mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży
niedziela, 16 września 2012

To  moje pierwsze od piętnastu lat wakacje.
Nie tylko cyrk objazdowy po rodzinie, nie młodzieńcze wypady szalonej nastolatki, nie podróże sentymentalne, ale wakacje z mężem i dziećmi.

W Polsce. W górach.

Obserwuję więc wszystko oczami turystki. Może nie do końca turystki zagranicznej :)) ale jednak nieco ‘zzagranicyzowanej’.

 

 

Czytaj dalej ...

niedziela, 09 września 2012

Jak widać, kotofobia może doprowadzić do znacznego uszczuplenia zasobów finansowych, halucynacji, a także do ...  zresztą posłuchajcie.

Moja 'odwieczna' przyjaciółka, najlepsza z najlepszych, taka co to konie z nią można kraść, uwielbia (niestety) koty. To zresztą niejedna różniąca nas kwestia.
Ta jednak zawsze mocno wpływała na wybór miejsca naszych spotkań.

Odwiedzanie jej  było dla mnie niezmiennie źródłem stresu, ze względu na pewną czarną kocicę. Albo dla odmiany źródłem wyrzutów sumienia, gdy Pećka była przeze mnie wystawiana na balkon (mieszkanie było na szczęście na parterze, więc kocica mogła pozwiedzać sobie osiedle).

W czasach policealnych spotykałyśmy się już głównie na gruncie neutralnym i koci problem umarł śmiercią naturalną.

Niedawno jednak odżył i to ze wzmożoną siłą.
Przyjaciółka jest bowiem od lat posiadaczką ...

Czytaj dalej ...

 

piątek, 07 września 2012

Rzecz się działa na początku ostatniej dekady minionego stulecia.

Będąc młodą, średnio piękną i mocno zwariowaną absolwentką pierwszego roku studiów zapragnęłam wreszcie posmakować wolności, jaką dawała mi dorosłość, długie wakacje i parę groszy zarobionych (dzięki znajomościom z przyszłymi biologami) przy przekopywaniu  Warszawskiego Ogrodu Botanicznego.

Moje 'szaleństwo' było gatunkowo dosyć skromne.

Chciałam bowiem ...


droga na Jaworzynę Krynicką

 

Czytaj dalej ...

wtorek, 04 września 2012

Nie zgadliście, hi, hi, hi :)

No dobra, przyznaję, że mocno ściemniłam, zawoalowałam i spersonifikowałam, ale nie dało się inaczej.
Byłoby za bardzo wprost i bez niespodzianki.

Najbliżej była (w ostatniej chwili !!!) Ka-czka, która - tak podejrzewam, ale mogę się mylić - naprowadziła Emiliyę na bardzo bliski trop. Gratuluję 'zwierzęcej' intuicji! :-D
Ale zdążyłam jeszcze skończyć wpis przed finałowym rozszyfrowaniem.
Uff.

Nie będę się już z Wami dłużej drażnić.
Pędzę, lecę w podskokach wyjawiać sekret.

Gdzie byłam?

 

 

Czytaj dalej ...

Najgorsza była ta stara.

Może nie stara, ale sterana życiem.
Tak, 'sterana życiem' pasowało do niej idealnie.
Lazła powoli, kręcąc biodrami w te i we wte, a brzuch zwisał jej niedbale tam, gdzie kiedyś prawdopodobnie była talia.
Czerń i biel włosów mogłyby spokojnie przypominać Cruellę De Vil z '1001 Dalmatyńczyków'. Z tą tylko różnicą, że Sterana nie wygladala na okrutną.
Raczej na potwornie bezczelną ...


Przypadkowo znalezione zdjęcie zatytułowane 'Mysterious Place', autorstwa _jg_ nie ma żadnego związku z moim miejscem, także proszę się nie sugerować :)

 

Czytaj dalej ...

Tagi: dziwactwa
07:07, fidrygauka , Varia
Link Komentarze (16) »
piątek, 31 sierpnia 2012

Nastał wyczekiwany przeze mnie od dawna Dzień Bloga (nie, nie, proszę, tylko nie BLOGU nawet jak by było to nie wiem jak bardzo poprawne gramatycznie; wiem, że rok-roku blog-blogu ale niech rządzi uzus!)

Podobno zabawa polega na tym, że blogów ma być pięć, ale tradycje są od tego, by ewoluować i jak na moje wykształcenie pięć to za mało.

Ostatnio wwaliłam wszystkie blogi na Bloglovin (z wyjątkiem paru, które za chiny nie chcą się tam pojawić - bo podobno nie istnieją :)) i wyszło mi, że wpadam na około 300 blogów!!!

Jak żyć, ja się pytam, jak żyć?!

Tu Konkurs Blog Roku, tu Zbójeckie Rozmowy z Blogosferą, a tam jeszcze Tyglowy cykl o przeprowadzkach.
Co chwila natrafiam na jakiś smaczny kąsek.

Czytaj dalej ...

środa, 29 sierpnia 2012

Nie byłabym sobą, gdybym po zaproszeniu od Żony Oburzonej najpierw dokładnie nie sprawdziła znaczenia słowa 'versatile', bo kojarzyło mi się trochę z Wersalem a trochę z pionem (vertical :)), prawdziwe znaczenie było mi - przyznaję się - zupełnie nieznane.

Mówcie mi 'belfer', ale muszę trochę skorygować ideę zabawy.
Skorygować na własną szkodę, jako że miałam już pięknie przemyślane tajemnice i sekrety, które miałam Wam ujawnić (Nie ma ich wiele; tzn. mam ich mnóstwo, ale tylko kilka chcę ujawnić :)), jako że i mnie opanował szkodliwy wirus*

A tu się okazało, że versatile oznacza:

 

Czytaj dalej ...

 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Jak już mi się zebrało na porządki, to na całego!
Nie tylko w piwnicy rodziców, ale też na porządkownie bloga.

Ten wpis będzie więc wpisem 'technicznym'.
Złożony z linków do poprzednich wpisów, które już się wcześniej na blogu pojawiły.

