię.

Współczesny pożegnał się z piłką na studiach i już nigdy później nie ciągnęło go do niej na tyle, by chociażby przekazać tę pasję naszym synom.

Doprawdy, zachodzę w głowę, jak to się stało, że ani jeden ani drugi nie zarazil mnie miłością do futbolu.
Ba! Ani jeden ani drugi nie zaciągnął mnie nawet na żaden mecz.

Z piłką nożną nie było mi po drodze nawet przez osiem lat szkoły mistrzostwa sportowego, może dlatego że trenowałam w klubie, który w piłkarskim rankingu stał dużo niżej niż Legia Warszawa :)

Szczerze powiedziawszy z ledwością w ogóle rozumiem co to jest karny.

A o sportowych poczynaniach byłych i obecnych przypomniałam sobie dziś z łezką w oku, oglądając mecz inauguracyjny Polska:Grecja.

I po tylu latach dziś nareszcie odkryłam, dlaczego nie jestem fanką futbolu.
Doznałam oświecenia!!!
Potrzeba mi było do tego emigracji i Euro rozgrywanego w Polsce.
I emocji dzisiejszego dnia.

Przyczyna jest bardzo prosta: TO NIE NA MOJE NERWY!!!

Przeczytałam sobie dziś relację Z Czuba, a potem, z parogodzinnym opóźnieniem, dzięki gościnności BBC iplayer, obejrzałam otwarcie Euro 2012.
Bardzo mi się podobało, mimo iż zdążyłam wcześnie przyuważyć komentarze o jakichś meduzach :)).

Podobało mi się pianino i Chopin, który - co z wielką mocą podkreślali angielscy redaktorzy - był Polakiem :))

A potem cały mecz, którego wyniki już i tak znałam.

Nieeee, to naprawdę nie na moje nerwy.

Próby usiedzenia w miejscu przez 45 minut w stresie, że zaraz się stanie coś tragicznego, to ja przeżywałam dawno temu, na lekcjach matematyki.
Teraz, po ponad dwudziestu latach, gdy mój system nerwowy jest już mocno nadwyrężony, nie jestem przekonana, czy powinnam dostarczać mu takich emocji.

Jest 3:04, a mi się wciąż nie chce spać. I to wcale nie z powodu zęba :)

A tak swoją drogą, to śmiesznie się ogląda relację z polskiego meczu, komentowaną przez angielskich dziennikarzy, którzy co prawda na początku z lekko wyczuwalnym politowaniem nazawali nas jedną z najsłabszych drużyn (współczując niejako presji spoczywającej na gospodarzach), to jednak za chwilę chwalili bardzo i stadion i atmosferę i entuzjazm polskich kibiców.

Nie omieszkali też poruszyć temat (potencjalnych) rasistowskich wybryków, ale ładnie go obeszli, zamiast drążyć.

A po meczu bardzo pozytywnie wypowiadali się na temat obu drużyn i nawet język się im nie plątał przy tych wszystkich Szczęsnych, Błaszczykowskich i Lewandowskich.
Tylko z /ń/ nie dali sobie rady i wyszedł im 'Tytonio'.

No właśnie, a skoro mowa o 'Tytonio', to ...  ma facet nerwy.
Ja o mało co nie zeszłam na zawał.

Nie wiem, czy zniosę jeszcze jakiś kolejny mecz.
Nie wiem, czy pójdę do pubu oglądać dalsze rozgrywki.
Mam dzieci. Muszę jeszcze trochę pożyć.

Ale  ...

Dobrze jest!

Myślę, że Polska - jako gospodarz - stanęła na wysokości zdania :)
Już pal licho wszystkie spory i dywagacje.
Pal licho wyliczenia strat i zysków.
Na to pewnie przyjdzie pora.

Teraz jednak trzymam kciuki jeszcze mocniej!
Za polską drużynę i za promocję Polski!

piątek, 08 czerwca 2012

Nie chodzę do angielskich dentystów.
Leczę się od zawsze u mojej pani Małgosi w Polsce, która owszem, drenuje mój portfel bez skrupułów, ale i tak wynosi to taniej niż leczenie na Wyspach.

U dentysty byłam tu pięć razy w życiu, z czego trzy to było rejestrowanie się w nowej przychodni.
Czwarty raz udałam się z niemiłosiernym bólem zęba. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Okazało się, że to ...

Czytaj dalej ...

wtorek, 05 czerwca 2012

W moim życiu pragnienie patosu często miesza się z nijakością.

Czasami mam potrzebę zrobić coś na wielką skalę.
Potrafię wtedy zmobilizować wszystkie swoje siły, uruchomić proces twórczy, wyjść poza swoją comfort zone (obszar, w którym czuję się pewnie i bezpiecznie), pracować po nocach, głównie po to, by poczuć, że uczestniczę w czymś fajnym.
W czymś, co będzie miało wpływ na przyszłość nie tylko moją, ale też większej grupy ludzi.

Po angielsku to się ładnie nazywa 'being a historymaker' :-D

I kilka razy miałam takie zrywy. Na skalę lokalną, a nie światową, rzecz jasna :))

Równie często (jeśli nie częściej) dopada mnie jednak poczucie, że jestem...

 

Czytaj dalej ...

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Przeczytana ostatnio historia o Babci Kubusia nie nastroiła mnie optymistycznie.
Bezinteresowna ludzka zazdrość niezmiennie mnie zdumiewa.        
Wkładanie wysiłku w to by 'sąsiadowi zdechła krowa', zamiast w ciężką pracę by sobie sprawić taką samą nie mieści mi się w głowie, ale jak widać poczucie 'krzywdy i dziejowej niesprawiedliwości' nie daje niektórym spać po nocach.

Ręce mi opadły i parę innych rzeczy też, ale ... przy okazji przypomniałam sobie, jak swojego czasu zszokowało mnie angielskie 'donosicielstwo'.

Jako dziecko późnego komunizmu nie poznałam całej gamy 'atrakcji' reżimu totalitarnego, nie doświadczyłam na własnej skórze ucisku innego niż sporadyczny brak Teleranka czy notoryczny brak papieru toaletowego (bananów mi nie brakowało, bo i tak nie wiedziałam co tracę :)), nie zdążyłam płynąć pod prąd w żadnym ruchu oporu, a w związku z tym nie dałam nikomu okazji, by na mnie donosić.

Donos kojarzył mi się zawsze z czymś obrzydliwym do tego stopnia, że do dziś mam opory ze zgłaszaniem do odpowiednich władz nawet rzeczy ewidentnie nagannych. 

Angielskie społeczeństwo, które nie ma traumy związanej z fałszywymi zeznaniami korzysta ze swoich demokratycznych obowiązków* bez takich oporów.

Opieka socjalna, policja, urzędy skarbowe, władze lokalne są regularnie informowane o łamaniu prawa, co generalnie wychodzi społeczeństwu na dobre, gdyż 'kablowanie' odbywa się najczęściej w słusznej sprawie.

Bycie 'podkablowanym' nie jest jednak miłe, szczególnie gdy złamało się prawo zupełnie nieświadomie i bez niecnych intencji.

Mówię to w oparciu o własne doświadczenie ...

A było tak:

Czytaj dalej ...

 

wtorek, 29 maja 2012

Normalnie biję się w piersi, że cokolwiek złego powiedziałam na Koko Sroko .

Panie z zespołu Jarzębiny przepraszam publicznie i gotowam błagać o reprezentowanie nas w świecie.

Czyba jednak rychło w czas...

Obraz Polski przaśno-buraczanej się jednak raczej nie przyjmie w Europie.

Przegra zdecydowanie z Polską ... antysemicką, ksenofobiczną, agresywną.

To jest dopiero piękny sterotyp!

No właśnie ... czy aby na pewno stereotyp?
Czy to nie jest przykra prawda o naszym narodzie?
Owszem, statystycznie przejaskrawiona, bo odsetek tych chodzących na mecze i wypisujących te bzdety, których pewnie sami do końca nie rozumieją, jest relatywnie niewielki.
Ale jednak bolesna prawda?

Z otwartości na ludzi innych kultur, ras i przekonań to my jednak nie słyniemy.

A z czego słyniemy i długo jeszcze słynąć będziemy?

Z zaściankowości i ksenofobii.

Burzę rozpętał reportaż Chrisa Rogera, dziennikarza Panoramy, który nakręcił dokument pt: "Stadiony Nienawiści" (Stadiums of Hate), który wczoraj nadała brytyjska telewizja BBC One.

Czytaj dalej ...

 

 

piątek, 25 maja 2012

Pani Christie Carr ze stanu Oklahoma cierpiała na depresję.

Ukojenie znalazła w zaadoptowaniu dziecka.
Dziecko było po ciężkim wypadku. Nie mogło samodzielnie stać, ani chodzić. Powoli jednak uczyło się przemieszczać i przy asyście zaczęło małymi podskokami posuwać się do przodu.

Pani Christie opiekowała się nieszczęśnikiem, opatrywała rany, masowała złamaną w wypadku szyję, ubierała, przewijała, przytulała, pieściła.
Nie zniechęcały jej rozległe uszkodzenia mózgu. Skupiała się na nawiązywaniu emocjonalnej więzi do tego stopnia, że zapragnęła zaadoptować Irwina.

Tak też się stało.

Irwin nie odstępował przybranej mamusi na krok. Miał całą kolekcję ubranek skrojonych na wymiar, uwielbiał jeździć w foteliku samochodowym, i powoli wygrzebywał się ze stresu pourazowego.

Pani Carr też wyglądała kwitnąco.

Pewnego dnia jej świat legł w gruzach.

Dowiedziała się bowiem, że ...

Czytaj dalej ...

 

wtorek, 22 maja 2012

Dzień Dobry Wieczór Państwu.

Niniejszym pragnę nadmienić, że poniższy wpis nie jest obiecanym poprzednio wyjaśnieniem teorii korka od szampana.
Będzie to klasyczne wyżycie się werbalne mające na celu ulanie żółci, która się nazbierała po wrąbek; w myśl teorii (seksistowskiej być może i stereotypowej, ale g* mnie to dziś obchodzi), że kobiecie do szczęścia wystarczy porządne wygadanie się.
Po angielsku to się bardzo wdzięcznie nazywa 'offloading' czyli rozładowywanie (swoje etymologiczne korzenie czerpiące z rozpakowywania cholernie ciężkiego ładunku).

Ale od początku.

 

Czytaj dalej ...

sobota, 19 maja 2012

Patrick Lichfield, dandys i arystokrata musi być znany osobom interesującym się fotografią.

Określany jako jeden z najbardziej inspirujących fotografów XX w. miał potężny wpływ na kreowanie wizerunku niesamowicie szybko zmieniającego się społeczeństwa, a także na estetykę lat 60-tych i 70-tych.

Pracował dla amerykańskiego Vouge'a, magazynu Life i był pionierem fotografii cyfrowej.

Zwany był człowiekiem 'jednego strzału' ...

 

Czytaj dalej ...

niedziela, 13 maja 2012

Nie płakałam po Zakopowerze, że tak strawestuję sławne już powiedzenie :)

Nie płakałam, bo miałam w odwodzie coś na pocieszenie.
Owo pocieszenie było zaplanowane dłuuugo, dłuuuugo, przed moimi nieszczęsnymi awariami technicznymi, ale akurat się ładnie wpasowało.

Otóż wybrałam ci ja się w czwartek do sławnego teatru The Globe.
Właściwie, to możnaby przyjąć wersję, że wybrałam się  tam z czystego snobizmu, gdyż jako żywo, pan Szekspir nie jest na liście moich teatralnych priorytetów*.

 

Czytaj dalej ...

wtorek, 08 maja 2012

Zakop power, czyli:

  • zakop gdzieś głęboko resztkę mocy, która ci jeszcze została; przyda się na czarną godzinę,
  • w sensie: kopnij moc; no jakąś moc, może piekielną, może kosmiczną - tę która mąci w twoim życiu,
  • za kop - power, czyli dasz się kopnąć, to będzie ci dane trochę pałeru; coś za coś,
  • zakop -> power, czyli kopanie (np. leżącego) da ci moc

No nie wiem ...

Inne interpretacje nie przychodzą mi do głowy.

Ale osochodzi?

Bredzę dziś trochę, z żalu raczej niż z nadmiaru procentów, bo ...

 

Miało być po prostu Zakopower :(

Tak dobrze żarło i zdechło.

No dobrze, od początku: Zakopower przyjeżdża do Londynu.
Zakopower jak Zakopower. Jeden Beboso nie czyni wiosny.
Nie jestem wielką fanką, choć niektóre kawałki lubię.
Płyt nie posiadam, po rękach się nie tnę, autografów ani zdjęcia z Sebą nie potrzebuję.

Że Bułecka to ciacho? No ciacho!
Tak samo jak młody Cugowski .
Ale jam stateczna mężatka :)

 

zdjęcie stąd 

Czytaj dalej ...

sobota, 05 maja 2012

Blogosfera rządzi się swoimi prawami.
Jednym z nich jest: Kto pierwszy, ten lepszy :)

Jak jakiś news poruszy brać wirtualną do głębi, jak paluszki zamierżą, to nie ma bata!

Wpis za wpisem, tytuł za tytułem, zdjęcie za zdjęciem, link za linkiem 'publikują się' opinie, komentarze, analizy, oburzenia, kpiny, obrony czy podsumowania.

Ten ujmuje to tak, tamten inaczej.
Ta po linii naszych przekonań (i już nam się ciepło robi na duszy, już się podbudowujemy, że nie jesteśmy odosobnieni w naszych sądach).
Inna rozczarowuje poglądami (rwąc w strzępy ulotną nić międzyblogowej przyjaźni :))

Ważne jest jednak, by w Zaklętym Kręgu Wspólnie Się Czytających udało się być tym pierwszym, który potraktuje temat stukaniem w klawiaturę.

Dlaczego?

Bo następnym pozostaje już tylko ...

Czytaj dalej ...

 

czwartek, 03 maja 2012

Wciągnęli ją za sznurek przewiązany wokół szyi i pchnęli z impetem na ławkę.

Nadszedł czas karmienia.

24-letnia Jacqueline Traide wyglądała na mocno przerażoną.
Musiano ją przytrzymywać, a usta na siłę rozwarto metalowymi hakami, połączonymi gumą ściskającą jej głowę.

Mężczyzna w białym kitlu ciągnął ją za kucyk tak długo, aż posłusznie wygięła głowę do tyłu.
Mdła papka, wpychana do przełyku łyżką wywoływała w Jacqueline odruch wymiotny. Dziewczyna ksztusiła się i próbowała wyrwać.

Czytaj dalej ...

piątek, 27 kwietnia 2012

W sobotę, po porządnym wyspaniu się we własnym łóżku, po zawaleniu całego salonu górą prania (z błogą satysfakcją, że już nikt nie każe mi go składać na komendę), po zjedzeniu śniadania 'na sobie', siedząc wygodnie na mojej sofce (odświętność odświętnością, ale wszystko ma swoje granice ;)), po poustawianiu kwiatków i innych elementów wystroju na pozycje wyjściowe* udałam się do Nails Parlour w celu doprowadzenia do stanu używalności rąk mych biednych, steranych, zapuszczonych ciągłym sprzątaniem i gotowaniem.

Nie liczyłam na ciszę i spokój, jako że lecące tam na okrągło mózgotrzepiące rytmy w wykonaniu gwiazdeczek hip-hopu i street-dance'u nie działają wyciszająco.
Choć oczywiście yo man, szacun, ziomale!
Ani ja tak jestem w stanie tak szybko nawijać, ani tym bardziej tak się wyginać.

Mimo stylistyki obcej dla mojego ucha, nowoczesna "poezja" śpiewana wykrzyczana wyklepana zrytmizowana z lekką linią melodyczną (uff!) w stylu wassup man? you walkin, I not need no takin, you man fuck no nothin, I ain't get you somethin, yo! po krótkim okresie adaptacyjnym zaczyna swoją monotonią działać na mnie jak mantra na Krisznowców. Mózg mi się zawiesza i mogę się na chwilę wyłączyć (Kto to widział, żeby tak ciągle myśleć i myśleć?! :))

Tej soboty jednak było jakoś gwarniej. Okazało się, że akurat odbywały się wyścigi konne.
Jedna z ulubionych rozrywek Anglików, z Jej Królewską Mością na czele.

Po krótkim okresie oczekiwania na swoją kolejkę zostałam zawezwana przez panią manicurzystkę do stolika. Pani była tu nowa, jej twarz wydała mi się jednak znajoma.

"Ja cię znam!!!" - wydarla się entuzjastycznie na mój widok.

Musi też rozpoznała moją facjatę.
Po szybko przeprowadzonym śledztwie okazało się, że zaczęła tu pracować od niedawna. Wcześniej pracowała w American Nails.
Ja też tam wcześniej chadzałam, ale miałam już serdecznie dosyć takiej jednej Pani Paznokciowej, na którą dziwnym zbiegiem okoliczności ciagle trafiałam.
Zgadnijcie której ;)

Pani była miła i dokładna (choć jej rozumienie zwrotu 'krótkie, zaokraglone paznokcie" było zdecydowanie inne od mojego). Zalazła mi jednak za skórę notorycznym przeprowadzaniem wywiadów z moją skromną osobą.

A ja zdecydowanie nie przepadam za oznajmianiem całemu światu (no dobra, paru babkom na sąskiednich krzesłach) ile mam dzieci i w jakich szkołach, gdzie mieszkam, na czym polega moja praca i jak zamierzam spędzić weekend.

Moja asertywność nie osiągnęła (jeszcze?) poziomu pozwalającego mi spławiać intruzów werbalnych w sposób kategoryczny i zniechecajacy do dalszego wysiłku.
Kłamanie też idzie mi kiepsko.
Rośnie mi nos ;)
I pocą się ręce, co w momencie powierzenia ich manicurzystce - sami rozumiecie - gubi mnie.

Na ratowanie się ucieczką było już jednak za późno. Piłowanie i przepytywanie rozpoczęły się symultanicznie, zanim jeszcze zdążyłam porządnie usiąść.

Oprócz bariery emocjonalnej przeszkodą w przymusowej konwersacji była maseczka na twarzy 'Pani Redaktor'. Chroniąc przed wdychaniem pyłu skutecznie tłumiła też głos nie dającej się zbić z tropu interlokutorki.
Musiałam więc (zamiast się wyłączyć) włożyć dodatkowy wysiłek w zrozumienie ciężkiego mandaryńskiego akcentu.

Do zaburzeń akustycznych dołączyły także dochodzace z plazmy okrzyki dżokejów, piski podekscytowanych panienek, które zdążyły wcześniej obstawić parę koni przed oraz międzypracownicze dialogi w języku chińskim.

Zamiast więc się relaksować musiałam nadstawiać uszu i myśleć nad wymijającymi odpowiedziami. W pewnym momencie, adekwatnie do sytuacji, padło pytanie czy obstawiam na wyścigach, na które zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że zbyt cieżko pracuję, bym chciała finansować cudze wygrane.

Pani aż zamarła z wrażenia.
A z nią cały Nails Parlour.
Poczułam na sobie zgorszone spojrzenia, a cisza jaka nagle zapadła była bardziej wymowna niż w scence z Mojego Wielkiego Greckiego Wesela:

Pani jednak zamiast ratować sytuację niczym ciotka Voula, brnęła dalej.
"To losów na loterię też nie kupujesz?!" - w jej głosie mino nutki podziwu dominowało jednak najprawdziwsze zgorszenie.

Na pewno byłabym dalej przeptywana w sprawie moich poglądów hazardowych, ale akurat rozgrywała się końcowa gonitwa, więc wszyscy wstrzymali oddechy.

Ja zaś patrzyłam się na to widowisko z przerażeniem w oczach (uświadomiwszy sobie, że chyba pierwszy raz życiu - poza kilkoma przypadkowymi migawkami - oglądałam wycigi konne).

Upokorzone, poganiane palcatami, przerażone krzykami zwierzęta pędziły na oślep w zdziczałym galopie. Dżokeje podskakiwali, masochistycznie obijając swe 'klejnoty rodowe' o siodła i żądni zwycięstwa pienili się nie mniej niż konie, którch dosiedli.

Nagle, przy pokonywaniu jednej z ostatnich przeszkód dwa konie zahaczyły o barierę i upadając złamały sobie nogi.
Musiały zostać uśpione na miejscu.
Uczucia widzów były również usypiane przez prowadzącego imprezę i zapewniającego wszystkich, że konie zostały uśpione w sposób humanitarny i że było to jedyne z możliwych rozwiązań.

Zresztą cały wyścig był dramatyczny. Z czterdziestu jeźdźców do mety dojechało tylko piętnastu.

A następnego dnia w każdej możliwej gazecie były wywiady z właścicielem konia, panem Peterem Nelsonem, który płakał dziennikarzom w rękaw, że piękny koń, że wychowywany od źrebaka, że taka strata, że już nigdy więcej nie będzie wystawiał żadnych koni na wyścigach.

I tylko szkoda, że dopiero śmierć According to Pete (czyli dosłownie tłumacząc 'Według Piotrka', bo takie nietypowe imię nosił koń) pupilka wypieszczonego i kochanego jak przyjaciela uświadomiła mu, że nic sportowego w tym widowisku nie ma.

Nie raz już pisałam, że dla mnie zwierzęta mogą istnieć tylko na szklanym ekranie i w albumach. Nie jestem aktywistką na rzecz lepszego traktowania zwierząt (bo ogólnie nie jestem aktywistką).

Ale szlag mnie trafia na takie marnotrawienie życia.
Na bezmyślność.
Na tanie uciechy tłuszczy, składającej ofiarę na ołtarzu Bogini Rozrywki.
I na głupią, chorą, przerażającą dominację człowieka nad wszystkim, co się rusza lub nie, w celu zaspokojenia - przecież nie zwierzęcych - instynktów.

I mogę przymknąć oko (albo wyłączyć telewizor :)) jak sami się naparzają po pyskach.

Ale w przypadku zwierząt, które nie mają wyboru, które na własną zgubę są nauczone posłuszeństwa (choć co ciekawe, drugi uśpiony koń, Synchronised, podobno wcale nie chciał startować i dżokejowi długo zajęło dosiadanie i okiełznanie go przed gonitwą) to nic innego jako okrutny spektakl pod szczytną nazwą 'sport'. Lub jakiś inny cyrk.

Splątane końskie ciała, przeraźliwe rżenie obolałych i zszokowanych zwierząt i ogólny zamęt ostudziły nieco 'sportowe' (lub raczej hazardowe) emocje piszczących panienek. Wszyscy na raz zaczęli paplać, że o matko jaka szkoooooda. No bożesztymój popatrzcie jak strasznie przykro.

Nagle zadzwonił telefon.

Pani Manicurzystka przerwała pracę nad krzywiznami moich paznokci i zaczęła się wsłuchiwać w gadający jej do ucha głos. Z każdą chwilą gęba jej się co raz bardziej rozjaśniała w promiennym uśmiechu.

"Oh, my God! Oh, my days!" - zaryczała mi do ucha, po odłożeniu na bok słuchawki. "Moje dzieci wygrały na wyścigach! Wygraaaaaaaały!"
Oczy jej się zaszkliły, a duma o mały włos nie rozerwała jej matczynej piersi.

"A wiesz co jest najśmieszniejsze? Źe one nie mają pojęcia na czym to polega. Po prostu wybrały karteczki z odpowiednimi kolorami!

Tak, to było doprawdy najśmieszniejsze.
Lub jak ktoś woli, najbardziej groteskowe ...

 

_____________________________________________________________

*rzecz miała miejsce tuż po wizycie teściowej; z jakichś powodów nie miałam nastroju dokończyć tego wpisu wtedy :)

środa, 25 kwietnia 2012

Tak jak obiecałam wklejam zdjęcie - alfabet wojenny.

Moją uwagę przyciągnęła najpierw swastyka, a później feeria barw. Swastyka mnie tak bardzo nie dziwi, bo w dzielnicach hinduskich ...

 

Czytaj dalej ...



wtorek, 24 kwietnia 2012

2300 metrów (z ciężkim plecakiem o torebką z czego połowa drogi pod górę, z dwójką dzieci drepczących świńskim truchtem za mną) w 23 minuty! Z przerwą na buziaki i pożegnania.

To mój nowy rekord.

Dlaczego ja ...

Czytaj dalej ...

 

niedziela, 22 kwietnia 2012

Na wstępie chciałabym po raz kolejny podkreślić, że żywię wielki szacunek dla pasjonatów, lubię blogi tematyczne, czytam ich sporo i nawet sama takiego prowadzę (ale się kryję z tym namiętnie; TU już tłumaczyłam, dlaczego :))

Blogi kulinarne zaskakują mnie w szczególności.
Kreatywnością ich autorów, ale też ekspansywnością i 'gęstością' występowania w blogosferze.

Niektóre są naprawdę przecudnej urody; inspirujące i smakowite.

Jako Wielodzietna Matka Pracująca rzadko jednak mam czas na wcielenie w życie wysublimowanych przepisów, choć na pewno nie miałabym dylematu ...

Czytaj dalej ...

 

 słu.
Śmiało!
Sprawdzałam. Domena makecookingharder nie została jeszcze zarejestrowana :)

sobota, 21 kwietnia 2012

"Koniec świata i okolic!" - to było jedno z ulubionych powiedzonek pani Eli, sekretarki z mojego liceum.
Kto by przypuszczał, że jakaś pani Ela zapisze się w mojej świadomości na tyle lat.
I to tylko dzięki jednemu powiedzonku.

W czasie przerwy świątecznej odwiedziła mnie koleżanka z pracy. Już samo to było ewenementem, bo tu się ludzie nie odwiedzają po domach. Na dodatek koleżanka po obchodzie domu (sama chciała - kolejny ewenement; Anglicy wchodzą tylko do salonu, ewentualnie kuchni, świętość sypialni omijając szerokim łukiem) powiedziała, że jest w szoku, jaką ja jestem niesamowicie uporządkowaną osobą.

U-PO-RZĄD-KO-WA-NA !!!

Ja???!!!

Matko! Nikt mi w życiu takiego komplementu nie walnął. Nawet jak był tylko kurtuazyjny.
Można o mnie wszystko powiedzieć, ale że jestem uporządkowana, to raczej na pewno nie.
Normalnie koniec świata i okolic!

Końcem świata jest także to, że Anthony, która gotuje takie pyszności, że nawet osobę tak mało skłonną do kuchennych rewolucji jak ja, skusiła do ugotowania paru potraw z jej bloga, poprosiła mnie o podanie przepisu :)

Nie byłabym jednak sobą, gdy bym nie zrobiła tego trochę przekornie i nie przysłużyła się takim samym dyletantom jak ja.
Z góry zatem przepraszam - będzie to wersja dla idiotów :)
Mistrzowie pieczenia proszeni są o przymrużenie oka.

***

Przepis wyłudziłam od cioci, której mazurki były sławne w całej naszej rodzinie.
Nie miałam zamiaru wykorzystywać go od razu. Byłam młodą studentką i myślałam, że może kiedyś, w odległej przyszłości będę piekła ciasta w ramach podtrzymywania ogniska domowego.
Nie było wtedy jeszcze internetu, blogów kulinarnych ani takiego wysypu prasy kolorowej.
Ciocia zapisała mi go na jakimś karteluszku, a ja nie zweryfikowałam, że paru ważnych szczegółów brakuje.
Trochę szkoda, bo może cały proces pieczenia byłby mniej spontaniczny :)

A zatem ...

Przepis na hiper kaloryczny mazurek cytrynowy wg cioci J.

Skadniki:

1 kg mąki

2 kostki margaryny (tak wiem, wiem; dla mnie też to brzmiało NIEPRAWDOPODOBNIE, ale po prześledzeniu parunastu innych przepisów na mazurki stwierdziłam, że jednak proporcje mogą się zgadzać - nie jest to potrawa dietetyczna, ale nie trzeba od razu całego jeść :))

Czytaj dalej ...

 

czwartek, 19 kwietnia 2012

Boli mnie łapa.
Prawa.
Przygrzmociłam nią dziś z całej siły parę razy.
O plastikową obudowę na drzwiach samochodu.

Skrzyni biegów szukałam w desperacji.

By na jedynkę wrzucić, bo mi samochód gasł pod górę.

A tu jakiś idiota skrzynię zamontował po lewej.

No jak można zmieniać biegi lewą ręką? Powiedzcie mi, proszę, JAK???

***

Mój mąż powiedział że ...

Czytaj dalej ...

wtorek, 10 kwietnia 2012

 

Moje wyobrażenia na temat świętowania po angielsku są uformowane na podstawie obserwacji własnych, dialogów zasłyszanych i paru artykułów z prasy mało ambitnej.

To, co napiszę, nie będzie zatem ani prawdą objawioną, ani dogłębną analizą antropologiczną.

Będą to - co podkreślam, uprzedzając ewentualne ataki i oskarżenia (które mnie jeszcze od czasu pisania tego bloga nie spotkały, ale kto wie, kto wie ... :)) - moje WRAŻENIA.

A wrażenie mam takie, że ...

 

 

 

Czytaj dalej ...

wtorek, 03 kwietnia 2012

"Emocje są dobrym sługą, ale złym panem"

Staram się, by to motto mi przyświecało.

Naprawdę bardzo, bardzo się staram.

Bardzo mocno się staram nie być panem z dowcipu, który chciał pożyczyć piłę od sąsiada, ale zaraz po wyjściu z domu ogarnęły go wątpliwości co do tego, czy aby sąsiad zechce. Wdrapując się po kolejnych piętrach tak się nakręcił i negatywnie nastawił, że gdy Bogu ducha winny sąsiad otworzył drzwi dzwoniącemu, usłyszał zamiast pytania 'Drogi sąsiedzie, czy może ma pan piłę, którą mógłbym na chwilę pożyczyć?' wiąchę: "Wiem, że jesteś dupkiem. Wsadź sobie gdzieś tę swoją zakichaną piłę, samolubie!"

W teorii jestem świetna.
Wiem, jak wiele zależy ode mnie, od mojego nastawienia, od mojego myślenia.

Przeczytałam uważnie wszystkie wasze komentarze i biorę sobie solennie do serca wszystkie rady.

Nie powiem, 'mamusia' się również bardzo stara i nie dość, że jak na razie nie było żadej awantury, to jeszcze spędziliśmy weekend całkiem miło, podróżując po okolicznych wioskach, popijając kawkę i wygrzewając się na słoneczku.

Myślę, że (zgodnie z tym, co oczekiwałam) bardzo ważną rolę odgrywa w tym wszystkim teściu, który pełni rolę bufora, tudzież wpływa na żonę łagodząco niczym tonik ogórkowy na wysuszoną skórę. Do czynników stresogennych i awanturogennych nie dołącza bowiem tęsknota za mężem czy poczucie wyizolowania, jest kogo wziąć pod ramię i pomaszerować w siną dal dla ostudzenia skołatanych nerwów, jest komu jeść tłusty żurek i jeszcze tłustszy boczek z zachwytem w oczach i śmiać się z powtarzanych po raz pierdyliardowy dowcipów w stylu 'my już stare dziadki, nic na 'P' robić nie możem. Z tych rzeczy na 'P' to już nam tylko PIERDZENIE zostało' (no ha, ha, ha, no szczyt wysublimowania, buhahaha, można paść ze śmiechu).

Będę grzeczną dziewczynką. Nie będę nagadywać na teściową.

Napiszę tylko parę słów o sobie. O swoich marzeniach :)

Marzę, by nie rozpoczynać dnia od pytania: 'To co dzisiaj gotujemy na obiad?'

Marzę, by ustawione przeze mnie rzeczy pozostawały na wybranych przeze mnie pozycjach.

Marzę, by posiedzieć sobie chwilę w ciszy, nie słuchając opowieści o życiu trudnym i żmudnym. Opowieści, które znam już na pamięć, w najdrobniejszych szczegółach.

Marzę, by nikt nie przeprowadzał notorycznej analizy porównawczej na temat sposobu wychowywania moich dzieci.

Marzę, by nie słuchać o ilości odmówionych różańców czy godzinek,  o sumach dawanych na mszę za naszą rodzinę (dziękuję bardzo, Pan Bóg by sobie dał radę z wylaniem na nas swojego błogosławieństwa i bez tych pieniędzy) tudzież o grzechach i grzeszkach lokalnego proboszcza.

Marzę, by mi ktoś ciągle nie latał po domu ze szczotą, narzekając później, że go boli krzyż.
Nie sądzę, że muzea czy szpitale są nalepszym miejscem zamieszkania.

Marzę o tym, by mój mąż nie wychodził do pracy o 6 rano i wracał o 9:30 (wieczorem, wieczorem!) Ok. wiem, że są święta, wiem, że trzeba pilnie skończyć rozpoczęte projekty by mieć później dodatkowe 3 dni wolnego, ale do jasnej cholery, jak też potrzebuję bufora - a nie jak zwykle wszystko na mojej głowie!!!
I uszach.

Marzę o ciszy, o świętym spokoju, o całym dniu bez konieczności otwierania gęby do kogokolwiek, o napisaniu na blogu o czymś bardziej zgodnym z linią programową :)
Póki co, chwilowo opuściła mnie wena ...

Tak sobie marzę we wtorek z rana, przechodząc chyba lekkie przesilenie półmetkowe.

***

A w niedzielę przechodziłam przez ryneczek w jednym z miasteczek i uchwyciłam taką oto scenkę:

Nie wiem dlaczego, przyszło mi do głowy kolejne życiowe motto, że najważniejsze, by sobie nie dać nasrać na głowę.
Przysięgam, nie miałam nikogo konkretnego na myśli :-P
Przecież jestem grzeczną dziewczynką, c'nie?

piątek, 30 marca 2012

Kiedy Gang Synowych wykluwał się wspólnymi siłami paru blogerek, moją pierwszą myślą było: Zapisuję się! 
Myślę, że dziewczyny by mnie przyjęły :)

Ociągałam się jednak.
Nie umiem pracować w zespole (choć oczywiście w każdym CV kłamię bezczelnie, że "I value teamwork and always work effectively with a group of people to contribute to overal success of the team :)).

Później miałam zakusy na startowanie w konkursie, ale po pierwsze przegapiłam deadline, po drugie ... ogarnęły mnie wątpliwości, czy mam kwalifikacje na rasową gangsterkę.
Bo przecież sam fakt bycia synową nie predestynuje :)
Choć napięte i traumatyczne kontakty z teściową już chyba tak.

Stwierdziłam jednak, że oficjalne wstąpienie w szeregi Gangsterek może okazać się dla mnie zgubne.
Czułabym się zobligowana, żeby tę moją nieszczęsną teściową obsmarowywać, przez co bym się jeszcze bardziej nakręcała.

A tego chciałam uniknąć, nakręcona już bowiem jestem wystarczająco i wszyscy wokół muszą mi powtarzać (przynajmniej raz do roku, gdy odbywa się oficjalna wizyta), że na teściowej świat się nie kończy.

Ograniczyłam się zatem do czytania i komentowania :)
Z listy ulubionych usunęłam jednak po tygodniu, bo ... dziewczyny były zbyt płodne i przez to przegapiałam inne wpisy wyświetlające mi się w bocznej szpalcie.

Problematyka jednak jest mi bliska.
W chwili obecnej nawet przerażająco bliska.
Na wyciągnięcie ręki, by tak rzec :)

Ale zacznijmy od początku (coś czuję, że może mi znów wyjść tryptyk :))

Początek nie wróżył nic złego.
Nie wróżył, albowiem teściowa, z racji mieszkania 300 km od Warszawy w ogóle nie pojawiała się na horyzoncie.

Historia mojej miłości, najpierw ospała, później mknąca z prędkością światła (oświadczyny na pierwszej randce, po 7 latach mocno zdystansowanej i powierzchownej znajmości, uwieńczone ślubem po 9 miesiącach) jest o tyle istotna, że teściową przed ślubem widziałam dwa razy.
"Widzenia" czyli  parnunastogodzinne wizyty, z czego mniej więcej połowa to był nocleg :)) miały na celu:

1. prezentację tej, co zatrzymała drogiego syna w stolicy, zamknąwszy mu drogę do cichego i spokojnego życia w rodzinnej wsi,

2. prezentację rodziców tejże i omówienie szczegółów ślubu (dużo tego nie było, bo ślub organizowaliśmy sobie sami :))

Nie trzeba zbytnio główkować, by wiedzieć, że było to zdecydowanie niewystarczające, by zbudować jakąkolwiek relację między mną a 'mamusią'.

Owszem zdarzyło mi się parę razy spotkać osoby, z którymi 'zaiskrzyło' tak, że już po 20 minutach rozmowy miałam wrażenie, że znamy się od wieków, ale większość przyjaźni wzięła się jednak ze wspólnych 'kradzieży koni'.

Moje idealistyczne postrzeganie świata tudzież stan permanentej intoksykacji zwany zakochaniem, nastrajały mnie bardzo optymistycznie.
"Te wszystkie dowcipy o teściowych - to gruba przesada! Jeśli się tylko chce, to można mieć normalne relacje." - myślałam.

A ja chciałam. Podjęłam mocne postanowienie pokochać serdecznie mamusię TAKIEGO FACETA.
Ona też najwyraźniej chciała. Po ślubie oznajmiła m bowiemi: Ty już jesteś nasza!

To czułe przyjęcie mnie na łono rodziny odczytałam jako wyraz akceptacji.
Byłam jednak w duuużym błędzie.

"Nasza" oznaczało bowiem, że teraz już można jej zwrócić uwagę, że się ubiera nie tak jak na wiejskie oczekiwania przystało ("Czarna koszulka, jak na pogrzeb, kto to widział, by tak w biały dzień paradować!").
Że można jej wydawać polecenia ("Weź no dziecko złóż to pranie, bo już godzinę temu wyschło").

Można komentować i podważać każdą podjętą przez nią decyzję, wejść o 6 rano do pokoju w którym 'nasza' śpi i zamaszyście odsłonić okno, bo kwiatki muszą mieć światło, krytykować sposób wychowywania dzieci, wybór miejsca pracy, styl urządzania domu.

Przy "naszej" można przeparadować w samej bieliźnie i puścić bąka bez krępacji.

"Nasza" oznaczało swojskość, spoufalenie, brak dystansu i klepanie jęzorem, co ślina na język przyniesie.

Od razu spieszę z wyjaśnieniem pewnej kwestii.
Jestem z miasta, to widać.
Ja jestem z miasta, to słychać.
Jestem z miasta, to widać, słychać i czuć.
I jeszcze raz ...

Jestem miastowa na wskroś i nic na to nie poradzę. Nawet się wstydzić tego nie będę. Na dodatek jeszcze Warszawianka :)
Paniusia co się zowie.

Co nie znaczy, że nie lubię ludzi ze wsi.
Znam bardzo dużo ludzi ze wsi (chociażby z rodziny mojego męża), wśród których się super spędza czas. Na luzie, bez zbędnego owijania w bawełnę, pogodnie, bezproblemowo.
Prostych, ale nie prostackich.

Moja rodzina też pochodzi ze wsi i choć z pradziadkowego gospodarstwa nic już nie zostało, choć Zalesie niedługo pewnie stanie się dzielnicą Warszawy, to ja wciąż pamiętam jeżdżenie wozem drabiniastym na sianie w czasie żniw, 'chowanego' w pszenicy (oj piekliła się babka, piekliła :)), zajadanie się malinami prosto z krzaka, koguta goniącego mnie po podwórku, wspinaczkę po jabłonkach w sadzie, skoki i tarzanki w stodole, ziemniaki ze skwarkami i kwaśnym mlekiem jedzone pod kasztanem i pajdziochy wiejskiego chleba z masłem, ogórkami, pomidorami, solą i pieprzem.

Nie mam problemu z jeżdżeniem na wieś, z bawieniem się na wiejskich weselach (o ile mi nie każą dawać się obmacywać po kolanach w ramach zabaw oczepinowych - co już i tak mi nie grozi :), ani tańczyć z zalanym w trupa wujkiem), 'swojskimi' zapachami, przyśpiewkami ludowymi, i tym podobnymi klimatami.

Męczy mnie natomiast 'wiejska mentalność', cechująca pewne osoby, często niezależnie od miejsca zamieszkania.
Świętoszkowato-zabobonne zdziwienie, kurczowe trzymania się jednego utartego schematu (Indyk z ananasem? Oj długo by gębę przyzwyczajać!), paniczny strach przed ostrym jęzorem sąsiadek, służalczość wobec proboszcza, poczucie humoru a'la Świat wg Kiepskich i wiecznego mówienia o sobie per 'wsiowa baba' (jakby desperacko błagając o zaprzeczenie).

Jak się łatwo domyślić na tym tle zaczęły się pojawiać pewne zgrzyty.

Po paru kubłach 'zimnej wody' wylanych na mój wyfiukany, wypachniony, miastowy łeb oprzytomniałam nieco i zrozumiałam, że łatwo nie będzie.

Wciąż jednak mówiłam sobie: Nie, nie, nie budźcie mnie! Sni mi się tak ciekawie. Jest piękniej w moim śnie niż tam, na waszej jawie :)
Nadal z pełna zapału wierzyłam, że mi się uda.
Że przecież szanuję, że się dostosowuję, że chwalę, że rozmawiam, że prezenty przywożę, że synka kocham nad życie. Że rozumiem, jak kobieta kobietę.

Zęby zacisnę, głupią uwagę puszczę mimo uszu, zeżrę tłusty bigos na śniadanie, choć mi się marzy serek wiejski z chrupkim chlebkiem, pójdę popilnować dzieci w piaskownicy razem z mężem, by sąsiadki nie gadały, że chłop sam po wsi lata, pozmywam, przyniosę, ugotuję.

Niestety sympatii 'mamusi' sobie nie zaskarbiłam.

Już chociażby życzenia ślubne powinny mi dać do myślenia.
Co bowiem się życzy młodej parze?
"Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, powodzenia, dzieci, pieniędzy ..."
Czegokowiek.
Po prostu życzy się komuś dobrze.

Ja nie otrzymałam życzeń, tylko instrukcję: "Tylko dbaj o niego dziecko, bo to dobry chłopak" :))

Później miały miejsce inne, ciekawsze wystąpienia.
Jak chociażby to, kiedy w czasie kolejnej wizyty w Londynie, jadąc z moim mężem autobusem wybuchnęła płaczem (autentycznym płaczem z krokodylimi łzami) i szlochając wystękała:
"J-j-ja-ja ci s-s-s-sy-sy-nu współ-czu-ję taaa-kiej żoooo-nyyyy, buuuuuuuuuuuu".

Mój mąż brechtnął takim śmiechem, że pół autobusu spojrzało, ze zgorszeniem.
Mi jednak (jak mi zdał relację, wbrew błaganiom mamusi, by mi nic nie mówił) nie było już tak bardzo do śmiechu.

Ileż ja się naanalizowałam, naszukałam przyczyn tej niechęci, napróbowałam się przypodobać ...

Bez skutku.

Wiele, oj wiele mam ci ja wad. Nie jestem chodzącym ideałem - potwierdzi to każdy, kto mieszka ze mną pod jednym dachem.
Ale - musicie mi uwierzyć na słowo (to nie blogowa autokreacja :)) - jestem osobą lubianą.
Dlatego trudno mi pojąć, że ktoś tak mnie tak sobie bezinteresownie i bezpodstawnie nie lubi.
Bo tak!

Jako że każdy człowiek jest w mniejszym lub większym stopniu egoistą, moje urażone ego po paru latach ignorowania gorzej lub lepiej skrywanej antypatii się zbuntowało.

Po kilku traumatycznych spotkaniach rodzinnych (przyjazdy moje do niej, lub jej do mnie) kończących się nieuchronnie jakąś mniej lub bardziej dziką awanturą, przestałam się starać. Rosnąca we mnie z roku na rok niechęć nie ułatwiała kontaktów.

I mimo, że staram się sobie za każdym razem powiedzieć: to przecież mama mojego męża, babcia moich dzieci, kobieta, która miała ciężkie życie, osoba z kompleksami, na które ja nie mam antidotum, to jest mi naprawdę ciężko entuzjastycznie podejść do kolejnych wizyt.

Co prawda z wiekiem uczę się trudnej sztuki ignorowania pewnych zachowań i niereagowania przez pryzmat emocji (tylko racjonalnego myślenia :))

I może dlatego jak na razie te 5 dni wspólnego przebywania pod jednym dachem przeleciały nad wyraz spokojnie.

A może dlatego, że ... długo siedzę w pracy i najzwyczaniej w świecie nie było kiedy się pokłócić? :-D

Zobaczymy, co przyniesie ze sobą weekend ...

piątek, 23 marca 2012

A więc tak:

Objawy są następujące: nadciśnienie tętnicze, nadwrażliwe jelito, zaburznia snu, migrena, pokrzywka, nadmierna potliwość, duszności, stany lękowe, drganie powieki, uporczywe bóle żołądka, szczękościsk, bóle szyi, trzęsienie rąk.

Ponadto huśtawka nastrojów, agresja, płaczliwość, problemy z koncentracją, pogorszenie koordynacji i wzrost masy ciała.

Okazjonalnie stupor katatoniczny lub napady histerii (w niewielkich odstępach czasu :)).

Oraz potworne skoki emocjonalne kończące się dzikimi atakami (na razie  tylko werbalnymi, ale bez przebierania w środkach) na męża i (rzadziej) dzieci, dającymi w efekcie koszmarne poczucie winy.

Powyższym objawom towarzyszą: nadmierne i wyjątkowo głośne trzaskanie szafkami w kuchni, darcie mordy, awersja do ludzi i w ogóle niechęć do całego świata (nawet do blogowania!!!) oraz niepohamowana chęć ucieczki i zaszycia się w mysią dziurę.

I nie, nie jest to PMS - jak wiecie, nie zanudzałabym was wpisami o moich funkcjach fizjologicznych :)

Ciekawam, czy ktoś rozszyfruje, jaka to jednostka chorobowa?

 

 

___________________________________________________________________________

Obiecana odpowiedź:

Otóż cierpię na pewną dolegliwość, na którą cierpią miliony ludzi (choć w różnym nasileniu).
Opisana została przez wielu wybitnych znawców zagadnienia, a także przez domorosłych 'naukowców'.
Na temat tej jednostki chorobowej narosło wiele mitów.
Niektórzy piszą nawet blogi poświęcone owej dolegliwości tudzież całemu spektrum zagadnień z nią związanych ;-P

Śmiem twierdzić, że znana jest ona ludzkości od zarania dziejów, a w każdym razie od bardzo, bardzo dawna.
Ja tylko pozwoliłam sobie nadać jej autorską nazwę: NIETAKT czyli

Niechciany
I
E
widentnie
T
raumatogenny
A
rcynajazd
K
apryśnej
T
eściowej

Najazd, bo niechciany (a niejako wproszony). Arcy, bo to arcydzieło nietaktu  - żeby oznajmić komuś, że się przyjeżdża aż na 3 tygodnie (tak, tak, całe trzy tygodnie, no dobra, bez 2 dni, czyli na 456 godzin, czyli na 27360 minut czyli na 1641600 cennych sekund mojej bytności na tym ziemskim padole), WIEDZĄC że w tym samym czasie będą już u nas dużo wcześniej zapowiedziani goście (moi rodzice) i nie zastanawiając się chociażby nad drobnym faktem, gdzie ja to całe towarzystwo usadzę i położę!!!

Użycia słowa 'kapryśna' nie muszę chyba uzasadniać.

Ale jak przeżyję pierwszą falę uderzeniową (godzina W - niedziela, o 17-tej, czasu Greenwich :)), to podam może parę przykładów.

Teraz już wiecie o co chodziło i z tłumem, i z przedawkowaniem i ze moją nagłą miłością do pracy :)

 

 

 

 

 

Tagi: stres zdrowie
11:02, fidrygauka , Zdrowie
Link Komentarze (47) »
niedziela, 18 marca 2012

Na pewno nie raz się wam zdarzyło słyszeć piosenkę i za chiny ludowe nie rozumieć słów.
Polskich słów.
Ta 'dolegliwość' najczęściej dotyczy małoletnich, o niewprawionym uchu, ale i dorosłym się zdarza nie zrozumieć, co autor miał na myśłi.

Dziwna kombinacja zwrotów, nieznane słownictwo lub kontekst, czasem inny akcent podyktowany linią melodyczną i człowiek się gubi.
Z mojego życia pamiętam 'uprząśniczki' - takie dzieweczki, co siedziały jak anioł u Moniuszki i nie wiedziałam, kto one zaś. Internetu nie było, słownik nie podawał takiego terminu. Raczej nie wyglądały tak :)


Po jakimś czasie doznałam objawienia, że Prząśniczka, to pewnie jakaś pani starsza u której siędzą te dzieweczki. Niestety i to było zwiedzeniem :)

prząśniczka
prząśnica «część kołowrotka w postaci wąskiej deseczki, do której przywiązuje się przędziwo :)

Jak bym sięgnęła głębiej pamięcią to, pewnie nie jedną taką 'perełkę' bym sobie przypomniała.

Ale póki co, kolekcjonuję  radosną twórczość moich dzieci. Np. jak uczyłam je piosenki "Head, shoulders, knees and toes" i chciałam, by później nazywały części ciała po angielsku, to okazało się, że to, na czym się klęka nazywa się nizen* :)

Innym razem Młody zapytał się mnie, dlaczego angielski Bóg nazywa się Iza.
Podejrzenie to wzięło się w czasie śpiewania piosenki "How great is our God", co przy udźwięcznieniu [s] i skróceniu na potrzeby utrzymania odpowiedniej liczby sylab 'our' do [aaardało właśnie ową 'Izę'.
Brak gramatycznego sensu zupełnie mu nie przeszkadzał :)

Ostatnio zaś moja najmłodsza, przekonana o swoim nieprzeciętnym talencie muzycznym wyła na cały dom: Mój Beboso, Mój Beboooooo-soooo
A ponieważ talent to może i ona ma, ale raczej nie oszlifowany jeszcze (czyt. muzyka jej nie przeszkadza :)), to trochę czasu mi zajęło zorientowanie się, że chodzi jej o refren tej piosenki :))

Poprawiona, powiedziała, że ona i tak woli wersję z Bebosem,  czym zyskała sobie nowy przydomek :)

I ten mój Beboso wykręcił mi ostatnio taki numer ...

Odbierałam młodszą młodzież ze świetlicy. Wpadłam zdyszana truchtem pod górę, przysiadłam na chwilę na ławeczce, by złapać oddech, poplotkowałam z panią opiekunką, pozwoliłam młodszemu dokończyć mecz i ochłonąć, bo mokry był jak szczur.
Po jakichś 7 minutach zorientowałam się, że Młodej nie ma w zasięgu wzroku. Młody powiedział, że jest w łazience.

O.K.

Odczekałam jeszcze 5 minut i kazałam mu pogonić Młodą.

W łazience jej jednak nie było.

Zapytałam się pani, gdzie jest M.

Po paru minutach rozglądania się po wszystkich pomieszczeniach świetlicy, w których przebywają dzieci (oprócz sali głównej jest to kuchnia, jadalnia, łazienka i mały pokoik z zabawkami) stwierdziliśmy z lekkim niepokojem w oczach, że jej nigdzie nie ma.

Szkoła jest zamykana, ale moja Młoda jest bardzo zdolna i do tego niczego się nie boi.
Już od wczesnych lat :)
Wyjść, to raczej nie wyszła, ale mogła np. iść w zaparte i nie chcieć wyjść z kryjówki, czekając aż ją ktoś wreszcie znajdzie, albo eksplorować inne pomieszczenia szkolne na wyższych piętrach.

Zaczęliśmy więc wycieczkę po szkole, zaczynając od innych łazienek i - nie znalazłszy jej - dalej po labiryncie klatek schodowych i korytarzy wiktoriańskiego gmaszyska, krzycząc imię Młodej.

Nie ukrywam, że byłam już z lekka zdenerwowana, a moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, szczególnie, że nie tak dawno oglądałam film, w którym jednym z wątków był woźny mordujący młode dziewczyny (niestety, czarne myśli to moja specjalność).

Po około pięciu minutach poszukiwań, gdy zdążyłam się już nieźle wkurzyć (choć nie pokazywałam po sobie, bo widziałam, że panie ze świetlicy były o krok od zawału serca) kątem oka dostrzegłam w kąciku leciutki ruch klamki.
Podbiegłam tam pytając się Młodej, czy tam jest i dopiero po chwili usłyszałam jej cichutki głosik.

Okazało się, że tym razem Maleństwo było zupełnie bez winy.
Chciało pomóc przy sprzątaniu. Zapytało się grzecznie, czy może zanieść laptop do kanciapy, otrzymało zgodę, laptop zaniosło i w poszukiwaniu odpowiedniego miejsce kucnęło i zniknęło z pola widzenia.

W tym samym czasie druga pani doniosła ostanie parę rzeczy do schowania, postawiła na stoliku przy wyjściu, zgasiła światło i zamknęła drzwi na klucz.
Z Bebosem w środku.

Mój Beboso ciemności się nie lęka, nawet powiedziała sobie, że ochocho, jak śmiesznie, nie ma prądu. Dotarła po omacku do kontaktu, zapaliła światło (ochocho, już jest prąd :)) i ... nacisnęła na klamkę, która ani drgnęła.

Kanciapa była na półpiętrze, paręnaście schodków w dół od głównego holu, gdzie nie dość że rozgrywał się finał meczu w gąbkową piłkę, to jeszcze wszyscy byli w amoku odbierania dzieci.

Dzwonek dzwonił, rodzice się wtaczali, towarzystwo po całym dniu było już z lekka nie do ogarnięcia, a panie marzyły tylko o tym, by się znaleźć w domu.

Na nieobecność Bebosa nikt więc nie zwrócił uwagi.

Sprawa się wyjaśniła, ale ... nigdy jeszcze nie widziałam mojego dziecka w takim stresie. Dosłownie była sztywna ze strachu, czerwona z emocji i zryczana. Całą drogę do domu trzymała mnie za rękę i powtarzała, że mnie kocha i że się tak bardzo cieszy, że po nią przyszłam, bo myślała, że już nigdy mnie nie zobaczy. W ogóle to wydawało się jej, że była tam już całą noc i głosy, które słyszała w korytarzu wzięla za dzieci przychodzące do szkoły następnego dnia (ach, ta dziecięca perspektywa...).

I bała się krzyknąć - ona, ten rozdarciuch z głosem wygranym na loterii - bo myślała, że jeszcze dostanie burę za to, że się zapodziała.

Panie też były lekko sztywne, bo ...

Jak bym się postarała, to by wyleciały z pracy, jak nic.

Tylko, że ja tak nie umiem.

Zawsze mi szkoda. Zawsze kogoś tłumaczę. Zawsze znajduję okoliczności łagodzące. Bo myślę sobie, że w końcu wszyscy popełniamy błędy.

Ale jak by mi dziecko samo wyszło z przedszkola i przyszło do domu z pierwszą lepszą panią z ulicy ... to chyba bym zamordowała.

Na szczęście mój Beboso** (i spółka) śpi słodko snem sprawiedliwego po pełnym atrakcji angielskim Dniu Matki i nikogo nie muszę pozbawiać życia :)
Wygląda na to, że po traumie sprzed czterech dni nie pozostał ślad.
Mam nadzieję.

A ja - choć na co dzień ten aspekt mojej tożsamości nie wysuwa się na pierwszy plan - czuję się dzisiaj taką Mamą Kwoką, pękającą z dumy, płaczącą na szkolnych przedstawieniach, zachwycającą się polepionymi kartkami z życzeniami pełnym błędów ortograficznych, przewrażliwioną, ślepą na wady i zakochaną po uszy w moich dzieciach.

To nie ja - żeby było jasne :)) ale pewne elementy się zgadzają, więc wkleiłam sobie :)

_______________________________________

*k się nie wymawia, a więc neez-en(d)
** - dla tych, którym się nie chciało zajrzeć do linku wyjaśnienie: Mój Beboso= Pójdę boso :)

wtorek, 13 marca 2012

Jadę ci ja sobie wczoraj z mężem po angielskiej prowincji, aż tu kątem oka dostrzegam jakiś polski napis (a co wy myślicie, że ja nie mam kąta oka? :)).

I tak jak moje ucho wszędzie wyłapuje polskie brzmienie, nawet jak niewyraźne słowa gubią się gdzieś w szumie ulicy, tak też i moje oko jest bardzo wrażliwe na piękno ojczystego języka.

Serce mocniej bije, bo przecież oto polski akcent na albiońskiej ziemi!
A skądżesz to? Tak nagle, niespodziewianie, tak zupełnie z zaskoczenia?

Patrzę, czytam i oczy przecieram ze zdumienia.

A to się uczepili! Co za podła dyskryminacja!

 

Czytaj dalej ...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire