mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży
wtorek, 25 grudnia 2012

W zeszłym roku było klasycznie.
Był pośpiech, nadmiar wszelaki i angina.
W tym choroba mnie łaskawie ominęła, ale za to wszystko inne było postawione na głowie.

Wbrew tradycji nie zerwaliśmy się bladym świtem, z bladym obliczem, pocąc się na myśl o milionie niezrobionych jeszcze rzeczy, ale wyłączywszy w budziku opcję drzemki, pozwoliliśmy naszym przemęczonym organizmom powylegiwać się do 9:30.

Następnym punktem programu było rozpoczęcie świątecznych dekoracji.
Na pierwszy (i właściwie ostatni, nie wliczając gwiazdy betlejemskiej i wigilijnego stołu) rzut poszły moje paznokcie, które za sprawą znajomej Chinki przybrały kolor wściekłego świątecznego karminu.

Później sałatka jarzynowa przyjęła odpowiednią konsystencję (wiem, że to niewigilijne danie, ale musi być i basta!), podłoga w kuchni otrzymała ostatnie szliwy, a stoliczek się nakrył  i można było zaczynać.

 

Nie ma choinki, bo ...

Czytaj dalej ...

sobota, 22 grudnia 2012

Jest spokojny, wilgotny, ciepły wieczór.
Słoneczny dzień, przeżyty koniec świata i pierwszy dzień urlopu nastroiły mnie bardzo pozytywnie.
Co prawda całe przedświąteczne zakupy, sprzątanie i gotowanie dopiero przede mną ale na pewno się wyrobię, albowiem w tym roku nasze święta będą w stylu 'low profile'.
Po raz pierwszy (!) spędzimy je sami, tylko we własnym sosie.
Od ośmiu lat nie byliśmy na świętach w Polsce, bo bilety są horrendalnie drogie.
Zawsze jednak spędzaliśmy je z naszymi polskimi przyjaciółmi w gronie ... co raz bardziej się wykruszającym; ale to temat na inny wpis.

W tym roku za to JEDZIEMY!!!
Co prawda właściwie już świętach, ale na atmosferę świąteczną i odsmażane pierogi na pewno się jeszcze załapiemy.
Po cichu liczyłam na prawdziwą, zaśnieżoną polską zimę, a tymczasem ma lać, jak z cebra.
Oh, well!
Coś mnie tknęło, żeby sprawdzić ceny biletów. Te okazały się być tak niskie, a na dodatek ferie są tak długie (do ósmego stycznia), że żal było nie pojechać.
Dlatego też tu w Angli  wszystko będzie w wersji mini.
Muszę tylko jeszcze jakoś wymanewrować z tą choinką, której - ku umiarkowanej rozpaczy moich dzieci - w tym roku nie będzie.

W tym miejscu zamierzam jednak sprofanować.
I powiedzieć, że o tej porze roku najbardziej tęsknię za ... Szwecją.
To nie znaczy, że nie rusza mnie karp, czy pierogi z kapustą.
Nie mówię, że nie lubię spotkań w rodzinnym gronie.
Pierwsza gwiazdka, a nawet kolędy, których nie śpiewam od lat i nocne Polaków rozmowy potrafią mnie ładnie nastroić.
Ale to właśnie Szwecja kojarzy mi się z najpiękniejszymi świętami, jakie kiedykolwiek przeżyłam.

Dawno, dawno temu ...

Czytaj dalej ...

 

http://fidrygauka.blox.pl/resource/szwedzki_dom.jpg

wtorek, 18 grudnia 2012

Moje życie nie jest uporządkowane. To już dawno wiecie.
Jednakże, żeby nie zwariować potrzebuję stałości w pewnych dziedzinach.
Nieeeee, że od razu 'control freak'!
Ale lubię, no lubię, mieć przynajmniej pewne aspekty życia pod kontrolą.

I nie musi być to mąż (mężczyzn się nie da kontrolować, a teoria o szyi jest mocno przesadzona, w końcu to głowa wydaje szyi sygnały, by się szyja kręciła nie?; zresztą mój daje mi tyle wolności, że musiałabym być niewdzięczną suką, żeby się czepiać :)))

Góra wysuszonego na pieprz prania też może być zupełnie poza kontrolą i po przeleżeniu na sofie przez tydzień uszczuplić się naturalnie (przy braku czystych majtek w szufladzie nawet największy leń domowy pokwapi się do salonu - który, co wiadomo nie od dziś - jest przecież idealnym miejscem dla góry barchanów i skarpetek nie do pary).

moja sofa jest fioletowa - to jakby ktoś pytał :)

Zawartość szafek kuchennych też jakoś dzielnie umyka mojej uwadze. Trochę mi wstyd, że za każdym razem gdy rozmawiam z mamą i pada pytanie, co mamy dziś na obiad, muszę zgodnie z prawdą odpowiedzieć: makaron z sosem. Statystycznie rzecz biorąc wychodzi z tego podła manipulacja, bo ja i zupkę upichcę i warzywka zapodam, a i od czasu do czasu coś wykwintniejszego wymodzę. Moja mama jednak zawsze pyta...

 

Czytaj dalej ...

środa, 12 grudnia 2012

Słonina może być bardzo wdzięcznym tematem na lodowate angielskie wieczory.
Oczywiście lodowatość jest pojęciem względnym.
Wyspiarskie gazety trąbią o Potworze ze Wschodu ('The Beast from the East'), snują ponure wizje frontów atmosferycznych nadciągających znad Rosji, lubują się w używaniu przymiotnika 'syberyjski' i wykazują (nie po raz pierwszy kiepską znajomością geografii) przestrzegając ludzi przed 'arktycznymi temperaturami' (tak gdzieś w okolicach -8°C !!!)
Co nie znaczy, że w Anglii nigdy nie ma zimowej aury.

http://fidrygauka.blox.pl/resource/snieg_w_Londynie.jpgtak BYWA :)

Choć powiem szczerze, że angielskim nastolatkom nie przeszkadza chodzić z GOŁYMI NOGAMI w samych skarpetkach przez caluśki okrągły rok.
Gdzieś kiedyś czytałam, że nieumiejętność dostosowania ubrań do pory roku (i generalnie nieadekwatność zachowań do sytuacji) jest jednym z objawów niedojrzałości psychicznej.
Hmmm, pozostawię to bez komentarza ...

Ale ja nie o tym dziś chciałam ...

Czytaj dalej ...

czwartek, 06 grudnia 2012

Wszyscy znamy tabloidowe metody przyciągnia naszej uwagi.
Mimo tego dajemy się nabrać na takie różne 'haczyki' typu: Maryla Rodowicz zdjęła stanik, po to tylko, żeby po kliknięciu na zdjęcie doczytać koniec zdania ... z wystawy, na otwarciu nowego salonu Triumph'a.

Gazety drukowane też stosują irytujące tricki, polegające głównie na łączeniu ogromniastego nagłówka z potężnym zdjęciem, które jest zupełnie niepowiązane z treścią króciutkiej zajawki pod tytułem. 
Czasami jak oglądam te pierwsze strony, to aż się dziwię że jeszcze nikt nikomu nie wytoczył sprawy o zniesławienie ;)
Anglicy jednak mają sporo dystansu do siebie.

Oto niektóre z co ciekawszych zestawień:

Czytaj dalej ...

 


Czy David Beckham kichając rozprzestrzenia pożerające ciało bakterie?

wtorek, 27 listopada 2012

Zauważyłam, że stos gazet do przejrzenia jak rósł, tak rośnie.
Nie mam czasu na ploteczki z metra.
A raczej mam, ale jak już zasiadam, by opisać jakiegoś kolejnego dziwoląga, albo głębiej podrążyć jakiś temat, to zaraz przeczytam coś to tu, to tam i wszystkie plany dotyczące wpisów biorą w łeb.

Pomijam już, ile to ja wpisów Wam naobiecywałam! Pewnie mi wcale nie wierzycie, że

Czytaj dalej ...

 

czwartek, 22 listopada 2012

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o badaniach nad bliźniakami, wszystko we mnie krzyczało.
Że jak to, że to nieprawda, że nie mogą nami rządzić geny!

Ja się na to nieeeee zgaaaaadzaaaaam!

Oj wiem, czytałam przecież o adoptowanych bliźniakach, którzy odnaleźli się po latach i okazywało się, że mieli podobnych partnerów, podobną liczbę dzieci, podobne zainteresowania, hobby, nałogi itp. mimo iż byli wychowywani przez zupełnie innych ludzi.
Nie chciałam jednak wierzyć w taką zdeterminowaną przyszłość, zakodowaną gdzieś w moim DNA.
Tym bardziej, że moi rodzice są takimi przeciwieństwami (nie znam nikogo, kto by się różnił bardziej - przy nich woda i ogień to jak bliźniaki :)), że mieszanka genetyczna, jaką mi zafundowali ma niewątpliwie właściwości wybuchowe.

A ja chciałam cichego, spokojnego życia, na które ...