Ponieważ niektóre teksty łączą się ze sobą tematycznie, albo są swoistą kontynuacją (jak może zauważyliście 'tryptyki' to moja specjalność - jakby jednego wpisu było mi mało :)) - zachciało mi przynajmniej część powkładać w odpowiednie przegródki.
Żeby móc niektóre rzeczy łatwiej znaleźć.
Żeby się nie powtarzać.

Taki letni kaprys - nie zwracajcie na mnie uwagi :)

 

 

Computer says 'NO', czyli w oparach absurdu

Sklep z mundurkami - początek cyklu

Zaginiony w wielkim mieście

 

Emigracyjne Rozterki

Cyrk objazdowy

Jest takie miejsce

Prawo głosu

Rozkraczona

Spowiedź emigranta

 

 

Kocia Macocha

Bez zdradliwego tytułu

Końskie zaloty

Lew w ogrodzie

Osadzona przegubowo

Spotkanie z dziczyzną



Kulinaria

Blog antykulinarny

Fish Pie

Kuchnia molekularna

Mazurek

O blogosferze kulinarnej

Restauracja XXI wieku

Sałatka z pomidorów i mozzarelli

Weekendowy maraton

 
 

Kulturalnie

Makbet w klapkach

Niewidzialny

Tatarak



Miejsca

Centrum Nauki 'Kopernik'

Londyńskie parki

Migawki z angielskiej prowincji

Migawki z Londynu

Najdroższy dom świata

Oswojenie Victorii

Oxford Botanical Garden

Podziemne życie Londynu

Polesden Lacey

Sweet Shop

Warszawskie impresje

 
 

Multi-Kulti

Czarnuchowi zaliczam

Córka

Córka z penisem

Dyni w poprzek

Dzielnice grozy

Jak zrozumieć Brytyjczyka

Małżeństwo z przymusu

Nie adoptuj Murzynka

Połknąć wielbłąda

Przegadać imama

Southall

W sieci sieci

Znam tamilski


Na sportowo

Dylemat matki

Dyscypliny olimpijskie

Futbolowe odkrycie

Stadiony nienawiści

To wszystko wina Zimocha


Nieudolne próby zrozumienia angielskiej rzeczywistości

Angielskie kontrasty

Donosić czy nie donosić

Dżentelmen po szkodzie

Królowa i ja

Opieka dentystyczna po angielsku

Postawa obywatelska

Szwy

Świętowanie po angielsku

Uczulenie na ciążę

 

Polacy oczami Anglików

Biedne polskie dzieci

Dużo nas do pieczenia chleba

Nigdylandia

O lecie, gwiazdce, iphonie i Angliku

We live in Poland

 

Portrety

Helen Mirren

Janusz Józefowicz

Patrick Liechfield



Szeptana reklama blogów

Blog Day 2011

Blog Day 2012


Śmiertelnie poważnie

Jak upłynnić zwłoki

Wesoło było na moiom pogrzebie

Wiktoriańskie fotografie funeralne

W służbie śmierci

Zawód koroner

 

Tajemne życie blogosfery

Kto jest twoim targetem, cieniasie?

Ilustrowany Słownik Blogera

Niezdecydowana Alicja

Piąta Władza


Wpadki, wtopy i inne gafy

Czy pani jest kuchenką?

Imiona

Iphone w śmieciach

Jak uziemić Google Translate

Oko w oko z celebrytą

Pamięć doskonała

Poland is quite a young country

Siła nawyku

Tajemnice hamburgera

Wiekowe znalezisko

Zaduszkowo-gafowo

Zakop-power

Z przyciętą głową



W świecie mediów społecznościowych

Brak klasy

Facebookowi wojownicy

Mailowa wpadka



Zoologicznie

Beethovenem w słonia

Gęś w sandałach

Ekscentryczni wielbiciele

Pieskie życie czyli kup pan perukę

Śmierć na wystawie

Według Piotrka

 

Zwyczaje i manieryzmy

Do czego służą cmentarze

Mam smaka na flaka

Słonina

Zapach metra






poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Zebrało mi się na porządki w starych śmieciach.

To chyba efekt uboczny moich ostatnich rozważań okołoemigracyjnych. Chęć kategorycznego zamknięcia pewnych rzeczy, by przynajmniej w tej dziedzinie zredukować 'rozkraczenie'.

Siedzę w piwnicy domu rodziców, gdzie już trzeci dzień segreguję tony papierów i bibelotów, weryfikując bez czego można żyć, a co absolutnie należy zostawić na następne piętnaście lat :)
Pozamykane w skrzętnie popodpisywanych pudłach duperelki dostały misję przeczekania, ze względu na okrojoną przydatność do emigranckiego survivalu.

Piętnaście lat 'testu piwnicznego' jest chyba niepodważalnym wyrokiem.

Ale ...

WARTOŚĆ SENTYMENTALNA, GŁUPCZE!

Wartość sentymentalna była w większości przypadków czynnikiem przesądzajacym o zapełnieniu piwnicy rodziców milionem kartonowych pudeł.
Moje praktyczne podejście do życia, co prawda, wyrokiem skazującym rozprawiło się ze wszytkim, co nadłamane, obtłuczone, niekompletne czy porwane piętnaście lat temu).
Jednak nawet wtedy - o ile dobrze pamiętam - wyrok nie był ze skutkiem natychmiastowym.

Jestem chomikiem. Nieuleczalnie chorym na zbieractwo chomikiem.
Ostre objawy napady choroby łagodzone są delikatną perswazją mojego męża (który z kolei jest namiętnym wywalaczem, i dla którego tydzień bez pozbycia się czegoś, oddania do charity shop, wywalenia do recyclingu, jest tygodniem straconym; zasada ta nie jest zbyt skrzętnie przestrzegana w obrębie jego garażu, ale pomińmy to milczeniem :))

Nie bez znaczenia są tu również liczne przeprowadzki i chroniczny brak miejsca, a także moje zamiłowanie do prostoty i niezaburzonych optycznie przestrzeni (bibleloty można gromadzić, ale żeby stały one po całym domu, to już lekka przesada :))
Każda rzecz przed wyrzuceniem musi jednak przejść okres próbny, czyli zostać przeniesiona ze strefy: 'ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE' do strefy: 'DO PRZEJRZENIA'.
Stamtąd dopiero może ewentualnie być skierowana w ostatnią podróż...

Dzisiaj dla niektórych skończył się jednak okres kwarantanny.

W podniosłej atmosferze, ocierając łezkę, do pudła 'DO WYRZUCENIA' wkładam więc:

przecudnej urody szklane 'jebądki' (wymowa oryginalna opracowana przez Najmłodszą); prezent od angielskich kuzynów (tych od gumy Wrigley's Spearmint i krytykującej cioci)


__________________________________________

kurs ekonomiczny "Sztuka Wydawania Owoców".
Podstawowe terminy ekonomiczne może nie uległy zbyt wielu zmianom od 1996 roku, ale skoro przez tyle lat posługiwałam się nimi raczej intuicyjnie, to chyba przez następne piętnaście lat dam radę.

__________________________________

certyfikat zasadzenia drzewka w Izraelu. Szczytny cel, ale nie na tyle, by się chlubić z tego powodu kawałkiem papieru. Razem z certyfikatem w koszu na recycling lądują: jadłospis z restauracji (gdzie jadłam 'rybę Św. Piotra :)), bilet na koncert w Jerozolimie, pocztówka z meczetem, kalendarz z (bardzo ładnymi, skądinąnd) widoczkami na Ziemię Świętą i plan wycieczki.
Robiona na staroć mezuza i zasuszona gałązka z drzewa oliwnego zostają.
No w końcu jakaś pamiątka być musi!

__________________________________

grafiki i inne 'dzieła sztuki' niezrealizowanej artystki - jak widać, szału nie ma.
Mimo emocjonalnego przywiązania do wytworów mych rąk stwierdzam, że zachowam je tylko na zdjęciach. Oryginały zostaną przerobione na papier toaletowy (sztuka użytkowa, znaczy się :))

_____________________________

 

katalogi mebli i lamp znanych projektantów w liczbie milion, czyli koniec snów mojego męża o domu pełnym dizajnerskich sprzętów.
Do marzeń pozwolę mu wrócić jak ... najpierw kupi dom :)
Ingo Maurer i Le Corbusier i tak na razie przekraczają nasze możliwości finansowe.

___________________________________

kalkulator emerytalny wraz z kursem na przedstawiciela 'Commercial Union' - pamiątka po mojej nieudolnej próbie zostania agentem ubezpieczeniowym. Sprzedaż bezpośrednia nie jest  zdecydowanie  moim życiowym przeznaczeniem  (nadmienię, że sprzedałam jedynie 16 umów przystąpienia do drugiego filaru, w tym jedną sobie, drugą mężowi, następne parę rodzinie, a resztę poleconym znajomym, podczas gdy mój kolega, który  mnie zatrudnił, kupił sobie z zarobionych na reformie emerytalnej pieniędzy mieszkanie :))

 

_____________________________________________

 

tulipany w antyramie - o wartości megasentymentalnej. Tulipany, moje ulubione kwiaty, wycięte z jakieś gazety, towarzyszyły mi przez wszystkie miliard przeprowadzek, nie tylko na terenie Polski, jeszcze za czasów panieńskich. Antyrama była zawsze wypakowywana jako pierwsza, na znak 'obsikania terenu'. To był bodziec dla mojego mózgu wywołujący reakcję: 'Tu jest teraz dom'.

Ale ja już nie chcę domu wyznaczanego antyramą ...
Tulipany muszą odejść!

_________________________

czeskie figurynki z gliny - prezent od mojej przyjaciółki z przeszłości. Figurki straciły łącznie troje oczu, ale w końcu przyjaźń zobowiązuje.
Ta strata ma chyba wymowę symboliczną - przyjaciółka od lat przestała mnie dostrzegać ...
Przejrzałam na oczy.
Figurynki odchodzą ...


_________________________________

 

przycisk do papieru, otrzymany nie_wiem_skąd - jak już pisałam, nie lubię ton papieru zalegających na wierzchu. Wszystko chowam 'do przejrzenia' na później do szafki, gdzie wiatry nie hulają.
Zresztą nie posiadam w domu biurka.
Przycisk nawet mi się podoba, ale emocjonalnie mnie już nie kręci.
Kosz!

W pudle lądują też: ręczna wyciskarka do soków, drewniany drapak stojak na kubki, fajansowy pojemnik na co bądź w kolorach żółto-pomarańczowo-granatowo-zielonych. Prezent ślubny, ale zdecydowanie nie w moim guście.
Tak jak i ręcznie malowane filiżanki ze spodeczkami w liczbie dwa (ręczne malowanie ograniczyło się do pomalowania białej ceramiki na czerwono :)) Też prezent ślubny.
Książka przebiegu pojazdu tudzież cała dokumentacja podatkowa firmy (pięć lat trzeba trzymać, nie?)
Kalendarz ciążowy i książka 'Będziemy rodzicami'.
Wisiorek z fioletowym 'kamieniem' z plastiku, kupiony na ślub kuzynki i nigdy nie założony.
Broszka- jaszczurka, odpustowa tandeta.
Apaszka w panterkę (no, sami rozumiecie).
Notesy i notesiki nigdy nie zapisane z wyjątkiem paru pierwszych stron (co roku planuję być bardziej uporządkowana; z marnym skutkiem).
Klisze, z których miałam zrobić dodatkowe odbitki. Niestety już nieużyteczne.
Stos wizytówek.
Resztka zaproszeń na ślub...

Pudło jest już pełne.
Cztery pozostałe zapełniły swą zawartością podłogę i czuję, jak zaczyna boleć mnie serce.

Bo zostały mi jeszcze góry rzeczy, z którymi rozstać się niełatwo lub nie godzi się.
Na przykład:

kalendarz Wiedzy i Życia z dawką angielskich idiomów i innych przydatnych powiedzonek na KAŻDY DZIEŃ!!! Fakt, że kalendarz jest z roku 1991-go, gubi kartki i że nigdy do niego nie zajrzałam od tamtego pamiętnego roku (zresztą i wtedy nie korzystałam zbyt namiętnie z tej skądinąnd fajnej pomocy dydaktycznej) przemawia silnie za opcją 'kosz', ale ... no sama nie wiem.

____________________________________

 

rycina 'kościanej' kamienicy Gaudiego - pamiątka z hiszpanskich wojaży G.
Bardzo ładna, ale za bardzo secesyjna jak na wystrój mojego mieszkania.
Secesję uwielbiam, ale eklektyzmowi w mieszkaniu mówię stanowcze nie.
G. zresztą też uwielbiam. Zawsze przywozi mi minipamiątki z różnych zakątków świata. Miły znak, że o mnie pamięta.

 

czy reprodukcja portretu Mozarta z Salzburga z dedykacją (G. nie Mozarta)


(torebka z wieżą Eiffla czy kolczyki z Kenii są w użyciu)

__________________________________

głowy wawelskie - przywożone z każdej wizyty w moim ukochanym Krakowie.
Te dwie na dole, po lewej stronie, rozpoczęły kolekcję i są autorstwa mojego (seledynowo-włosa kobieta, jak i cała reszta) i M. (osobnik z zakrytymi ustami) - mojej przyjaciółki z liceum, która została reżyserką. Nie taką znowu znaną, ale parę razy o niej słyszałam.
Może powinnam więc jeszcze trochę to 'arcydzieło' potrzymać, a potem - w miarę wzrostu popularności rzeczonej - sprzedać na allegro? :))

Moja mama kategorycznie zakazała mi je wyrzucać. Dziwne, bo jak je 'tworzyłam', to słyszałam non stop, że po co ja się w ogóle zajmuję takimi bzdetami.
Hmmm ...
Może to było w klasie maturalnej i tym należy tłumaczyć troskę rodzicielki?

___________________________________

druty - jedyny i mało przekonujący dowód na to, że kiedyś udało mi się zrobić parę szalików i getrów :))
Na niwie szydełkowej byłam bardziej biegła, a i maskotki szyłam na okrętkę koleżankom w prezencie (także, phiii, te dzisiejsze wymianki na blogach 'robótkowych' nie robią na mnie aż takiego wrażenia :)))

 ___________________________

kalendarz na 50-cio lecie UNICEF-u
Ach, te śliczne buźki dzieci. Jakżesz je na papier toaletowy?

 

I mojej obsesji na punkcie kalendarzy z UNICEF-u część dalsza. Kalendarzy (jak się domyślacie, nie zapisanych ani jedną literką, a kupowanych wyłącznie dla zdjęć :)).
Dobrze, że teraz są te wszystkie blogi fotograficzne i inne Flickry - to ratunek dla mojego budżetu.

________________________________________

 

książka do nauki szwedzkiego - poziom pierwszy.
Materiał zawarty w niej opanowałam z łatwością. Z równą łatwością zapomniałam.
Szczególnie, że na zajęciach zajmowałam się sporządzaniem moich codziennych obserwacji na temat życia w kraju wysokich, przystojnych blondynów.

Eh, a jaki mógł z tego powstać fajny blog ... :)

________________________

 

mini rozmówki norweskie
O norweskim wiem tylko tyle, że ma przekreślone Ø i jest podobny do szwedzkiego niczym czeski do słowackiego.
Nigdy jednak nie udało mi się żadnego Norwega pojąć w oryginale.
Ale kto wie. Może kiedyś na fiordach się przyda (kolejne marzenie mojego męża - wakacje w 'Norge').

________________________

 

książki do plastyki do klasy 7 i 8-ej
Nie wiem, jaka idee fixe przyczyniła się do zachowania tych książek przez tyle lat (myślę, że gdzieś mam jeszcze parę do nauki rosyjskiego i niemieckiego, ale to by było bardziej logiczne). Fakt, że są w nim dość jasno i przejrzyście wyjaśnione główne kierunki w sztuce.
Może więc podedukuję trochę dzieci :))



_______________________________

 

Przy okazji znalazłam też parę rzeczy, które zabieram ze sobą do Anglii:

Klechdy Sezamowe Bolesława Leśmiana - kiedyś moja ulubiona książka, ukazująca 'dziwny' świat bez królów, wilków zjadających babcie i czarownic, za to z wezyrami, dżinami i derwiszami. Świat ludzi o tajemniczych imionach ...

 _____________________________

klaser ze znaczkami, podarunkami od wujka filatelisty, o wątpliwej wartości materialnej, za to przywołujący na myśl te lata sielskie anielskie, kiedy człowiek cieszył się jak głupi, kiedy dostał jakąś piękną kolekcję, najlepiej Disneya.
A w szare dni wyglądał listów i mógł odmoczyć kopertę, wysuszyć znaczek na szafce kuchennej i włożyć z dumą do albumu.
Elkę z Włodkiem!
A co?!
Prócz znaczków zbierało się oczywiście: papierki po czekoladach z Pewexu, puszki po napojach, też z Pewexu, serwetki, chińskie gumki zapachowe, nalepki z ruszającymi się oczkami, kartki i Bóg wie, co jeszcze.

'Elki' też oczywiście zawdzięczam angielskim kuzynom, a szczególnie jednemu, który swojego czasu pisywał do mnie namiętnie ...
____________________________

 

książkę adresową z pięknymi zdjęciam ornamentów - z UNESCO, a jakże!
Książkę kupiłam jeszcze będąc panną i wyobrażając sobie naiwnie, jak to będę kiedyś podtrzymywać domowe ognisko, tudzież przyjaźnie. Jak to będziemy się z przyjaciółmi odwiedzać i gościć, grilować, plotkować, świętować.
Ot, takie tam mieszczańskie klimaty egzaltowanej nastolatki.
Nie przewidziałam jednak dwóch rzeczy - dzikiego rozwoju multimediów (maili, smartfonów i innych komunikatorów, które czynią tradycyjne książki adresowe mniej przydatnymi) oraz tego, że się będę tak wiele razy przeprowadzać.
Książka więc długo czekała na stabilizację moją jak i moich przyjaciół.
Nie doczekała się.

Ale i tak z niej zrobię użytek, nauczona paroma dramatycznymi awariami telefonów i laptopów!



Na Wyspy zabieram też sporą górkę innych książek, tych z piwnicy i tych zakupionych (w tym roku kiełbasy zdecydowanie przegrały z pokarmem dla duszy).
A to wszystko przez te kasie.eire, ningi i inne mole książkowe.
Dziękuję bardzo, dziewczyny! Bardzo dziękuję!
Możecie mnie spokojnie mieć na sumieniu!

Jedzie też 6 układanek puzzle (czas najwyższy ułożyć je po raz któryśtam :))
Takie po 1500 elementów najmarniej. Głównie niebo i woda, hi, hi.
Oj, będzie pretekst, by raportów nie pisać, będzie.

Jadą cztery albumy ze zdjęciami krewnych i znajomych królika.
Też tych zamilkłych.
Tych co można z oczu i z serca, ale nie z pamięci...

Na koniec, jak upchnę do podręcznego, zabiorę też serwis z Ćmielowa.
Nie jest super piękny, ale jest elegancki.
Też prezent ślubny.
Od pani prezes.
Tej samej, którą późnej musiałam ścigać w sprawie zaległych pensji męża.
Pewnie i ten serwis kupiła z jego wypłaty :)
To co się ma marnować w piwnicy?
Może urządzę pierwsze w moim zyciu 'five o'clock'???

 

To by było z grubsza na tyle.
Z grubsza, bo nie podjęłam jeszcze nawet próby przeglądania:

- 3 pudeł z kasetami (teraz to już CD odchodzą do lamusa, a co tu mówić o magnetofonowych? Ale jakże to tak te wszystkie kasety wyciepać na śmietnik. Gershwina? Vivaldiego? Stare Dobre Małżeństwo? Koncerty nagrywane z radiowej Trójki? Litości!)

- książek do angielskiego w liczbie ze trzydzieści (chciałam sprzedać na allu, w dobrym stanie, całe komplety: podręcznik, ćwiczenia, książka dla nauczyciela i kasety, ale kto ma czas to wystawiać, a poza tym przy takim zalewie nowych pozycji Headway, nawet ten nowy jest już pewnie mooocno przeterminowany).

- notatek ze studiów, do których nie zajrzałam i nie zajrzę, ale to moja krwawica! Pięć lat pisania! Dzień w dzień. Weekendy spędzane w bibliotekach, setki przepisanych stron, notatki z wykładów ciekawych (tematyczne) i nudnych (rysunkowe, niezwiązane z tematem).

- góry starych numerów National Geographic, do których też lubię wracać; ale przecież nie będę tego wieźć :(

- segregatorów z: zaproszeniami na śluby (zbierałam namiętnie), mapami (chodziłam po górach, chodziłam, jak kondycję miałam o niebo lepszą niż teraz), programami tetralnymi (pamiątką mojej wielkiej młodzieńczej miłości).

- paru innych pojemników, w których nawet nie wiem, co się ukryło ...

 

Chomik?

Gorzej!

Głupia gęś!

I do tego, sentymentalna!

 *****

Ps.1 Trochę już o mnie wiecie, ale postaram się jeszcze trochę napisać w ramach uchylania rąbka tajemnicy :)

Ps.2 Wbrew pozorom pamiętam o wszystkich zaległych wpisach, które Wam obiecałam publicznie. Nie licząc tych wspomnianych między wierszami mam już zaległe cztery: o teorii o korku, o pierwszej kupionej na Wyspach książce, o moich polskich wakacjach i o tajnych faktach z fidrygaukowego życia ...

Stay tuned :))

środa, 22 sierpnia 2012

Do opisu moich pierwszych polskich wakacji zabierałam się jak pies do jeża.

Najpierw próbowałam delikatnie wybadać grunt, bo wiem, że to temat drażliwy.
Co prawda to mój blog i w imię wolności słowa mogę sobie na nim pisać, co mi się żywnie podoba, ale ...

 

 



Czytaj dalej ...

środa, 15 sierpnia 2012

Pamiętam, gdy lat temu milion słuchałam listy przebojów Marka Niedźwiedzkiego (a były to czasy, kiedy pan Marek zaczynał od słów: "Lista 'czysta' ... 'czydziesta' któraś, a nie jakieś tam notowanie tysiąc pińcetne czy coś) był wywiad z niejaką Basią Trzetrzelewską, której pan Marek był zapewne fanem wielkim (sądząc po liczbie jej piosenek w klasyfikacji :))



Czytaj dalej ...

piątek, 10 sierpnia 2012

Cyrk objazdowy po rodzinie.

Rolę dyrektora cyrku przejmuje samozwańczo mój tato, jako że to on dysponuje wozem.
Małpy więc, chcąc nie chcąc, z piskiem i pohukiwaniem ładują się do środka i jadą w znaną trasę.
Dopóki dają banany, dopóty jest git (ale o tym za chwilę).

Plan wizyt zależy od tego ...


 

Czytaj dalej ...

środa, 08 sierpnia 2012

Wczasy.

Pokój z widokiem.
Widok na pana koszącego trawę z namaszczeniem godnym lepszej sprawy.
Jak nie kosi, to przycina, jak nie przycina, to pieści azalie, jak nie azalie, to rododendrony.
Albo rozkłada parasol nad oklapłymi hortensjami.

W tle panowie rybacy rzucają złotymi myślami niczym Kapuściński w "Lapidariach".
A echo niesie je po kanałku, wprost pod moje okna.

 

Czytaj dalej ...

wtorek, 31 lipca 2012

Miewam przed oczami taką scenkę:
Wychodzi partyzant z lasu.
Sterany życiem, wygłodzony, ale z poczuciem zwycięstwa i z dumą w sercu.
Bo walczył, bo dał z siebie wszystko, bo niemalże śmierć poniósł dla idei.
Wychodzi przekonany o wykonaniu misji. O podniosłości chwili.
A tu na polanie widzi całą armię zadowolonych z siebie byczków, którzy wojny nie liznęli.
Siedzącą w słońcu i polerującą najnowszej generacji karabiny maszynowe, granatniki, moździeże, transportery opancerzone i czołgi.
I rozprawiają ile wlezie o technikach walki, o sposobach pokonania wroga, o strategiach, o jednoczeniu sił.
Inny świat.

Nie wiem, czy widziałam taką scenkę w jakimś marnym filmie, czy to wytwór mojej pokręconej wyobraźni.


Ale zacznijmy od początku.

Poczatek miał miejsce paręnaście tygodni temu, gdy wiedziona linkiem niejakiej Radomskiej (klikamy parę linijek niżej), obejrzałam sobie film pt. ...

Czytaj dalej ... :))))

sobota, 28 lipca 2012

Cztery lata temu, na moim poprzednim blogu popełniłam taki oto wpis:

Dyscypliny sportowe, które uprawiam pięć dni w tygodniu to:

- sprint do łazienki o 6 rano (na paluszkach, żeby się towarzystwo w swej łaskawości nie obudziło przedwcześnie, bo żli jak osy i kawki porannej w spokoju wypić nie dadzą).

- bieg z przeszkodami, czyli poranne latanie z wywieszonym jęzorem, z omijaniem moich dzieci ubierających się w najdziwniejszych miejscach mieszkania (najczęściej w samym przejściu), bawiących się (na ogół tym, czym nie powinny się były bawić) lub też wyjących z powodów niezidentyfikowanych, nawet przez nich samych.

 

- zapasy, czyli próby ugodowego upchnięcia młodszej młodzieży do wózka i przypięcia ich pasami (co jak można się domyślić spotyka się ze stanowczym oporem materii jak najbardziej żywej)

- bieg przełajowy, po krętych uliczkach mojej dzielnicy, zapełnionych ludźmi snującymi się z flegmą charakterystyczną raczej dla ludzi Wschodu (co by się nawet zgadzało, patrząc na lokalny przekrój etniczny) niż dla ‘szczurów’ zgniłego, zepsutego Zachodu (czyli mnie :))

- rwanie, czyli pokonywanie licznych krawężników przez podnoszenie podwójnej spacerówki która z towarzystwem i wyposażeniem waży ok. 40 kg.

Z dyscyplin nieolimpijskich uskuteczniam jeszcze:
walkę z wiatrakami (czyli ile razy można powtórzyć to samo, żeby dotarło) zwane też rzucaniem grochem o ścianę albo mówieniem do słupa,

zawody w darciu mordy (czyli kto kogo przekrzyczy),

pakowanie lunchbox'ów na czas i jeszcze wiele, wiele innych.

Z powyższego opisu można by wywnioskować, że jako osoba wysportowana, jestem też posiadaczką super figury.
Nic bardziej mylnego, albowiem gdy nadchodzi wieczór (czyt. godzina 22) i mam wreszcie trochę czasu dla siebie rozpoczynam ... kolację przed komputerem, czyli rozkoszuję się faktem, że:

- nikt wreszcie nie domaga się ode mnie czegokolwiek,

- nikt mi nie wrzeszczy nad głową,

- nikt nie chce spróbować mojej kanapki, obślinić mojej łyżeczki, zjeść ¾ mojego jabłka itp.

- nie muszę z kęsem pizzy w buzi lecieć, by podetrzeć komuś pupę, wysmarkać nos, wytrzeć rozlane mleko, posprzątać skorupy z rozbitego talerza, zmienić bluzkę wysmarowaną dżemem truskawkowym itp. itd. ...

- nikt nie chce mnie czesać (swojego czasu ulubiona rozrywka moich dzieci) i przede wszystkim, że nikt NIE ZADAJE MI PYTAŃ !!!

Wymieniać by można długo.

 

Rozpoczęta dziś (hmm, oficjalnie to już wczoraj) olimpiada w Londynie natchnęła mnie do zweryfikowania sytuacji.

I okazuje się, że cztery lata póżniej sport jest nadal obecny w moim życiu.

Niektóre dziedziny stały się passe, gdyż dzieci weszły w fazę relatywnie samooobsługową, inne ewoluowały.
Nie znaczy to, że porzuciłam zupełnie poranną gimnastykę.

Zaczynam od zapasów z poduszką - ja się szarpię, bo 2 kilometry do szkoły, bo pociąg, bo umówione spotkanie, a poduszka mówi: "No jeszcze troszeczkę, poleż sobie chwilkę dłużej."
Ale wyrywam się dzielnie (w końcu ma się tę masę; figura nadal nieolimpijska), kładę ją na łopatki i toczę się do moich umiłowanych podwójnych angielskich kraników, łapać na przemian to zimną, to ciepłą wodę.

Potem jest gimnastyka akrobatyczna, czyli zakładanie rajstop na stojąco, bo wzięłam sobie bardzo do serca teorię Krystyny Jandy, że kobieta dopóty jest młoda dopóki zakłada rajstopy na stojąco. Hmmm, akrobatyki w moich poczynaniach jest sporo, ale o artyźmie trudno mówić. (To nic że sapię jak parowóz, ale przynajmniej czuję się młodo :))
Na wszelki wypadek robię to w samotność, by do końca nie pozbawiać mojego męża złudzeń co do mojej gracji :)

ta pani chyba nie zna Krystyny Jandy ;)

Aż wreszcie nadchodzi czas na pięciobój nowoczesny czyli:

strzelanie (błagalnym wzrokiem na zegarek, z nadzieją, że ktoś go przestawił o 10 minut do przodu),

szermierka (słowna, z dorastającą młodzieżą, która za punkt honoru poczytuje sobie zakwestionowanie każdego słowa, które pochodzi z ust rodzica swego),

(s)pływanie (potem, rzecz jasna),

jazda konna (galop; nieważne, że bez udziału konia) oraz

bieg przełajowy.

 

Jak widać celebryci też tak miewają.
Dobrze że za mną tak paparazzi nie biegają, bo widok byłby dużo mniej atrakcyjny ;)


Niestety nikt nie docenił moich dotychczasowych wyników i nie zaprosił mnie do udziału w oficialnym otwarciu Olimpiady Londyn 2012. (Może kiepski czas mam, bo ja wiem? Ale za to grzeję bez dopingu!)
Nawet jako gościa honorowego.

Foch!

No to i ja się na nich obraziłam i ceremonię obejrzę sobie jutro w necie.

I to by było na tyle w kwestii sportu.

W kwestiach innych, to żyję i powoli oswajam się z myślą, że chyba jednak w środę naprawdę będę miała wakacje :)

 

 

 

 

 



środa, 18 lipca 2012

... się wynurzam, a dokładniej zza góry papierów.

I jak najprawdziwszy nałogowiec marzę o tym, by się wreszcie, w spokoju oddać temu, co lubię najbardziej.
By pójść w tan.
By się zatracić bez reszty.


Fantazjuję sobie o codziennym, bezpruderyjnym, szalonym, dzikim, dłuuuuugim i pełnym gadżetów* ...

Czytaj dalej ...

niedziela, 08 lipca 2012

Tak jak obiecałam - nie zostawię Was, biednych żuczków, bez tajemnej wiedzy niezbędnej w prowadzeniu PRAWDZIWEGO BLOGA.

Przedstawiam Wam, moim wiernym followersom Ilustrowany Słownik Blogera.
Nie jest to jeszcze obiecany wpis. To wciąż preludium :)
Słownik jest ilustrowany zdjęciami bezczelnie ściągniętymi z netu (tak się nie robi, zapamiętajcie to sobie :)) oraz  zawiera opisy jak najbardziej subiektywne (aczkolwiek podlegające weryfikacji), które powstały na podstawie kilkudniowych studiów nad blogsferą.
Studia te zostały zainspirowane paroma obserwacjami, o czym będzie następnym razem.
Stay tuned!

Czytaj dalej ...

piątek, 06 lipca 2012

Poniższy wykaz haseł będzie preludium do mojego następnego wpisu.

Ma on na celu uświadomienie wam, że jeśli nie znacie co najmniej 90% słów z tej listy, to jesteście cieniasami, i w ogóle nie wiadomo z jakiej paki bierzecie się za pisanie bloga!

Ba! Wasza obecność w blogosferze w ogóle nie ma racji bytu!

Noooo, to jedziemy z koksem:

banerki

branding

 

Czytaj dalej ...

środa, 04 lipca 2012

Bonkers czyli zwariowani, głupi, głupawi, wściekli, nawiedzeni, odlotowi.
Po prostu 'mentally irregular', jak to pięknie tłumaczy Ling.pl .

Metro
jak zwykle niezawodnie lubuje się w uzupełnianiu kolumny poświęconej osobnikom o powyższych skłonnościach.
Jeśli są to nieszkodliwi wariaci, to w sumie dlaczego nie?
Wolę popatrzeć się z rana na wariatów, niż myśleć, o jatce, jaką szykuje mi moja szefowa w związku z toną zaległych raportów i statystyk.

A oto najświeższe znaleziska:

Czytaj dalej ...

 

czwartek, 28 czerwca 2012

Nigdy nie lubiłam uczyć się historii.
Może nie był to aż tak znienawidzony przedmiot jak 'matma' czy 'fiza', ale nie wiedzieć czemu koneksje między bogami starożytnej Grecji, studiowanie wojen punickich, podboje Napoleona czy inne zatargi krzyżacko-polskie nie były przedmiotem moich głębszych zainteresowań.
Owszem, lubiłam słuchać 'gawędy' o dawnych czasach, ciekawostki o różnych odkryciach, plotki z dworów królewskich, tak długo, jak nie musiałam wkuwać dat i pisać rozprawek na temat przyczyn rozpadu jakiegośtam państwa lub analizować sytuacji politycznej po wojnie trzydziestoletniej.

Miałam mały przebłysk historycznej pasji, gdy w klasie maturalnej trafiła nam się ...

Czytaj dalej ...
sobota, 23 czerwca 2012

Pamiętam, gdy przyjechałam do Anglii i zaczęłam poznawać okoliczne parki (które przez parę ładnych lat były właściwie naszym jedynym obiektem turystycznym :)), nie mogłam wyjść z podziwu nad angielskimi tatusiami.

Angielscy tatusiowie, bowiem ...

Czytaj dalej ...

Połącz tatusia z dzieckiem :)

 

 

piątek, 22 czerwca 2012

Mam na blogu taki mały widget - Who's among us.
O tu, tu się wyłania po lewej stronie. Taki czerwony prostokącik z białą cyferką i ludzikiem.

Właściwie to nie wiem, po co go mam.
Tak sobie zamontowałam, bo mi się spodobał :)
Zaglądam sobie czasem, by dowiedzieć się jakie teksty są najczęściej czytane, choć oczywiście ta informacja jest złudna, gdyż owszem widać wpisy, które są w danym momencie otwarte, ale nie świadczy to wcale o tym, że

 

Czytaj dalej ...

 

środa, 20 czerwca 2012

Moje pociągi odchodzą albo z peronu pierwszego, albo z trzeciego.
Do obu są oddzielne wejścia, po dwóch stronach torów.
Staram się tak wybierać pociągi, by jechać tymi z peronu trzeciego, bo nie dość, że to bliżej mojego domu (nie muszę pół miasta obchodzić :)) to jeszcze ... tam wykładają Metro.
A na 'jedynce' nie.
Tak, tak, to już obsesja - nie musicie mi mówić. Sama wiem.

Tytuł jednak zobowiązuje i jak mam pisać o tych 'szeptach w metrze', to skądś inspirację czerpać muszę :)

Czasami wpadam na stację po przetruchtaniu przepisowych 2.5 kilometra w stylu "góra-dół-góra-dół" na trasie Breakfast Club-Stacja o trzydzieści sekund za późno.

Za późno, bo ...

Czytaj dalej ...

niedziela, 17 czerwca 2012

Jak się można domyślić Dzień Świra nie pomógł mi wiele.
Owszem, pośmiałam się przez łzy, ale ... nie jest to film budujący, oj nie.

Dzisiaj jednak, wędrując po blogach zaprzyjaźnionych lub znanych mi tylko z widzenia, zobaczyłam (Blogger rulez! - uwielbiam funkcję pokazywania najnowszych wpisów z różnych platform), że ... o rany julek, mamusiu kochana, ludzie dobryje, PO DWÓCH LATACH dodał wreszcie kolejny wpis mój absolutnie ukochany fotobloger Paweł Loroch.

Fakt, że wpis jest z marca (przyznaję, po dwuletnim milczeniu trochę już zwątpiłam w reaktywację i nie zaglądałam regularnie), ale mam nadzieję, że mu się znowu aparat nie zatnie.

Najpierw pomyślałam sobie, że zostawię go sobie jako tę wisienkę na torcie, na tegoroczny Blog Day.

Ale nie!
Nie godzi się tak długo czekać!
Tym co znają Pana Trzaskpraska na pewno się gęba ucieszy.
Ci co nie znają - marsz nadrabiać zaległości!

A teraz krótko, o tym, dlaczego kocham ten blog.
Otóż, oprócz fajnych zdjęć sentymentalnych z mojej ukochanej Warszawy (plus parę innych miast w bonusie) cykniętych  w miejscach, gdzie bywałam często, gdzie mieszkałam (na jednym ze zdjęć, gdzieśtam w starszych wpisach, jest nawet balkon mojego byłego mieszkania :)), pokazujących nieznane zakamarki, zmieniającą się panoramę miasta i ujęcia z miejsc nie zawsze dostępnych dla zwykłych śmiertelników, uwielbiam ten blog za ... PODPISY POD ZDJĘCIAMI.

Jeśli chcecie poznać choć trochę fidrygaukowe poczucie humoru, to poczytajcie sobie podpisy Pawła Lorocha :)
Gra słów, ironia, dowcip subtelny, nie prostacki.

Choć nie ukrywam, że raczej nie chciałabym stać się Anielą lub inną Panią Pelagią, przydybaną na jakimś 'niecnym' czynie :))
Pan Paweł jest jednak dyskretny i nie obnaża tabloidowo.

Zawsze jak oglądam, to się zastanawiam, czy fotografowani ludzie nie mają nic przeciwko i co by sobie pomyśleli, gdyby się przypadkowo odnaleźli w internecie (czy przypadkowi bohaterzy zdjęć zrobionych w miejscach publicznych mogą się nie zgodzić na upublicznianie ich wizerunku??)
Pytanie pewnie zostanie bez odpowiedzi :))

A ja tymczasem przespałam się z emocjami, nacieszyłam się powrotem Blogera Marnotrawnego, łzy otarłam, a teraz czas, by się wreszcie rodziną zająć :))

Jest dobrze!
Miłej niedzieli.

Bo jakby komentował, to byśmy wygrali.

Przesłałby te swoje pozytywne fluidy ...

Myślę, że potrzeba mi jakiejś teorii spiskowej, która by wytłumaczyła, dlaczego we własnym kraju, na trzy mecze nie wygraliśmy żadnego i nie wyszliśmy nawet z grupy, a wręcz wylądowaliśmy na szarym końcu.
Bo (spuściwszy uprzednio zasłonę milczenia na dzisiejszy mecz; pierwsze prawo Yerkesa-Dodsona się kłania) Polacy naprawdę nie grali źle.
Spisek jak nic!
Czekam na powołanie komisji śledczej.

Ja tam się futbolem zupełnie nie pasjonowałam.
Do ostatniej soboty.
Tydzień czasu gorąco kibicowałam.
Dawno już tak bardzo nie chciałam, by COŚ się stało.
Moja wiara w cuda osiągnęła dziś szczyty i na pewno była większa, niż ziarno gorczycy.

Widać jednak, że nie była to wiara (bo ta jest pewnością, tego czego nie widzimy).
A nadzieja umarła.
Owszem, ostatnia, ale jednak umarła.

Tak dobrze żarło i zdechło :(

Ej, Pepiki, Pepiki.
Stali przy swojej bramce całą pierwszą połowę.
Jak wierne psinki.
Nie ruszyli się ani na krok dzielnie stojąc murem przed Pepikiem Czechem. Peterem.
A potem cichaczem, na bezczelnego wykorzystli swoją szansę (na Tytonia nie gadajcie, bo chłopak się starał)!

Jedyne, co mnie pociesza, to że Ruscy też jadą do domu.
No jest jakaś sprawiedliwość dziejowa!

No, bo ja oczywiście rozpatruję ten mecz w kontekście historyczno-politycznym.
Nie inaczej.
Nie inaczej.
Myślę, że na wynik (oprócz Zimocha) wpłynęło również nasze położenie geograficzne, zabory i komuna :)))

Dlatego tym bardziej chciałam, żebyśmy wygrali.
By udowodnić, że my też potrafimy.

Niestety nie udało się.
Teraz wszystkie plusy dodatnie związne z Euro mnie już nie cieszą.
No szkoda, szkoda, szkooooooda.

A do tego mam okrutne wyrzuty sumienia, bo nie wiem ile razy w ciągu ostatnich paru godzin miałam ochotę zakneblować moje dzieci.
Bo oni "tylko chcą coś powiedzieć".
Cholera jasna, na gadanie im się zebrało!!!!
I na wyszywanie krzyżykami (nawlec, policzyć kwadraciki, wytłumaczyć, poprawić)
I na robienie kalendarza (kolorowe gazety potrzebne)
I na granie w nową grę (A kto objaśni zasady?)
I na zgłębianie tajników 'futbolu' (Mamo, a ten to jest Czech?)

          

A teraz, dla rozładowania emocji oglądam Dzień Świra.

Akurat leciało zaraz po meczu :))

Nienawidzę tego filmu!!!

Na potrzeby dzisiejszego rozładowania emocji jest jednak idealny.

"Ku*wa, ja pier*dole".

__________________________________________________________________________

Ps.

Dialog małżeński.
Występują:
- słomiany kibic, nieobecna duchem Fidrygauka Zdruzgotana
- mąż rzeczonej

Scenografia:
salon, papierki po nerwowo jedzonej czekoladzie, walające się puste torby po czipsach, porzucony haft krzyżykowy na podłodze, zaduch

Czas:
okolice 21:30 czasu Greenwich

Mąż: Kiedy Polacy ostatni raz odnieśli sukces w piłce??!! W 1982.  To ile lat temu?

Fi Zdru:  Oj daj mi spokój! Nie znam się na piłce. :))

To tyle, w kwestii futbolu.
Dziękuję Państwu za uwagę.
Następnego wpisu z tym tagiem już raczej na tym blogu nie będzie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire