|
niedziela, 13 maja 2012
Nie płakałam po Zakopowerze, że tak strawestuję sławne już powiedzenie :) Nie płakałam, bo miałam w odwodzie coś na pocieszenie. Otóż wybrałam ci ja się w czwartek do sławnego teatru The Globe. Prawda jest jednak dużo bardziej przyziemna. Oprócz czystej ciekawości i chęci przeżycia tzw. 'The Globe Experience' (o którym za chwilę) chciałam się gdzieś wypuścić. W ramach festiwalu grane jest wszystkie 37 sztuk Szekspira - każda w innym języku (obok hiszpańskiego czy francuskiego tak egzotyczne jak maori - język Aborygenów, pakistański urdu czy język Zulusów z RPA. Będzie też sztuka w BSL (Brytyjskim Języku Migowym) oraz w języku ... hip-hopowym :))
Rezerwując bilety z radością spostrzegłam, że jedna ze sztuk będzie grana po polsku. Niewiele myśląc bilet kupiłam, przearanżowałam wizyty (to jest akurat potężna zaleta mojej pracy, że sama planuję sobie 'rozkład jazdy') tak bym zdążyła na 14-tą dojechać do centrum i oczekiwałam z niecierpliwością na moje własne Globe Experience. Otóż całą atrakcją jest nie sama sztuka, ale obejrzenie jej oczami siedemnastowiecznego kmiotka, który wpadał do teatru po drodze z karczmy, stawał przed sceną w tłumie jemu podbnych gapiów, rechotał, jak go coś rozśmieszyło, plotkował z sąsiadem, klaskał, tupał, wiwatował, a w jak się znudził to wygwizdywał trupę co sił w płucach, a nawet obrzucał ją kamyczkami. Ja jednak nie zamierzałam stać przez 2 godziny i wykupiłam sobie 'pańskie' miejsce siedzące w galerii na pięterku. Kamieni też ze sobą nie przyniosłam, postanowiwszy, że dam "Makbetowi" szansę podskoczenia z bardzo niskiej pozycji w rankingu moich ulubionych sztuk Szekspira :)
The Globe, to replika sławnego teatru z czasów elżbietańskich, gdzie oryginalnie miały premiery kolejne sztuki Szekspira, i gdzie sam mistrz zabawiał widzów. Rotunda, z amfiteatrem i częściowo zadaszonymi strzechą galeriami ma - mimo młodego wieku - nieprzeciętny urok, a dbałość o szczegóły, która cechowała restauratorów pozwala przenieść się w czasie. Prznajmniej na chwilę ... Jak już większość jak najbardziej współczesnych widzów zajęła pozycje startowe (czyt. jak najbliżej sceny) w krużganku pojawiło się trzech niedbale ubranych transwestytów. Przechadzali się tanecznym krokiem wśród stojących ludzi, zaczepiali młodych chłopców, potykali na zbyt wysokich koturnach i machali kolorowymi boa. Wyglądało to dość niesmacznie. Próbowałam rozgryźć, czy miało to podkręcić atmosferę i nawiązać do tego, iż kiedyś aktorami mogli być tylko mężczyźni, czy byli to autentyczni współcześni 'drag queens' rozkochanymi w teatrze, burlesce i kabarecie, zabijający czas w leniwe, czwartkowe popołudnie. Okazało się, że ani jedno, ani drugie. Były to makbetowskie wiedźmy, które w pewnym momencie porzuciły umizgi do przypadkowych młodzieńców i weszły na scenę prorokować Makbetowi i Bankowi, którzy już od pewnego czasu siedzieli tam w fotelach ubrani w dresy, klapki Kubota wciśnięte na skarpetki, pykając coś na komórkach. Mogłabym w tym miejcu się wysilić i napisać jakąś soczystą recenzję, udając, żem specjalistka od Szekspira. Ale, że na Szekspirze się nie znam i nie widziałam wielu wystawień jego sztuk, - nie będę udawać wielce mądrej pani krytyk (lub może- zgodnie z obecną modą - powinno być 'krytyczki' :)) Krótko mówiąc Makbet w wersji współczesnej nie uwiódł mnie zupełnie. A może w świetle ostatnich rozważań (nad Koko Sroko, tożsamością narodową i postrzegania Polaków na świecie) wyjątkowo drażniła mnie charakteryzacja jak z najgoszego filmu Barei?
niestety komórkowe zdjęcia nie są najlepszej jakości Ponieważ nie widziałam żadnej innej sztuki w ramach tego festiwalu, nie wiem, jak była konwencja. Czy było to zamierzonym efektem reżyserki Mai Kleczewskiej, by wpleść w sztukę angielskiego dramaturga elementy narodowe? Do mnie ta wersja nie przemówiła zupełnie i przyćmiła mi ' The Globe Experience' :) Przeniesienie akcji we współczesność ma, moim zdaniem jedną podstawową wadę. Utwór, wbrew pozorom, traci swoją ponadczasową wymowę. Samej gry aktorskiej nie będę się czepiać. Nie było źle :) Lady Makbet mokła jednak bardzo krótko, w porównaniu z widzami oglądającymi sztukę spod sceny. Cały drugi akt lało bowiem bez opamiętania. Brrr ... cieszę się, że - choć zubożyło to przeogromnie moje 'The Globe Experience', nie musiałam przeżywać Makbeta tak: Swoją drogą to zdumiała mnie obecność tak wielu niepolskojęzycznych widzów (procentowo, gdyż generalnie ludzi było niewielu, ale czego się spodziewać wczesnym popołudniem, w środku tygodnia).
"Makbet" w wykonaniu opolskiego teatru im. J. Kochanowskiego chyba jednak przypadł widzom do gustu. Zresztą sam fakt, że został wybrany - jako jedyny z polskich przedstawień szekspirowskich przez dyrektora artystycznego The Globe jest nobilitujący. Nie powiem, że na mnie nie wywarł wrażenia. Na koniec 'The Globe Experience' kupiłam sobie kubek - zupełnie nie z epoki - z postaciami z najbardziej znanych sztuk Szekspira oraz przyjaciółce-kolekcjonerce magnesik nalodówkowy z wizerunkiem mistrza (w końcu nie po to ktoś te bibeloty produkuje, by leżały bezczynnie w sklepiku z suwenirami :)). Z czaszki zrezygnowałam. Na maskę nie było mnie stać.
Podsumowując mogłabym spokojnie zacytować piosenkę Turnaua i Zabłockiego, zmieniający tylko Nowy Jork na ... The Globe :) A teraz mówię: nie wiem.
zwiastun opolskiego spektaklu:
_____________________________________________________________________________ * Nie, żebym w ogóle miała jakieś teatralne priorytety. Priorytety to ja mam niestety dużo bardziej przyziemne, przynajmniej na obecnym etapie mojego życia.
wtorek, 08 maja 2012
Zakop power, czyli:
No nie wiem ... Inne interpretacje nie przychodzą mi do głowy. Ale osochodzi? Bredzę dziś trochę, z żalu raczej niż z nadmiaru procentów, bo ...
Miało być po prostu Zakopower :( Tak dobrze żarło i zdechło.
No dobrze, od początku: Zakopower przyjeżdża do Londynu. Że Bułecka to ciacho? No ciacho!
zdjęcie stąd Chciałam się po prostu wyrwać gdzieś, z tych cholernych domowych pieleszy, od tych nudnych raportów, od tej monotonii życia przeciekającego przez palce. Pewnie góralskiego pogo bym nie zatańczyła, bo mam kompleksy, nie mam do siebie dystansu i w ogóle to obciach jakiś w moim wieku :) Ale, myślałam sobie, robią chłopaki wysiłek, by mnie odwiedzić, to dlaczego nie? A tu same kłody: moje Osobiste Domowe Ciacho, że nie, bo nie, bo on nie będzie na koncerty jakieś się włóczył (zakalec jeden). Ale normalnie się zacięłam, że pójdę. Nie był to jednak koniec przeszkód. Najpierw mój, do tej pory bardzo posłuszny ajfonik, sobie wziął i się wymsknął z rąk. Skonał w cierpieniach. Telefon jednakowoż muszę mieć. Byłam jednak zdeterminowana, by nadszarpnąć nasz domowy budżet. Gdy wieczorem otworzyłam laptopa, by drogą kupna nabyć bilety, oczom mym ukazał się komunikat, że system operacyjny Windows odmówił posłuszeństwa. Oczywiście, że próbowałam potrząsania, wyciągania baterii i zaklęć. Niestety Bill Gates nie chciał być gorszy od Steva Jobsa w pozbawianiu mnie radości życia. Bill potencjalnie stanowił dużo większe zagrożenie, albowiem danych nieprzegranych na backup było 'jednynie' 37 GB. Jeden nieprzewidziany ruch ... Ale przecież właśnie osiem miesięcy temu, przy podobnej awarii już miałam kupować ten backup. Już nawet wybrałam model ... Pan z firmy 'naprawykomputeroweodzaraz' przybył w kwadrans. Potem ratował te moje dane przez 40 minut zachwalając islam, jako najszybciej rosnącą w siłę religię i wyrażał podziw nad nawróconymi Anglikami, którzy są najgorliwszymi wyznawcami Allaha na Wyspach. No, to by-bye Sebek. Fajnie było. Teraz czekam, aż może jakiś Artur Rojek przyjedzie, to się pokiwam na koncercie :) No, to tego ...
sobota, 05 maja 2012
Blogosfera rządzi się swoimi prawami. Jak jakiś news poruszy brać wirtualną do głębi, jak paluszki zamierżą, to nie ma bata! Wpis za wpisem, tytuł za tytułem, zdjęcie za zdjęciem, link za linkiem 'publikują się' opinie, komentarze, analizy, oburzenia, kpiny, obrony czy podsumowania. Ten ujmuje to tak, tamten inaczej. Ważne jest jednak, by w Zaklętym Kręgu Wspólnie Się Czytających udało się być tym pierwszym, który potraktuje temat stukaniem w klawiaturę. Dlaczego? Bo następnym pozostaje już tylko komentowanie u Pierwszego, hi, hi :) Weźmy na przykład takiego Szanownego Pana Rusinka. Miliardy blogerów wyraziło swoje poparcie lub zniesmaczenie, tryliardy domorosłych grafików stworzyło memy, demotywatory czy inne formy współczesnej komunikacji, pierdyliardy językoznawców, fachowców i autorytetów wszelakich napisało rozprawki naukowe na temat wyżej wspomnianego słowa tudzież rozwoju języka w czasach dominacji 'social media' (przepraszam za profanowanie anglicyzmami, ale nie mogę akurat znaleźć odpowiednika :)) Nawet sam Wielmożny Pan Deklinujący Się Michał Rusinek zdążył wystawić jęzor i napisać historiozoficzną mowę obronną.
Więc nic tu po mnie i moich wywodach. Ale przez to tyle fajnych tematów mi umyka :) Ostatnio Koko-Sroko (czy jak to tam szło) czy polski (polski???) oficjalny przebój na Euro 2012 . Przekornie więc napiszę, nie rozwodząc się zbytnio (jak obiecałam w tytule :)), że mimo iż mój podziw dla ludzi potrafiących wcelować w piłkę nogą jest odwrotnie proporcjonalny do zainteresowania samymi meczami, to poniższa piosenka (no, po małych poprawkach stylistycznych) mogłaby dla mnie być nawet hymnem Polski ;-P Jakoś tak bym się lepiej poczuła. Ps. Natknęłam się przypadkowo na hymn Irlandczyków i ... się zachwyciłam. Mówcie, co chcecie, ale moim zdaniem jest genialny. Ma wszystkie niezbędne elementy takie jak: skoczna, łatwo wpadająca w ucho muzyka (folkowa w brzmieniu!!!! - i pasuje tu idealnie), słowa charakterystyczne dla Euro w 2012 np. on the rocky road to Poland :), nazwiska największych piłkarzy, zagrzewa do walki i do wspólnego kibicowania i ma też słowa irlandzkie (nie tylko angielskie), jeszcze dobitniej podkreślając tożsamość narodową. I oczywiście PROKLAMOWANIE ZWYCIĘSTWA!!! Jak dla mnie bomba. Aż bym poszła sobie na taki mecz.
czwartek, 03 maja 2012
Wciągnęli ją za sznurek przewiązany wokół szyi i pchnęli z impetem na ławkę. Nadszedł czas karmienia. 24-letnia Jacqueline Traide wyglądała na mocno przerażoną.
Mężczyzna w białym kitlu ciągnął ją za kucyk tak długo, aż posłusznie wygięła głowę do tyłu.
Nic z tego. Skrępowana i obolała musiała ulec. Po wmuszonym posiłku nadszedł czas na dalsze zabiegi: podrażniające oczy zakraplanie, golenie głowy, raniące skórę zastrzyki, smarowanie przeróżnymi miksturami i podłączenie do parunastu elektrod.
Po dziesięciu godzinach umęczona, spłakana, zmarznięta i upokorzona dziewczyna umiera. Na głowę zakładają jej plastikowy worek, a ciało wyrzucają na stertę kartonów wprost na ulicę.
zdjęcia z Daily Mail i skany z YouTube Tłum gapiów (turystów, zakupoholiczek, poszukiwaczy sensacji i innych przypadkowych przechodniów) powoli wyłącza kamery i chowa smartfony.
Take Animals Out Off Cosmetic Testing Sklep Lush, sprzedający ekskluzywne, ręcznie robione kosmetyki w taki drastyczny sposób włączył się w kampanię mającą na celu zaprzestanie testów na zwierzętach. Wolontariusze skupieni wokół happeningu zachęcali (bez wątpienia poruszonych tym co widzieli) ludzi do podpisywania petycji do Parlamentu Europejskiego, tłumacząc, że nic nie usprawiedliwia cierpienia zwierząt w imię opracowywania składu chemicznego szminki czy cienia do powiek, a bezpieczeństwo produktu da się przewidzieć z niemalże stuprocemtową pewnością tylko w oparciu o wiedzę na temat jego składników. Była to pierwsza kampania na skalę światową. Brało w niej udział 800 sklepów w 49 państwach. Poruszyła nie tylko ‘zwykłych ignorantów’, którzy nabywają kosmetyki kierując się bądź ceną, bądź zachcianką, nie wnikając w etyczny aspekt zakupu. Dr Chris Flower, dyrektor generalny Stowarzyszenia Producentów Kosmetyków, Artykułów Toaletowych i Perfum (The Cosmetics, Toiletries and Perfumeries Association) poczuł się zniesmaczony faktem, że protesty odbyły się w kraju, gdzie takie praktyki de facto nie mają miejsca. Uznał też, iż opinia publiczna może przez to mieć nieco sfałszowany obraz Wielkiej Brytanii - kraju, który ma jedno z najbardziej restrykcyjnych legislacji w tej dziedzinie. Nie ukrywam, że nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym zagadnieniem na tyle głęboko, by radykalnie i konsekwentnie śledzić skład kupowanych kosmetyków. Kampania jest drastyczna i niewątpliwie obnażająca istniejący problem. Zgadzam się z opinią, że za wytwarzaniem co raz to nowych produktów nie stoi nic innego jak ludzka próżność, snobizm i głupia zachłanność ”na życie”. Jak zwykle w takich sytuacjach, pojawiają się też jednak pytania z drugiej strony barykady: - Czy nie jest to świetny pomysł na kampanię reklamową? - Czy Lush ma ‘czyste’ ręce i rzeczywiście na żadnym etapie wytwarzania swoich produktów nie zahacza o nieetyczne praktyki/ nieetycznych dostawców? - Czy niemalże zupełne nietestowanie produktów (jak to jest w przypadku firmy Lush) nie niesie za sobą równie wysokiego ryzyka? - Czy kampanie na rzecz zwierząt nie przyćmiewają problemu taniej (i koszmarnie wykorzystywanej) ludzkiej siły roboczej w krajach trzeciego świata? - Czy etyczne jest angażowanie ludzi w kampanię poprzez bardzo silne oddziaływanie na ich emocje i wywieranie na nich presji, by z marszu zdefiniowali swoje stanowisko? - Czy widowisko odegrane przez performerkę jest rzeczywiście wiarygodne, a naukowy żargon nie mydli (nomen omen) oczu? -Czy wszystkie testy na zwierzętach są równie drastyczne i zbędne?
Pytania, na które każdy (w miarę możliwości – a obawiam się, że dostęp do pewnych danych jest limitowany) musi sobie odpowiedzieć sam ...
piątek, 27 kwietnia 2012
W sobotę, po porządnym wyspaniu się we własnym łóżku, po zawaleniu całego salonu górą prania (z błogą satysfakcją, że już nikt nie każe mi go składać na komendę), po zjedzeniu śniadania 'na sobie', siedząc wygodnie na mojej sofce (odświętność odświętnością, ale wszystko ma swoje granice ;)), po poustawianiu kwiatków i innych elementów wystroju na pozycje wyjściowe* udałam się do Nails Parlour w celu doprowadzenia do stanu używalności rąk mych biednych, steranych, zapuszczonych ciągłym sprzątaniem i gotowaniem. Nie liczyłam na ciszę i spokój, jako że lecące tam na okrągło mózgotrzepiące rytmy w wykonaniu gwiazdeczek hip-hopu i street-dance'u nie działają wyciszająco.
Mimo stylistyki obcej dla mojego ucha, nowoczesna "poezja" śpiewana wykrzyczana wyklepana zrytmizowana z lekką linią melodyczną (uff!) w stylu wassup man? you walkin, I not need no takin, you man fuck no nothin, I ain't get you somethin, yo! po krótkim okresie adaptacyjnym zaczyna swoją monotonią działać na mnie jak mantra na Krisznowców. Mózg mi się zawiesza i mogę się na chwilę wyłączyć (Kto to widział, żeby tak ciągle myśleć i myśleć?! :)) Tej soboty jednak było jakoś gwarniej. Okazało się, że akurat odbywały się wyścigi konne. Po krótkim okresie oczekiwania na swoją kolejkę zostałam zawezwana przez panią manicurzystkę do stolika. Pani była tu nowa, jej twarz wydała mi się jednak znajoma. "Ja cię znam!!!" - wydarla się entuzjastycznie na mój widok. Musi też rozpoznała moją facjatę. Pani była miła i dokładna (choć jej rozumienie zwrotu 'krótkie, zaokraglone paznokcie" było zdecydowanie inne od mojego). Zalazła mi jednak za skórę notorycznym przeprowadzaniem wywiadów z moją skromną osobą. A ja zdecydowanie nie przepadam za oznajmianiem całemu światu (no dobra, paru babkom na sąskiednich krzesłach) ile mam dzieci i w jakich szkołach, gdzie mieszkam, na czym polega moja praca i jak zamierzam spędzić weekend. Na ratowanie się ucieczką było już jednak za późno. Piłowanie i przepytywanie rozpoczęły się symultanicznie, zanim jeszcze zdążyłam porządnie usiąść. Do zaburzeń akustycznych dołączyły także dochodzace z plazmy okrzyki dżokejów, piski podekscytowanych panienek, które zdążyły wcześniej obstawić parę koni przed oraz międzypracownicze dialogi w języku chińskim. Zamiast więc się relaksować musiałam nadstawiać uszu i myśleć nad wymijającymi odpowiedziami. W pewnym momencie, adekwatnie do sytuacji, padło pytanie czy obstawiam na wyścigach, na które zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że zbyt cieżko pracuję, bym chciała finansować cudze wygrane. Pani aż zamarła z wrażenia.
Pani jednak zamiast ratować sytuację niczym ciotka Voula, brnęła dalej. Na pewno byłabym dalej przeptywana w sprawie moich poglądów hazardowych, ale akurat rozgrywała się końcowa gonitwa, więc wszyscy wstrzymali oddechy. Ja zaś patrzyłam się na to widowisko z przerażeniem w oczach (uświadomiwszy sobie, że chyba pierwszy raz życiu - poza kilkoma przypadkowymi migawkami - oglądałam wycigi konne). Upokorzone, poganiane palcatami, przerażone krzykami zwierzęta pędziły na oślep w zdziczałym galopie. Dżokeje podskakiwali, masochistycznie obijając swe 'klejnoty rodowe' o siodła i żądni zwycięstwa pienili się nie mniej niż konie, którch dosiedli. Nagle, przy pokonywaniu jednej z ostatnich przeszkód dwa konie zahaczyły o barierę i upadając złamały sobie nogi. Zresztą cały wyścig był dramatyczny. Z czterdziestu jeźdźców do mety dojechało tylko piętnastu.
A następnego dnia w każdej możliwej gazecie były wywiady z właścicielem konia, panem Peterem Nelsonem, który płakał dziennikarzom w rękaw, że piękny koń, że wychowywany od źrebaka, że taka strata, że już nigdy więcej nie będzie wystawiał żadnych koni na wyścigach. I tylko szkoda, że dopiero śmierć According to Pete (czyli dosłownie tłumacząc 'Według Piotrka', bo takie nietypowe imię nosił koń) pupilka wypieszczonego i kochanego jak przyjaciela uświadomiła mu, że nic sportowego w tym widowisku nie ma. Nie raz już pisałam, że dla mnie zwierzęta mogą istnieć tylko na szklanym ekranie i w albumach. Nie jestem aktywistką na rzecz lepszego traktowania zwierząt (bo ogólnie nie jestem aktywistką). Ale szlag mnie trafia na takie marnotrawienie życia. I mogę przymknąć oko (albo wyłączyć telewizor :)) jak sami się naparzają po pyskach. Ale w przypadku zwierząt, które nie mają wyboru, które na własną zgubę są nauczone posłuszeństwa (choć co ciekawe, drugi uśpiony koń, Synchronised, podobno wcale nie chciał startować i dżokejowi długo zajęło dosiadanie i okiełznanie go przed gonitwą) to nic innego jako okrutny spektakl pod szczytną nazwą 'sport'. Lub jakiś inny cyrk. Splątane końskie ciała, przeraźliwe rżenie obolałych i zszokowanych zwierząt i ogólny zamęt ostudziły nieco 'sportowe' (lub raczej hazardowe) emocje piszczących panienek. Wszyscy na raz zaczęli paplać, że o matko jaka szkoooooda. No bożesztymój popatrzcie jak strasznie przykro. Nagle zadzwonił telefon. Pani Manicurzystka przerwała pracę nad krzywiznami moich paznokci i zaczęła się wsłuchiwać w gadający jej do ucha głos. Z każdą chwilą gęba jej się co raz bardziej rozjaśniała w promiennym uśmiechu. "Oh, my God! Oh, my days!" - zaryczała mi do ucha, po odłożeniu na bok słuchawki. "Moje dzieci wygrały na wyścigach! Wygraaaaaaaały!" Tak, to było doprawdy najśmieszniejsze.
_____________________________________________________________ *rzecz miała miejsce tuż po wizycie teściowej; z jakichś powodów nie miałam nastroju dokończyć tego wpisu wtedy :)
środa, 25 kwietnia 2012
Tak jak obiecałam wklejam zdjęcie - alfabet wojenny.
Moją uwagę przyciągnęła najpierw swastyka, a później feeria barw. Swastyka mnie tak bardzo nie dziwi, bo w dzielnicach hinduskich (które mijam od czasu do czasu) jest to często spotykany symbol, symbolizujący szczęście (All is well).
to zdjęcie ściągnęłam z netu, ale gdyby nie dziki pośpiech, cyknęłabym własne nie dalej jak wczoraj W naszym kręgu kulturowym skojarzenie jest jednak mocno negatywne. Plakat wieńczył zakończenie działu tematycznego pt. "II wojna światowa". Nie po raz pierwszy stwierdzam, że angielskie podejście do nauczania jest dość 'lajtowe'. Cóż, nie będę teraz pisać rozprawki nad przewagą angielskiego systemu nauczania nad polskim, ani załamywać rąk nad wybiórczością, z jaką przedstawia się pewne fakty młodym Brytyjczykom. Myślę, że dobrze jest uświadamiać nowe pokolenia czym naprawdę była II Wojna i czym są dziesiątki wciąż toczących się wojen. Martyrologiczne podejście (dużej części) Polaków mnie jednak męczy, a nieustannie rosnąca liczba członków w Związku Kombatantów zadziwia. Może i wiedza historyczna mieszkańców Wysp nie jest tak głęboka, jak polskiego maturzysty (choć, nie ukrywajmy, i ona wietrzeje szybko w myśl zasady 3xZ :)), a angielski styl nauczania historii pozostawia wiele do życzenia.
Przeciwnie. Angielska młodzież już od młodych lat uczy się postawy obywatelskiej. Już dla dzieci z podstawówek organizowane są 'konferencje', gdzie uczą się dyskutować, polemizować, głosować, podsumowywać i wyciągać wnioski. Lokalni reprezentanci partii starają się nawiązywać osobiste kontakty z ludźmi w ich okręgach wyborczych, a mer Londynu regularnie organizuje spotkania z 'ludem', by wsłuchiwać się w jego głos. A 'lud' wie, jak zadać konkretne pytania, jak konstruktywnie skrytykować i przyprzeć do muru. Ostatnio (owszem, wiem że w ramach kampanii o przedłużenie kadencji :)) Borys Johnson, mer Londynu spotkał się przedstawicielami różnych gmin i zawodów.
Jedno z pytań, które zaciekawiło mnie chyba najbardziej brzmiało: "Analiza pańskiego oficjalnego kalendarza spotkań pokazuje, że od Maja 2008 do Marca 2011 spotkał się pan 86 razy z bankierami, 48 razy z policją i 15 razy ze zwykłymi Londyńczykami" (czyli nie jest tak krysztłowo, jak myślałam :)) Dlaczego akurat takie pytanie? Bo ja bym go sobie nie zadała. Nie wiem, czy mam za to winić idiotyczne lekcje WOŚ, które nic nie wniosły w moje życie. Bo raczej na pewno nie kiepskie nauczycielki historii ;-P I tak czuję, że Anglia mnie trochę zmienia (na razie tylko angażuję się na niwie szkolnej :)) Ale ... Jakoś nadal nie czuję, że mam odpowiednią siłę przebicia, jeśli chodzi o akcję pt: "Nam też nie jest wszystko jedno" . A poza tym przekornie powiem, że ... Blogger - mityczny przeciwnik Bloxa nie ma przecież żadnej oficjalnej, czy nawet rankingu blogów (A może ma tylko mi nie udało mi się znaleźć?). A wygląda na to, że Bloggerzy są zadowoleni :) Ale o realnym wpływie 'piątej władzy' (blogerów) na rzeczywistość może innym razem ...
wtorek, 24 kwietnia 2012
2300 metrów (z ciężkim plecakiem o torebką z czego połowa drogi pod górę, z dwójką dzieci drepczących świńskim truchtem za mną) w 23 minuty! Z przerwą na buziaki i pożegnania. To mój nowy rekord. Dlaczego ja nie startowałem w maratonie?! A Woman at War. Na wojnie z rzeczywistością... Miłego dnia wszystkim ;)
Ps. Pisownia oryginalna. Zdjęcie znalezione w jednej ze szkół moich dzieci. To część plakatu pt. "Wojenny Alfabet". Wkleję jeszcze jedno zdjęcie wieczorem ;)
A tu oryginalny plakat, na którym widać, że bardziej chodzi o mięśnie niż 'gest Kozakiewicza' Ps. 2 Ach, jak to ja się miałam rozpisać...
I tak mam chyba lepsze połączenie niż ten pan :) Miłej nocy wszystkim :)
niedziela, 22 kwietnia 2012
Na wstępie chciałabym po raz kolejny podkreślić, że żywię wielki szacunek dla pasjonatów, lubię blogi tematyczne, czytam ich sporo i nawet sama takiego prowadzę (ale się kryję z tym namiętnie; TU już tłumaczyłam, dlaczego :)) Blogi kulinarne zaskakują mnie w szczególności. Niektóre są naprawdę przecudnej urody; inspirujące i smakowite. Jako Wielodzietna Matka Pracująca rzadko jednak mam czas na wcielenie w życie wysublimowanych przepisów, choć na pewno nie miałabym dylematu 'kto to wszystko ma zjeść'. Nie mogę powiedzieć, że jestem kompletnym antytalenciem kuchennym, ani że nie lubię gotowania. Bo owszem, lubię sobie popichcić. Nawet parę książek kucharskich nabyłam. Dania wymagające przesadnego kunsztu nie wzbudzają mojego zainteresowania (choć co ciekawe, jak prześledziłam tagi na moim blogu, to Jedzenie jest w zdecydowanej czołówce) :)) Dlatego też na co dzień ograniczam się raczej do potraw mało skomplikowanych i nieczasochłonnych. Ponadto moja nieuleczalna skłonność do zdań wielokrotnie złożonych, do wstawek, dygresji, wyjaśnień w nawiasach, uwag na marginesie, powtórzeń i kwiecistych epitetów nie czyni ze mnie odpowiedniej kandydatki na blogerkę kulinarną. Mogłabym zatem - o czym już wcześniej wspomniałam - co najwyżej założyć bloga antykulinarnego. Przynajmniej byłoby się z czego pośmiać. Niestety czasowo się raczej nie wyrobię. Trochę szkoda. Bo mam parę fajnych pomysłów. Na przykład:
Mogłabym jeszcze pisać o tym, gdzie można w Londynie kupić świeżą baraninę ...
jak pokonać wewnętrzne opory i być otwartym na kuchnie innych krajów ...
nie zapominając jednocześnie o naszym dziedzictwie narodowym
Albo jeszcze jak w dobie kryzysu w Anglii przemycać niezbędne do przeżycia dobra przez granicę (patent mojego taty :)).
Szkoda, szkoda ... Ale za darmo oddam prawa autorskie do mojego pomysłu.
sobota, 21 kwietnia 2012
"Koniec świata i okolic!" - to było jedno z ulubionych powiedzonek pani Eli, sekretarki z mojego liceum. W czasie przerwy świątecznej odwiedziła mnie koleżanka z pracy. Już samo to było ewenementem, bo tu się ludzie nie odwiedzają po domach. Na dodatek koleżanka po obchodzie domu (sama chciała - kolejny ewenement; Anglicy wchodzą tylko do salonu, ewentualnie kuchni, świętość sypialni omijając szerokim łukiem) powiedziała, że jest w szoku, jaką ja jestem niesamowicie uporządkowaną osobą. U-PO-RZĄD-KO-WA-NA !!! Ja???!!! Matko! Nikt mi w życiu takiego komplementu nie walnął. Nawet jak był tylko kurtuazyjny. Końcem świata jest także to, że Anthony, która gotuje takie pyszności, że nawet osobę tak mało skłonną do kuchennych rewolucji jak ja, skusiła do ugotowania paru potraw z jej bloga, poprosiła mnie o podanie przepisu :) Nie byłabym jednak sobą, gdy bym nie zrobiła tego trochę przekornie i nie przysłużyła się takim samym dyletantom jak ja. *** Przepis wyłudziłam od cioci, której mazurki były sławne w całej naszej rodzinie. A zatem ... Przepis na hiper kaloryczny mazurek cytrynowy wg cioci J. Skadniki: 1 kg mąki 2 kostki margaryny (tak wiem, wiem; dla mnie też to brzmiało NIEPRAWDOPODOBNIE, ale po prześledzeniu parunastu innych przepisów na mazurki stwierdziłam, że jednak proporcje mogą się zgadzać - nie jest to potrawa dietetyczna, ale nie trzeba od razu całego jeść :)) 2 szklanki cukru (20 lat temu pewnie wszyscy mieli takie same szklanki, zdobyte gdzieś w Państwowym Domu Towarowym - ale załóżmy, że są to standardowe szklanki po 250 ml) 6 łyżek śmietany (nie pytajcie jakiej - ja użyłam 'na oko' 18%) 4 całe jajka 2 łyżeczki proszku do pieczenia zapach cytrynowy (moja innowacja) polewa ¼ litra śmietanki niskoprocentowej 2 szklanki cukru pudru (tu zaszalałam - po podsłuchaniu dwóch pań w dziale z bakaliami - wprowadziłam swoją modyfikacjię i użyłam fondant icing sugar czyli cukier puder z zagęszczaczem, choć w przepisie był zwykły cukier - nie byłam jednak w stanie wyobrazić sobie jak ze zwykłego cukru może wyjść gęsta polewa) 2 cytryny bakalie
Wykonanie: Wydaje się proste. Przepis każe bowiem mąkę przesiać (nie wiem po co się przesiewa mąkę, ale ja nie zrobiłam tego z braku sitka i czasu, więc myślę, że spokojnie możecie sobie ten element darować), wymieszać z margaryną, proszkiem do pieczenia, cukrem, śmietaną, jajkami i paroma kropelkami zapachu. "Wydaje się" jest tu jednak słowem kluczowym, albowiem rozrobienie tego wszystkiego to jest jakiś kosmos. Rozrabianie ciasta kruchego wygląda mniej więcej tak :
Bądźmy szczerzy - takiego zdjęcia na blogach kulinarnych nie znajdziecie. Dlatego przed rozpoczęciem mieszania szczerze doradzam wykonanie wszystkich czynności, które nie cierpią zwłoki albowiem ta mało przyjemna czynność potrafi uwięzić nowicjusza na dobre dwadzieścia minut. Gotowe ciasto o konsystencji mniej więcej takiej: należy schować do lodówki na ok. 2 godziny
Z podanych wyżej składników oczywiście wychodzi tego ciasta dużo, dużo więcej (ja rozrabiałam w największym dostępnym mi 10-cio litrowym garnku :)) Schłodzone ciasto podzieliłam na dwie części (dwie trzecie na większą blachę). Następnym wyzwaniem jest ułożenie go na wyłożoną pergaminem blachę. Po 10-ciu minutach dałam jakoś radę, choć wierzcie mi - nie wyglądało to tak schludnie i regularnie:) (już później przeczytałam, że najlepiej jest ciasto rozwałkować na papierze i razem z nim włożyć na blachę, a brzegi dolepić).
Następnie ciasto należy włożyć do piekarnika - tu przepis nie stanowi ani na ile, ani w jakiej temperaturze. Taki drobny szczegół :) Znowu Wujek Google przyszedł z pomocą i drogą dedukcji i analizy porównawczej doszłam do wniosku, że trzeba piec do zarumienienia (jakieś 15-20 minut) w temperaturze 180°. Zgodnie z prawami fizyki margaryna pod wpływem temperatury zaczęła się topić (nie wiem, jaki sens było to wszystko trzymać w lodówce :)) i z przerażeniem w oczach zauważyłam, że mój rancik diabli biorą. Podpiekłam więc trochę, wyjęłam z piekarnika i nożem uformowałam rancik ponownie. Główka pracuje! Mało przekonujące (czyt. wyglądające na surowe) ale już lekko zarumienione ciasto wyjęłam z piekarnika i posmarowałam najlepszymi na świecie powidłami węgierkowymi (nic mi za to nie płacącej :))) firmy Łowicz.
Następnie przyszła kolej na wyzwanie nr 3 - zrobienie kruszonki.
Wszystko się śligało. Opcją alternatywną stało się zatem pokrywanie powideł małymi placuszkami z ciasta. Podpiekłam jeszcze to wszystko do zarumienienia góry (trzeba uważać, bo rancik łatwo przypalić) - jakieś 10 minut. Polewę (śmietanę + cukier puder + drobniutko startą skórkę z cytryn i sok - dodany 'na oko' czy raczej 'na język') gotowałam na malym ogniu przez ok 12 minut. Ostudzoną, ale jeszcze ciepłą polałam mazurek i zgodnie z instrukcją cioci, zaczęłam dekorować przed zastygnięciem.
I to już właściwie wszystko - wzór wymyśłiłam na poczekaniu (choć później zobaczyłam, że z motywem baź nie byłam raczej oryginalna :))
Wszystko zależy od inwencji twórczej.
*** Po przeczytaniu całości stwierdziłam, że mimo iż nie jest to moja pierwsza próba , to chyba jednak na blogerkę kulinarną się nie nadaję :) Zbyt zagmatwałam sprawę. Uwierzcie jednak na słowo: mazurek jest pyszny i raz do roku można się poświęcić - i kulinarnie i dietetycznie. Smacznego :)
czwartek, 19 kwietnia 2012
Boli mnie łapa. Skrzyni biegów szukałam w desperacji. By na jedynkę wrzucić, bo mi samochód gasł pod górę. A tu jakiś idiota skrzynię zamontował po lewej. No jak można zmieniać biegi lewą ręką? Powiedzcie mi, proszę, JAK??? *** Mój mąż powiedział że dość, że koniec lenistwa, że czas najwyższy się usamodzielnić, a nie go codziennie 'zbaczać' z drogi, bo się ziemniaków zapomniało przytachać i trzeba by do sklepu podjechać, albo suszyć mu głowę, że nie ma kto dzieci zawieść na urodziny koleżanki i ... kupił mi samochód. To znaczy nieeee. Nie jest tak jak myślicie. Nie czekała na mnie przed domem pewnego dnia limuzyna z wielką kokardą, a kluczyki nie leżały na spodeczku przy porannej kawie. Bo co, jakby zły kolor wybrał? Samochód musi przecież spełniać dwie funkcje: jeździć (jakkolwiek, byle bez żadnych zbędnych interwencji) oraz komponować się z garderobą. Model więc jest wiekowy, parę rys ma (by nie było szkoda dodać paru), kupiony za moją zgodą (tak, tak kochanie, bardzo ładny kolor), jakiejś znanej marki (logo mercedesa od renaulta odróżnię, inne szczegóły mi umykają). O takie szczegóły jednak na razie nie muszę się martwić. Na razie to ja się martwię o to, by w ogóle się odważyć nim jeździć. Bo co prawda w Warszawie to ja byłam głównym eksploatatorem naszego pojazdu, ale Warszawę to ja, panie, znałam od dziecka, więc jeżdżenie na pamięć przychodziło mi relatywnie łatwo :) I tak zajęło mi to ze dwa lata, by jako tako opanować tę strasznie trudną i skomplikowaną sztukę kierowania pojazdem mechanicznym (przykro mi dziewczyny, ale niestety jestem jedną z tych osobniczek, przez które mężczyźni przeklinają kobiety-kierowców, ale o tym może w następnym wpisie). Poza tym w Warszawie nie ma gór. A tu, cholera jasna, żeby w ogóle wyjechać z parkingu przed domem, muszę pokonać górę jak słoń. I to jeszcze ruszając do tyłu. Ręczny, sprzęgło, gaz, lusterko i samochody sąsiadów. Opcją alternatywną jest rozp**przenie silnika siłą nacisku na pedał gazu przy jednoczesnym zaciąganiu hamulca ręcznego (tak wiem, wiem, że powinnam go poluzowywać, ale powiedzcie, jak można manewrować przy ręcznym LEWĄ ręką???) Do tego mój "nowy" samochód jest ... siedmioosobowy i naprawdę nie wiem, jak ja taką kobyłą będę jeździć. Samochód stał pod domem już ładne parę tygodni. Zasiadłam więc za kółkiem pierwszy raz od ośmiu lat. Bilans po 15 minutach przejażdżki był następujący: poobijana łapa (po poszukiwaniu skrzyni biegów po złej stronie), rozkraczenie się 3 razy pod górę (oblałam na tym egzamin; za drugim podejściem - a nie mówiłam, że siła nawyku :)), stan przedzawałowy męża (siedział od strony pasażera i widział, ile milimetrów dzieliło mnie od mijanych samochodów - tu na Wyspach te drogi jakieś wąskie są). A tak poza tym, to wciąż odreagowuję po świątecznej wizycie. Ale może się jakoś otrząsnę z czasem. Do miłego ... |
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Varia
Z Wysp
Zarchiwizowane chyba ...
Zbiór Wpisów Ulubionych
Tagi
szepty w metrze ![]() | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||