Czytaj dalej ...



sobota, 17 listopada 2012

Zostałam zaszczycona wyróżnieniem przez aż trzy* blogerki, co jest niezmiernie miłe i muszę uważać, żeby nie wpaść w pychę i samozachwyt :)

Żona Oburzona, Oliwka z Toskanii i Bezcielesna dały mi jednak niezły orzech do zgryzienia, nie tyle jeśli chodzi o odpowiedzi czy też o liczbę pytań, które będę musiała zadać (wiele już padło wcześniej) ale przede wszystkim o liczbę osób do wytypowania w fazie końcowej, znając niechęć wielu do tego typu zadań.

Przy poprzedniej zabawie żadna z czterech wytypowanych osób nie podniosła rękawicy, więc nie wiem, jakiej siły perswazji mam użyć, żeby przekonać kolejne 11 osób ...

Czytaj dalej ...

piątek, 16 listopada 2012

Mam parę ogłoszeń parafialnych.

Robótka

Jest robótka, przepięknie opisana przez Kaczkę (i wielu innych blogerów), a zilustrowana przez Bebeluszka.
Ja się nieczęsto pcham do pomocy charytatywnej na oślep.
Ale tu gołym okiem widać, że to nie na oślep.
Posyłam więc w świat dalej.
Może komuś się też akcja spodoba.
Zajrzyjcie koniecznie !!!

Ja jestem zachwycona!

 

Blogerzy Bajki Piszą

Porywam się z motyką na słońce!
W życiu nie napisałam żadnej bajki, choć plotę bajki nie raz i wiele z tego, co mówię można między bajki włożyć :)))
Stwierdziłam jednak, że dlaczego nie?
W końcu trzeba sobie jakieś wyzwania stawiać.
Choć jak tylko się zgłosiłam, to strach mnie obleciał, że stworzę jakiegoś banalnego, nieoryginalnego gniota. Ale w końcu do nagrody Pulitzera nie prenduję :)))

Zachęcam Was do uczestnictwa.
Nie tylko ze względu na wyzwanie rzucone przez Książki Zbójeckie i Krainę Czytania.
Ale jak będzie więcej niż 30 uczestników, to organizatorzy być może zrobią odsiew.
Wtedy ewentualne odrzucenie mojej bajki nie będzie tak bardzo upokarzające ;-P

No, a poza tym, możecie (być może) po raz pierwszy zostać współautorem ... KSIĄŻKI :)

 

 

Liebster Blog

Nie wiem, dlaczego mnie taki zaszczyt kopnął, ale zostałam wytypowana aż przez dwie blogerki do nagrody za 'dobrze wykonaną robotę'.

Bardzo serdecznie dziękuję Oliwce z Toskanii i Żonie Oburzonej (kolejność alfabetyczna :)) i obiecuję, że wpis pojawi się wkrótce, choć nie wiem, kogo będę mogła wytypować, bo ostatnio wszyscy Wytypowani mi się wzięłi i zbuntowali (z autorką bloga Książki Zbójeckie na czele!!! Dobrze, że ja nie jestem pamiętliwa ;-P)

 

No, to zabieram, się do roboty robótki, w końcu nominacja zobowiązuje!
Obym się tylko nie pomyliła i w odpowiedzi na pytanie nie naopowiadała jakichś bajek :)

 

Ps. A tu dodatkowa historia ku pokrzepieniu serc i zachęcie - o pozytywnych aspektach i sile internetu (wolę to niż tracenie energii na dążenie do (piątej) władzy :)))

 

Kocham Pomysłowość !

Właśnie założyłam na mojej stronie na Facebooku nowy album pod tytułem 'Kocham Pomysłowość!'

Bo kocham!

Uwielbiam ludzi, którzy potrafią stworzyć coś niebanalnego, zobaczyć przedmioty w innym świetle i wykreować rzeczywistość z rzeczy o pozornie zupełnie innym przeznaczeniu.

Niektórzy piszą całe blogi na ten temat.
Ja jednak skromnie ograniczę się do wrzucania co i raz znalezionych perełek do albumu.
Album można też oglądać bez posiadania konta na tym budzącym kontrowersje portalu :))

Obecnych na fejZBUKU zapraszam na moją stronę po zawsze świeże, choć rzadko rzucane pod ladę, update'y ...



... a pozostałych do oglądania bez możliwości komentowania :))

(klik w zdjęcie poproszę)

tekst alternatywny

 

 

 

 Miłego dnia!

wtorek, 13 listopada 2012

Sztokholm

"Wyślij maila do Carla-Gustava" - powiedziała Christina, szara eminencja organizacji charytatywnej, która miała pod kontrolą paręnaście równolegle toczących się spraw w Turkmenistanie, Indiach, Albanii czy Uzbekistanie.
Christina była postacią mityczną, z którą miałam okazję rozmawiać parę razy przez telefon, mieszkając jeszcze w Polsce. Łamiąc sobie język i wycierając o spodnie spocone z wrażenia ręce, przekazywałam jej informacje od mojego szefa, upewniając się milion razy, że mnie zrozumiała.
Angielski nie był jej pierwszym językiem, ale jak każda Szwedka władała nim płynnie od dzieciństwa. 
Nie to co ja, Dukacz Pospolity.

Jak tylko przeprowadziłam się na drugą stronę Morza Bałtyckiego, Christina od razu wciągnęła mnie...

 

Czytaj dalej ...

czwartek, 08 listopada 2012

Nie wiem jeszcze kogo, ale udusze na 100%
A juz na pewno napisze dluuuuugi 'letter of complaint'. Do cholery, nie na darmo sie uczylam, jak pisac te bzdury !!!
I pomyslec, ze sie zawsze zastanawialam, po co komu takie umiejetnosci ?!

Czytaj dalej ...

niedziela, 04 listopada 2012

Dzwoni P.
Tonem nieznoszącym sprzeciwu acz posiłkując się urokiem osobistym zarządza, co następuje:

Za tydzień stawić się trzeba w miejscowości L. bo K., żona P.ma urodziny i szykuje się party-niespodzianka.



Impreza ma się odbyć tylko w babskim gronie, co ma stworzyć odpowiedni klimat swobodnego rozmawiania o najnowszych środkach do pielęgnacji włosów, zachwycania się papierem do pakowania o zapachu olejku różanego czy promocjach w Zarze, ale też oderwać Matki Zabiegane od pieleszy i ognisk domowych.

Mężom należy oznajmić (tonem nieznoszącym sprzeciwu, rzecz jasna, posiłkując się urokiem osobistym), że

Czytaj dalej ...

środa, 31 października 2012

W kolejce do świętowania ustawiam się na ogół ostatnia.
Lub przedostatnia.
Przed moim mężem.

A najczęściej siedzę w kącie i prycham, że w cholerę mi ten cały cyrk, że nie lubię, że brrr ...

Przeprowadzając  freudowską autoanalizę moich poczynań mogłabym się doszperać wielu związków przyczynowo-skutkowch.
Imieniny - wiadomo - trauma po polonistce :)) Nie obchodzę.
Urodziny - jeden rok w te czy we wte na razie mi różnicy nie robi. Żyję, cieszę się życiem, rozkoszuję się życiem rotacyjnie (w przerwach między narzekaniem).

Prezenty nieśmiało przyjmuję (w myśl maksymy mojego teścia: dają-brać, biją-uciekać :))), acz ze skrępowaniem wielkim.
Bo dla mnie to dzień, jak co dzień.
Życzenia należą się ...

Czytaj dalej ...

 

wtorek, 30 października 2012

Moja mama.

Nigdy, przenigdy nie wtrącała się do moich lekcji. Nie sprawdzała ich, nie kontrolowała, nie przepytywała.
Kto wie, może chciała sobie oszczędzić nerwów?

Zawsze jednak mogłam przyjść do niej z wypracowaniem.

Mniej więcej w czasie mojej późnej podstawówki mama pisała doktorat.
Nieee, nie z nauk humanistycznych, broń Boże :)))
Miała chyba jednak wtedy wyjątkową wrażliwość na słowo pisane, na logiczne połączenia między zdaniami, na zwartą konstrukcję paragrafów czy spójność tekstu.
Zbyt dużą, jak na moją ówczesną cierpliwość.

Sesje korekcyjne trwały bowiem godzinami.
Było czytanie, szukanie synonimów, uzupełnianie, wstawianie, przetasowywanie, ponowne czytanie - w tym musiałam brać czynny udział.
Były gwiazdki, odnośniki, strzałki, dopiski, podkreślenia, szlaczki, chmurki (moja mama jest osobą super poukładaną - nigdy przy późniejszym przepisywaniu nie pogubiłam się w tym swoistym labiryncie notatek).
Było cyzelowanie, szlifowanie, zagryziony w namyśle kącik ust, skupienie.

Były w końcu moje błagania ...

 

Czytaj dalej ...

 

sobota, 27 października 2012

Pierwsza była Czesia D. zwana przez wszystkich Czesią-Mandoliniarą, brzdąkającą upojnie na tym rzewnym instrumencie.
Była mistrzem akademii na cześć i jej pierwszomajowe występy były zawsze głośno a długo oklaskiwane.
Do dziś pamiętam te wierszyki sławiące nieomylność systemu komunistycznego, to powiewanie flagami - jedną w barwach narodowych, drugą w barwach okupanta (czerwoną, acz bez sierpa i młota), ten socrealistyczny patos.

Piękne święto Pierwszy Maja!
Wszystkie dzieci cię kochają
Wszystkie razem zaśpiewają
W ten majowy dzieeeeeń (
tu łopot flag)
Idą ulicami tłumy niezliczone,
A nad nimi powiewają chorągwie czerwone ...
itd. w ten deseń :))

Czesia była poczciwa i człowiekowi przychylna, aczkolwiek podpadła mi dwa razy.
Za pierwszym razem, gdy nie pozwoliła mi śpiewać w chórze na zakończeniu roku za to, że nie miałam białej koszuli, a zwykły T-shirt, który moja rozsądna  mama dała mi celowo w zamian, sądząc, że skoro idą  wakacje i upał jest niemiłosierny, to chyba świat się nie zawali.

Tymczasem Czesia dostała apopleksji i wyszarpawszy mnie za (krótki) rękaw koszulki z drugiego rzędu (gdzie przecież nie rzucałam się tak bardzo w oczy dyrektorstwu), wywaliła  za drzwi sali gimnastycznej, nie zważawszy na ...

Czytaj dalej ...



środa, 24 października 2012

... czyli jak powstają wpisy na bloga.

Mogę śmiało powiedzieć, że dziennie powstaje przynajmniej jeden wpis.
Praca pracą, dzieci dziećmi, mąż mężem, ale  proces tworzenia  nowych wpisów toczy się nieustannie.


Myśl przewodnia
rodzi się w mojej głowie z rana. Wstępny zarys (wciąż w mojej głowie, rzecz jasna) powstaje w czasie porannej kawy lub wręcz podczas mycia zębów.
Pierwszy poważniej wyglądający szkic pojawia się

 

Czytaj dalej ...

sobota, 20 października 2012

Angielskie metody nauczania są zgoła inne niż polskie.
Wynika to z miliona różnych rzeczy, w dużej mierze ze specyfiki języka.
Czytanie po angielsku, wymaga bowiem nie lada umiejętności rozróżniania tych wszystkich głosek długich i krótkich (sheet vs. shit), kilometrowych zlepków liter, których wymowa ma się nijak to pisowni (laugh, daughter czy because), oraz innych kluczków, czytanych raz tak, raz siak (np bow /boʊ/ - łuk czy bow /baʊ/ - kłaniać się).
Tych zagwozdek i pułapek jest jeszcze całe mnóstwo i naprawdę podziwiam angielskie dzieci, że są w stanie opanować tę trudną sztukę czytania :))
Jedną ze strategii pomagającej im pokonać samogłoskowego potwora i zapamiętać całą gamę wyjątków od wyjątków jest ...

Czytaj dalej ...

 

niedziela, 14 października 2012

Jako samozwańczy, niezależny i nieobiektywny badacz blogosfery nie mogłam sobie darować takiego wydarzenia jak Blog Forum 2012.

Zeszłoroczna konferencja, na którą natknęłam się przypadkiem na youtube, natchnęła mnie do głębszego przeczesania tematu i zaoowocowało Ilustrowanym Słownikiem Blogera oraz rozprawką naukAwą o piątej władzy.

W tym roku nie mogłam więc sobie odmówić przyjemności i miast zająć się obowiązkami Matki Polki (na obczyźnie), zasiadłam na mojej ulubionej sofie i udając - dla niepoznaki - że sortuję papiery, oglądałam relację na żywo :))

Nie ukrywam, że moją główną motywacją nie było zobaczenie Kominka czy Segritty (ceWEBrytów będących potwierdzeniem tezy że w dzisiejszej blogosferze autokreacja i autosprzedaż stanowią ...

Czytaj dalej ...

 

piątek, 12 października 2012

Z każdym dniem, przy wyrywaniu kolejnej kartki z kalendarza, ubywa mi dziecięcej naiwości, skóra (i dupa) twardnieje, a ręce i inne anatomiczne części ciała opadają.
Proces ten nazywa się nabieraniem doświadczenia życiowego.

Od czasu do czasu staram się, w ramach liftingu i odnowy biologicznej, robić remanent na półeczkach obserwacji i w szafkach przeżyć.

Wyrzucam wtedy flaszki z egoistami, pudełeczka z chamami, puszki z idiotami i woreczki z dupowłazami.

Ach, ja mi się dobrze robi po takich porządkach!
Świat się jawi jako miejsce piękne, optymistyczne i kolorowe.

Niestety co i rusz jakiś złośliwy chochlik podrzuca mi do spiżarenki zbuka i smród ponownie zaczyna zakłócać me sielankowe postrzeganie świata.

Do najtrwalej śmierdzących jaj należą ...

Czytaj dalej ...

 

 



środa, 10 października 2012

Gdzie się nie obejrzę, to blogerzy mają jakieś serie, cykle, akcje i konkursy!

Pozazdrościłam, pozazdrościłam.
Ponieważ nie mam jednak tak oryginalnych pomysłów (ani znajomości :)), mój cykl będzie (uwaga nowość, he, he :)) inspirowany angielską rzeczywistością.
A dokładniej jej paranoiczno-absurdalnym aspektem.
I owszem, będzie to cykl. Tryptyk w tym przypadku na pewno nie wystarczy!

Ten kraj niezmiennie zadziwia mnie swoją dwoistością.
Są rzeczy, które są jak miód na serce. Rozwiązania inteligentne, człowiekowi przychylne, zachwycające swoją prostotą lub - gdy trzeba - zaskakujące precyzją i złożonością.
O tych dobrych obiecuję pisać w ramach autoperswazji i niekończącego się procesu oswajania Wysp Szczęśliwych.

Tym złym jednak też nie daruję, jako żywo!

Nie bez przyczyny jednym z najpopularniejszych postaci spośród bogatej galerii typów i typków "Małej Brytanii" jest Carole Beer, recepcjonistka, z którą trudno cokolwiek załatwić.

Computer says 'No'.
I nie ma dyskusji.
Poza pewne ramy wyjść się nie da.

Jako wpis inicjujący proponuję historyjkę o sklepie z mundurkami, zwanymi w pinglisz 'juniformami'.

 

Czytaj dalej ...

piątek, 05 października 2012

Naprawdę nie złośliwie, naprawdę nie z chęci zanudzenia Was, nawet nie z chęci podtrzymania tradycji tworzenia 'tryptyków' :))
Tak po prostu wyszło, że znowu mam dla Was kolejną zabawę.

Niestety, mam świadomość, że dla większości czytelników będzie ona (nomen omen) nieczytelna, ale tak mnie zafrapowała, że postanowiłam się podzielić - a nuż-widelec komuś się też spodoba.

Szarado-zgadywanka polega na odgadnięciu siedemdziesięciu pięciu (!!!) nazw stacji londyńskiego metra ukrytych w tym jednym rysunku:


rysunek można obejrzeć w powiększeniu na oryginalnej stronie (link poniżej)

Czytaj dalej ...

wtorek, 02 października 2012

Coming out niezgodny z definicją, bo niedotyczący orientacji seksualnej ani odmiennych poglądów (sprawdzałam, czy się pisze oddzielnie czy z myślnikiem może i ku memu wielkiemu zdziwieniu skonstatowałam, że to hasło zostało niemalże całkowicie zawładnięte przez osoby LGBT) - ale tytuł zostanie, bo jest chwytliwy :))

Już robiąc plakacik pt:"Dwanaście Fidrygałek" zastanawiałam się, na jakiej podstawie będziecie przypisywać mnie jednemu z tych zdjęć.
Skąd się biorą wyobrażenia o danej osobie?
Czy biorą się ze słów, czy skojarzeń, a może porównań z jakimiś znajomymi?

Głosy oczywiście były różne ...

 Czytaj dalej ...

 

środa, 26 września 2012

Ostatnio było tu trochę na blogu o pięknie, o fotografiach, wizerunku, a nawet o awatarach się nadarzyło.

Poprzedni wpis był tzw. ciężkiego kalibru (choć przyznam, że z wielką uwagą czytałam Wasze opinie - super ciekawe wypowiedzi pod tekstem chyba przekroczyły jego długość :))

Dzisiaj więc, na rozładowanie emocji, coś zgoła innego.
Lekkiego, łatwego i przyjemnego (mam nadzieję :))

Pytanie brzmi: Jak mnie sobie wyobrażacie?

Czy jestem ...

 

 

KTÓRA Z NICH TO FIDRYGAUKA?*

 

Czytaj dalej ...

niedziela, 23 września 2012

Ernest Nemeczek, bohater szkolnej lektury. Drobny, płowowłosy, żujący kit chłopczyk, który tak dzielnie walczył o Plac Broni, że przypłacił to życiem.

Jego choroba i nieoczekiwana śmierć dotknęły mnie swoją niesprawiedliwością.
Moje dziecięce pojmowanie świata nie ogarniało jednak samego zjawiska śmierci.
Nawet czytany swojego czasu namiętnie Hans Christian Andersen nie zdołał mnie przestraszyć jej nieuchronnością i okrutnością.

Kończąc lekturę 'Chłopców z Placu Broni' żałowałam małego, cherlawego chłopczyka, który chciał być honorowy do samego końca.
Nie myślałam o rozpaczy rodziców, którzy stracili jedynego syna.
Nie zastanawiałam się, co przeżywają, jak sobie radzą, co myślą.
Ich perspektywa była daleko poza moimi możliwościami ogarnięcia otaczającego mnie świata.

Dotarło to do mnie dużo mocniej parę lat później, kiedy jeden z moich kolegów zginął w wypadku motocyklowym.
Jego pogrzeb - pierwszy na którym kiedykolwiek w życiu byłam - wywarł na mnie niesamowite i niezapomniane do dziś wrażenie.

Może dlatego, że nigdy nie lubiłam P.
Irytował mnie, złościł, wkurzał. Obgadywałam go nie raz swoim złośliwym jęzorem dorastającej siksy.
Palił papierosy, robił sobie trwałą, chodził na wagary.
W czasie jednej z nielegalnych pozaszkolnych eskapad, wyjechał na motorze, tyłem, na drogę. Wprost pod rozpędzony samochód.

Dwa tygodnie w śpiączce.

W poniedziałek rano dowiedziałam się w szatni (pamiętam dobrze, pierwsza lekcja to był w-f), że P. umarł.

Jak to umarł?

Że tak po prostu?! Że go nie ma?! I już nigdy nie będzie?!

Ale przecież ja mu tę trwałą wybaczę, ja słowa nie powiem na śmierdzący papierosami oddech, polubię jego dowcipy i dziwne stroje, tylko żeby to była nieprawda ...

A potem widziałam mamę.

Starszą panią rzucającą te idiotyczne grudki ziemi na drewnianą trumnę, gdzie leżał jej jedyny syn.

Rozrechotany P.

Z baranimi lokami, z zółtymi zębami, z chochlikowatym błyskiem w oku.

To znaczy takim był na zrobionym parę tygodni wcześniej zdjęciu klasowym.

Często oglądam to zdjęcie.

Na zdjęciach grupowych zawsze najpierw szukamy siebie.

Ja zawsze najpierw patrzę na P. ...

*****

A naszło mnie tak na te smutne rozważania w deszczowe, jesienne popołudnie, bo natrafiłam w necie na coś, co mnie totalnie zszokowało:

WIKTORIAŃSKIE FOTOGRAFIE POŚMIERTNE

Szukałam jakichś zdjęć na Pinterest (portal, gdzie można gromadzić setki zdjęć: wgrywać je samemu lub 'przepinać' na swoją tablicę) i natknęłam się na dość ponure zdjęcie dziecka w trumnie.
Przejrzałam więc profil użytkownika. I po nitce do kłębka ... wertując wirtualne zbiory kolejnych użytkowników, dotarłam do imponującej kolekcji fotografii pośmiertnych.

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jest całkiem spora grupa ludzi gromadzących zdjęcia ni mniej ni więcej tylko nieboszczyków.
Pomysł tworzenia galerii ze zmarłymi wydał mi się chory (choć wielość materiałów dostępnych w sieci świadczy o tym, że temat poruszył nie tylko mnie), nie bardziej jednak niż sam fakt robienia takich fotografii.

Okazuje się jednak, że w dziewiętnastowiecznej Anglii (a także we Francji i Prusach) była to bardzo popularna tradycja.

Wydawać by się mogło, że w czasach, kiedy śmierterność niemowląt była wysoka, a średnia długość życia o wiele krótsza niż obecnie, odejście najbliższych nie powinno aż tak zaskakiwać.Więcej fotografii ...

Śmierć jednak zaskakuje zawsze.

Od wieki wieków zmarli pozostawali byli jedynie w pamięci rodziny i znajomych. Nielicznych stać było na malowane portrety.
Wynalezienie fotografii  (a najpierw dagerotypu) otworzyło przed ludźmi nowe możliwości.

Robienie zdjęć było tańsze i mniej czasochłonne niż pozowanie godzinami przed sztalugami mistrza. Jednakże i wtedy nie wszystkich było stać na sesję w atelier.
Finansowo i czasowo.

Dlatego często jedyną pamiątką pozostającą po ukochanym dziecku, po zmarłej za młodu córce, po mężu, który odszedł do lepszego świata zostawiając na ziemskim padole żonę z gromadką dzieci, stawało się zdjęcie.
Zdjęcie robione w naprędce już po śmierci.

Pierwotnie robiono fotografie zmarłych osób w trumnach, ubranych odświętnie i spowitych w całuny, kwiaty, różańce i atłasy. Wyglądało to mrocznie i przygnębiająco.
Wątpię, czy chciałabym mieć taką pamiątkę.

Nie ja jedna.

Fotografia pośmiertna zaczęła ewoluować w kierunku pamiątki bardziej pogodnej.
Niemalże sielankowej  :)

Nie wiem, kto pierwszy na to wpadł. Czy było to na życzenie jakiejś zrozpaczonej rodziny, którą nagle dotknęła śmierć ukochanego dziecka, czy idea narodziła się w głowie obrotnego,  węszącego dobry interes fotografa.
Dość powiedzieć, że pomysł chwycił.

Najpierw trumny zastąpiono ...

Więcej zdjęć ...

wtorek, 18 września 2012

Ani żadnym innym singielkom, kobietom porzuconym, babom sfrustrowanym, dziewczynom niedoświadczonym, mężatkom zdołowanym, które twierdzą że ... kobieta nie potrzebuje komplementów od mężczyzny!

Zresztą wierzcie sobie w co tam chcecie.

Ja nie wierzę!

Nie wierzę, że nie jest miło usłyszeć, że piękna, że nieprzeciętna, że ładne oczy i włosy (nie krzyczcie - inteligencji nie wymieniam celowo).
Że kobiety to tak tylko i wyłącznie dla siebie ten makijaż robią, dla samopoczucia, rozumiecie.
Bo faceci to i tak tylko patrzą na to, co od szyi w dół.

I nie mówię tu o prymitywnych zaczepkach podtatusiałych, podchmielonych typków w stylu 'Te lala, za tobą to ja bym jak w dym' , czy o seksistowskich zalotach żonatego szefa.

Ale o tym błysku w oku, od którego robi się człowiekowi (kobiecie, znaczy się) ciepło.
O komplemencie rzuconym bezinteresownie.
O zachwycie, choćby tylko chwilowym.

I musi to być od faceta. Li i jedynie.
Od koleżanki się nie liczy (no chyba, że któraś ma orientację XX).
Komplement od koleżanki może świadczyć co najwyżej o tym, że są jeszcze na tym świecie osoby niezawistne.
Ale komplement od faceta to inny kaliber.
W końcu oni są koneserami :))

Kobiety lubią wiedzieć, że się podobają. To część naszego genotypu.
Niektórzy nazywają to próżnością, inni potrzebą emocjonalną.

Genotyp, oczywiście może być zaburzony.
Ja sama z tych, co na niewinny tekst albo się buraczą, albo ciskają, że 'no weź se daruj', albo posądzają o ukryte interesy.

Ale jednak mi miło. Szczególnie jak ochłonę trochę z pierwotnego szoku.

Najbardziej mi miło usłyszeć od męża, bo jak mu się chce po tylu latach wyjadania chlebów z pieców przeróżnych zauważyć, docenić i na dodatek zwerbalizować (a mój mąż z kategorii tych, co raz powiedzą i jak się coś zmieni, to dopiero zakomunikują :)) to znaczy, że jest dobrze.

Ale może być też od kogokolwiek innego (acz bezinteresownie obiektywnego :)).

Nie będę się bronić.

Mam lustro i mam mózg.
Jak ktoś chce zanegować moje poranne spostrzeżenia i refleksje, to właściwie dlaczego nie?

***

Taki jeden.

Kręcił się koło mnie od paru dni.
Mijał z zalotnym uśmiechem, aż wreszcie odważył się powiedzieć 'Hello'.
O wyglądzie młodego Roberta De Niro.

Wczoraj też do mnie podszedł, przywitał się i na chwilę odszedł.
Za moment przyszedł jednak znowu.
Stanął na wprost mnie.
I tak po prostu, z rozmydlonym wzrokiem, ale z niezachwianym przekonaniem powiedział:

YOU ARE BEAUTIFUL !!!

Nie czułam się piękna, choć ukrywałam to pod złamanym różem szminki i cyklamenowym lakierem.
Jednak w sekundę zrzuciłam 10 kilo, cera mi się wygładziła, a włosy nabrały objętości jak z reklamy szamponu.

Pięknym kobietom jest w życiu łatwiej.
Piękne kobiety lepiej pracują, szybciej wybaczają i mogą wszystko.
Wszystko!

Więc i ja byłam piękna.

Dzięki takiemu jednemu o wyglądzie młodego De Niro.
Przystrzyżonemu elegancko, szarmanckiemu i zalotnemu.
W czerwonej bluzie w serek, krawacie w paski i krótkich spodenkach.


Mojemu czteroletniemu wielbicielowi ze świetlicy w szkole córki.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Favorki
Językowe
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Z Zagramanicy
Zarchiwizowane chyba ...


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire