fidrygałki wszelakie czyli niefilozoficzne przemyślenia i obserwacje z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży
niedziela, 13 maja 2012

Nie płakałam po Zakopowerze, że tak strawestuję sławne już powiedzenie :)

Nie płakałam, bo miałam w odwodzie coś na pocieszenie.
Owo pocieszenie było zaplanowane dłuuugo, dłuuuugo, przed moimi nieszczęsnymi awariami technicznymi, ale akurat się ładnie wpasowało.

Otóż wybrałam ci ja się w czwartek do sławnego teatru The Globe.
Właściwie, to możnaby przyjąć wersję, że wybrałam się  tam z czystego snobizmu, gdyż jako żywo, pan Szekspir nie jest na liście moich teatralnych priorytetów*.

Prawda jest jednak dużo bardziej przyziemna.
Moja gmina, mianowicie, dofinansowywała bilety na Światowy Festiwal Szekspirowski 2012, o czym dowiedziałam się zupełnie przypadkiem.
Stwierdziłam więc, że byłoby grzechem nie skorzystać z okazji i nie cofnąć się w czasie za jedyne 10 funtów.

Oprócz czystej ciekawości i chęci przeżycia tzw. 'The Globe Experience' (o którym za chwilę) chciałam się gdzieś wypuścić.
Niedaleko mojej mieściny jest bowiem nawet teatr, ale ... repertuar stanowią niestety najczęściej popłuczyny po Londynie, czyli sztuki i musicale zgrane już do cna w stolicy, a nie wymagające na tyle dużej oprawy, że mogą być swobodnie wystawiane w ramach prowincjonalnych występów gościnnych.

W ramach festiwalu grane jest wszystkie 37 sztuk Szekspira - każda w innym języku (obok hiszpańskiego czy francuskiego tak egzotyczne jak maori - język Aborygenów, pakistański urdu czy język Zulusów z RPA. Będzie też sztuka w BSL (Brytyjskim Języku Migowym) oraz w języku ... hip-hopowym :))

Rezerwując bilety z radością spostrzegłam, że jedna ze sztuk będzie grana po polsku.

Przyznaję, że staroangielski nie jest moją najmocniejszą stroną :)
I niech mi to będzie wybaczone - Szekspira na studiach czytałam na chama po polsku, wkuwając później odpowiednie cytaty w oryginale, by na kolokwium wyglądało, żem głęboką analizę literacko-lingwistyczną przeprowadziła i mogę to udowodnić na piśmie.

Niewiele myśląc bilet kupiłam, przearanżowałam wizyty (to jest akurat potężna zaleta mojej pracy, że sama planuję sobie 'rozkład jazdy') tak bym zdążyła na 14-tą dojechać do centrum i oczekiwałam z niecierpliwością na moje własne Globe Experience.

Otóż całą atrakcją jest nie sama sztuka, ale obejrzenie jej oczami siedemnastowiecznego kmiotka, który wpadał do teatru po drodze z karczmy, stawał przed sceną w tłumie jemu podbnych gapiów, rechotał, jak go coś rozśmieszyło, plotkował z sąsiadem, klaskał, tupał, wiwatował, a w jak się znudził to wygwizdywał trupę co sił w płucach, a nawet obrzucał ją kamyczkami.

Ja jednak nie zamierzałam stać przez 2 godziny i wykupiłam sobie 'pańskie' miejsce siedzące w galerii na pięterku. Kamieni też ze sobą nie przyniosłam, postanowiwszy, że dam "Makbetowi" szansę podskoczenia z bardzo niskiej pozycji w rankingu moich ulubionych sztuk Szekspira :)

 

The Globe, to replika sławnego teatru z czasów elżbietańskich, gdzie oryginalnie miały premiery kolejne sztuki Szekspira, i gdzie sam mistrz zabawiał widzów. Rotunda, z amfiteatrem i częściowo zadaszonymi strzechą galeriami ma - mimo młodego wieku - nieprzeciętny urok, a dbałość o szczegóły, która cechowała restauratorów pozwala przenieść się w czasie.

Prznajmniej na chwilę ...

Jak już większość jak najbardziej współczesnych widzów zajęła pozycje startowe (czyt. jak najbliżej sceny) w krużganku pojawiło się trzech niedbale ubranych transwestytów. Przechadzali się tanecznym krokiem wśród stojących ludzi, zaczepiali młodych chłopców, potykali na zbyt wysokich koturnach i machali kolorowymi boa.

Wyglądało to dość niesmacznie.

Próbowałam rozgryźć, czy miało to podkręcić atmosferę i nawiązać do tego, iż kiedyś aktorami mogli być tylko mężczyźni, czy byli to autentyczni współcześni 'drag queens' rozkochanymi w teatrze, burlesce i kabarecie, zabijający czas w leniwe, czwartkowe popołudnie.

Okazało się, że ani jedno, ani drugie.

Były to makbetowskie wiedźmy, które w pewnym momencie porzuciły umizgi do przypadkowych młodzieńców i weszły na scenę prorokować Makbetowi i Bankowi, którzy już od pewnego czasu siedzieli tam w fotelach ubrani w dresy, klapki Kubota wciśnięte na skarpetki, pykając coś na komórkach.

Mogłabym w tym miejcu się wysilić i napisać jakąś soczystą recenzję, udając, żem specjalistka od Szekspira. Ale, że na Szekspirze się nie znam i nie widziałam wielu wystawień jego sztuk, - nie będę udawać wielce mądrej pani krytyk (lub może- zgodnie z obecną modą - powinno być 'krytyczki' :))
Zgodzę się więc tylko z zasłyszaną w kolejce po plecaki (tak, tak, połowa widzów, to przypadkowi turyści, którzy muszą zostawić swoje 'garby' w szatni) opinią: "Hmmmm, ciekawe, ale ... nie poszłabym tą drogą."

Krótko mówiąc Makbet w wersji współczesnej nie uwiódł mnie zupełnie.
Nie wiem, czy jestem stereotypowa, czy przywiązuję się do pierwszej zasłyszanej opcji, zamykając się na inne interpretacje?

A może w świetle ostatnich rozważań (nad Koko Sroko, tożsamością narodową i postrzegania Polaków na świecie) wyjątkowo drażniła mnie charakteryzacja jak z najgoszego filmu Barei?
A nawet nie z Barei, ale z Kabaretu Olgi Lipińskiej.

 

niestety komórkowe zdjęcia nie są najlepszej jakości

Ponieważ nie widziałam żadnej innej sztuki w ramach tego festiwalu, nie wiem, jak była konwencja. Czy było to zamierzonym efektem reżyserki Mai Kleczewskiej, by wpleść w sztukę angielskiego dramaturga elementy narodowe?
Ciekawa jestem, czy irańskie aktorki grały w hijabach, a Grecy użyli melodii z Greka Zorby, jako podkładu muzycznego.
Jeśli tak, to jestem w stanie litościwie spuścić zasłonę milczenia na białe kozaczki, na rozchełstane marynary ukazujące owłosione klaty króla Dunkana i jego świty, czy na wyżej wspomniane klapki.
Przemilczę, co myślę na temat wódki lejącej się strumieniami, Lady Makbet wyglądającej jak klasyczna słowiańska tirówka, Makdufa o wyglądzie mafioza z Ząbek i przaśno-buraczanej stylistyki innych bohaterów.

Do mnie ta wersja nie przemówiła zupełnie i przyćmiła mi ' The Globe Experience' :)
Cały nastój: drewniane ławy, słomiany dach, zapach skansenu zostały 'sprofaowane' gołymi tyłkami wiedźm, wypinanymi chętnie w stronę publiczności i fluorescencyjnymi slipkami gości Makbeta, którzy zamiast w mrocznych murach zamku Forres, wylegiwali się na leżakach i omawiali 'kurwa' ynteresy.

Przeniesienie akcji we współczesność ma, moim zdaniem jedną podstawową wadę. Utwór, wbrew pozorom, traci swoją ponadczasową wymowę.
Widząc bohaterów oczami Szekspira, jako jedenastowiecznych rycerzy, można wysnuwać sobie do woli wnioski o umiłowaniu władzy, o pokrętnej ludzkiej naturze, o układach i układzikach, o nieuchronnych wyrzutach sumienia, manipulacji, zdradzie itp.
Pólnagiegi facet w klapkach próbujący nieudolnie zmyć z rąk ślady zbrodni, kojarzy mi się tylko i wyłącznie z kiepsko napisanym kryminałem.

Samej gry aktorskiej nie będę się czepiać. Nie było źle :)
Powiem nawet, że byłam pełna podziwu, dla pełnego poświęcenia, z jakim grali. Było bowiem koszmarnie zimno (ja miałam na sobie T-shirty z długim i krótkim rękawem, sweter, kurtkę i szalik), a oni tak sobie jakby nigdy nic łazili w gaciach, leżeli roznegliżowani na dywanach (zamordowany Dunkan), marzli 'uśpieni pijatyką. Większa część sceny jest co prawda zadaszona, ale niektóre akty rozgrywane były pod gołym niebem ... w strugach deszczu.
Nie chciałabym, niczym Lady Makbet, tak moknąć 'pośmiertnie' na deskach choćby i samego The Globe :)

Lady Makbet mokła jednak bardzo krótko, w porównaniu z widzami oglądającymi sztukę spod sceny. Cały drugi akt lało bowiem bez opamiętania.
Ci bardziej przygotowani mieli na sobie foliowe narzutki. Pozostali, przemoczeni do suchej nitki stali twardo do końca (nie wolno było rozkładać parasolek ani ... chować się w zadaszone wnęki prowadzące do wyjścia - panie bileterki goniły zawzięcie).

Brrr ... cieszę się, że - choć zubożyło to przeogromnie moje 'The Globe Experience', nie musiałam przeżywać Makbeta tak:



Swoją drogą to zdumiała mnie obecność tak wielu niepolskojęzycznych widzów (procentowo, gdyż generalnie ludzi było niewielu, ale czego się spodziewać wczesnym popołudniem, w środku tygodnia).
Czy byli to pasjonaci i znawcy dzieł Szekspira, pragnący porównać różne interpretacje? Czy skusiła ich cena £5 za miejsce stojące?
Przypadkowo spotkałam dalekiego znajomego, który powidział mi, że celowo chodzi na te obcojęzyczne sztuki, których jeszcze nie zna, posiłkując się wyświetlanymi na telebimach, mocno okrojonymi streszczeniami głównych wątków.
Żeby zobaczyć, jak je się odbiera pomijając barierę języka.

"Makbet" w wykonaniu opolskiego teatru im. J. Kochanowskiego chyba jednak przypadł widzom do gustu. Zresztą sam fakt, że został wybrany - jako jedyny z polskich przedstawień szekspirowskich przez dyrektora artystycznego The Globe jest nobilitujący.

Nie powiem, że na mnie nie wywarł wrażenia.
Forma jednak kłóciła mi się z treścią, uczucia więc mam ambiwalentne.

Na koniec 'The Globe Experience' kupiłam sobie kubek - zupełnie nie z epoki - z postaciami z najbardziej znanych sztuk Szekspira oraz przyjaciółce-kolekcjonerce magnesik nalodówkowy z wizerunkiem mistrza (w końcu nie po to ktoś te bibeloty produkuje, by leżały bezczynnie w sklepiku z suwenirami :)). Z czaszki zrezygnowałam. Na maskę nie było mnie stać.

Podsumowując mogłabym spokojnie zacytować piosenkę Turnaua i Zabłockiego, zmieniający tylko Nowy Jork na ... The Globe :)

A teraz mówię: nie wiem.
Nie powiem wam, bo nie wiem.
Nie wiem jak było w Nowym Jorku.
Lecz mówię wam: pojedźcie.
Postójcie. I posiedźcie.
Bo nie warto nie być w Nowym Jorku.

 

zwiastun opolskiego spektaklu:

 

_____________________________________________________________________________

* Nie, żebym w ogóle miała jakieś teatralne priorytety. Priorytety to ja mam  niestety dużo bardziej przyziemne, przynajmniej na obecnym etapie mojego życia.

wtorek, 08 maja 2012

Zakop power, czyli:

  • zakop gdzieś głęboko resztkę mocy, która ci jeszcze została; przyda się na czarną godzinę,
  • w sensie: kopnij moc; no jakąś moc, może piekielną, może kosmiczną - tę która mąci w twoim życiu,
  • za kop - power, czyli dasz się kopnąć, to będzie ci dane trochę pałeru; coś za coś,
  • zakop -> power, czyli kopanie (np. leżącego) da ci moc

No nie wiem ...

Inne interpretacje nie przychodzą mi do głowy.

Ale osochodzi?

Bredzę dziś trochę, z żalu raczej niż z nadmiaru procentów, bo ...

 

Miało być po prostu Zakopower :(

Tak dobrze żarło i zdechło.

 

No dobrze, od początku: Zakopower przyjeżdża do Londynu.
Zakopower jak Zakopower. Jeden Beboso nie czyni wiosny.
Nie jestem wielką fanką, choć niektóre kawałki lubię.
Płyt nie posiadam, po rękach się nie tnę, autografów ani zdjęcia z Sebą nie potrzebuję.

Że Bułecka to ciacho? No ciacho!
Tak samo jak młody Cugowski .
Ale jam stateczna mężatka :)

zdjęcie stąd 

Chciałam się po prostu wyrwać gdzieś, z tych cholernych domowych pieleszy, od tych nudnych raportów, od tej monotonii życia przeciekającego przez palce.

Pewnie góralskiego pogo bym nie zatańczyła, bo mam kompleksy, nie mam do siebie dystansu i w ogóle to obciach jakiś w moim wieku :)

Ale, myślałam sobie, robią chłopaki wysiłek, by mnie odwiedzić, to dlaczego nie?
Spotkajmy się na Camden.

A tu same kłody: moje Osobiste Domowe Ciacho, że nie, bo nie, bo on nie będzie na koncerty jakieś się włóczył (zakalec jeden).

Koleżankę jedną z drugą urabiałam, by mi się raźniej po nocy wracało. Też nie, bo praca (w niedzielę wieczorem?), bo syn na wycieczkę jedzie, bo to, bo siamto. Ok. rozumiem.

Mam dwie zaprzyjaźnione pary na Camden.
Na Camden, rozumiecie? Mogłabym z koncertu spacerkiem wrócić.
Jedni wyjeżdżają do Afganistanu na tydzień (Cholera, nie miało gdzie ich ponieść?!), a drudzy już mają gości.
A ja Seby aż tak bardzo nie kocham, żeby dla niego na podłodze kątem spać i potem jeszcze rano do roboty leźć. Co to, to nie!

Ale normalnie się zacięłam, że pójdę.
Sama, po nocy, z sercem na ramieniu, z modlitwą na ustach, przez Camden, jedną z londyńskich dzielnic grozy :)
Bo ciągle tylko zmęczona, zmęczona, znudzona, stłamszona ...
Jak już się zmobilizowałam, to trzeba iść za ciosem!

Nie był to jednak koniec przeszkód.

Najpierw mój, do tej pory bardzo posłuszny ajfonik, sobie wziął i się wymsknął z rąk.
Jak iphone wchodził na rynek, reklamowano go jako ustrojstwo niezniszczalne, doporne nawet na ciskanie o podłogę.
Mój - dziadek w świecie technologii, bo już czteroletni - ale za to w skórzanej, grubej oprawie, spadł z wysokości metra i doznał rozległych urazów wewnętrznych.
Na zewnątrz ani jednej ryski.

Skonał w cierpieniach.
Jeszcze go próbowałam reanimować, jeszcze chciałam przez iTuna dane ocalić, ale wyzionął ducha, zabierając ze sobą w niebyt wszystkie moje adresy, dane kontaktowe gromadzone skrzętnie w pamięci telefonu od lat, w naiwnym przekonaniu, że są tam bezpieczne.
Niestety, nowego modelu za głupie 500 funtów raczej sobie nie kupię (mój poprzedni dostałam za darmo, w promocyjnym kontrakcie).
Jakoś te iphony nas, nie wiedzieć dlaczego, nie lubią :(

Telefon jednakowoż muszę mieć.
Jakieś niewarte spojrzenia badziewie kosztuje co najmniej tyle, co bilet na koncert (czyli w sumie nie tak znowu dużo).

Byłam jednak zdeterminowana, by nadszarpnąć nasz domowy budżet.
Po tak długotrwałej i intensywnej autoindoktrynacji wstydem by było przyznać się do porażki.
I to z powodu parudziesięciu funtów.

Gdy wieczorem otworzyłam laptopa, by drogą kupna nabyć bilety, oczom mym ukazał się komunikat, że system operacyjny Windows odmówił posłuszeństwa.

Oczywiście, że próbowałam potrząsania, wyciągania baterii i zaklęć.

Niestety Bill Gates nie chciał być gorszy od Steva Jobsa w pozbawianiu mnie radości życia.
Jak konkurować, to na całego.

Bill potencjalnie stanowił dużo większe zagrożenie, albowiem danych nieprzegranych na backup było 'jednynie' 37 GB.
Wszystkie moje prezentacje, raporty i ciężka praca z ostatnich trzech lat (o zdjęciach, blogach i innych nostalgicznie bezcennych dokumentach nie wspominając) tkwiły gdzieś w systemie zero-jednynkowym w metalowo-plastikowo-krzemowym prostopadłościanie 25x20x3, gotowe na zagładę.

Jeden nieprzewidziany ruch ...

Ale przecież właśnie osiem miesięcy temu, przy podobnej awarii już miałam kupować ten backup. Już nawet wybrałam model ...

Pan z firmy 'naprawykomputeroweodzaraz' przybył w kwadrans.
Przez pierwsze 10 minut truł mi łeb, że powinnam kupić sobie backup (Tak, wiem, wiem, cholera, przecież WIEEEEEM!!!!), przez następne 10 przekonywał mnie, że nie tylko backup trzeba mieć, ale też na niego regularnie przegrywać (No nie? Serio?)

Potem ratował te moje dane przez 40 minut zachwalając islam, jako najszybciej rosnącą w siłę religię i wyrażał podziw nad nawróconymi Anglikami, którzy są najgorliwszymi wyznawcami Allaha na Wyspach.
W końcu zgarnął 150 funtów i poszedł.

No, to by-bye Sebek. Fajnie było.

Teraz czekam, aż może jakiś Artur Rojek przyjedzie, to się pokiwam na koncercie :)

No, to tego ...

sobota, 05 maja 2012

Blogosfera rządzi się swoimi prawami.
Jednym z nich jest: Kto pierwszy, ten lepszy :)

Jak jakiś news poruszy brać wirtualną do głębi, jak paluszki zamierżą, to nie ma bata!

Wpis za wpisem, tytuł za tytułem, zdjęcie za zdjęciem, link za linkiem 'publikują się' opinie, komentarze, analizy, oburzenia, kpiny, obrony czy podsumowania.

Ten ujmuje to tak, tamten inaczej.
Ta po linii naszych przekonań (i już nam się ciepło robi na duszy, już się podbudowujemy, że nie jesteśmy odosobnieni w naszych sądach).
Inna rozczarowuje poglądami (rwąc w strzępy ulotną nić międzyblogowej przyjaźni :))

Ważne jest jednak, by w Zaklętym Kręgu Wspólnie Się Czytających udało się być tym pierwszym, który potraktuje temat stukaniem w klawiaturę.

Dlaczego?

Bo następnym pozostaje już tylko komentowanie u Pierwszego, hi, hi :)
Bo każdy następny wpis jest już plagiatem.
Bo jest to już news przebrzmiały.

Weźmy na przykład takiego Szanownego Pana Rusinka.
Zanim zebrałam szczękę z podłogi, zanim przeczytałam parę dyskusji mniej lub bardziej na poziomie, zanim zdążyłam wyrobić sobie zdanie w jakże ważkiej sprawie słowa 'Witam', temat zdążył już obiec wszechświat.

Miliardy blogerów wyraziło swoje poparcie lub zniesmaczenie, tryliardy domorosłych grafików stworzyło memy, demotywatory czy inne formy współczesnej komunikacji, pierdyliardy językoznawców, fachowców i autorytetów wszelakich napisało rozprawki naukowe na temat wyżej wspomnianego słowa tudzież rozwoju języka w czasach dominacji 'social media' (przepraszam za profanowanie anglicyzmami, ale nie mogę akurat znaleźć odpowiednika :))

Nawet sam Wielmożny Pan Deklinujący Się Michał Rusinek zdążył wystawić jęzor i napisać historiozoficzną mowę obronną.

Więc nic tu po mnie i moich wywodach.
Ameryki nie odkryję.
Mogę natomiast narazić kogoś na niestrawność.

Ale przez to tyle fajnych tematów mi umyka :)

Ostatnio  Koko-Sroko (czy jak to tam szło) czy polski (polski???) oficjalny przebój na Euro 2012 .
Znów się spóźniłam ze zjechaniem obu. No cóż ...

Przekornie więc napiszę, nie rozwodząc się zbytnio (jak obiecałam w tytule :)), że mimo iż mój podziw dla ludzi potrafiących wcelować w piłkę nogą jest odwrotnie proporcjonalny do zainteresowania samymi meczami, to poniższa piosenka (no, po małych poprawkach stylistycznych) mogłaby dla mnie być nawet hymnem Polski ;-P

Jakoś tak bym się lepiej poczuła.
Mniej siermiężnie i mniej egzotycznie...

Ps.

Natknęłam się przypadkowo na hymn Irlandczyków i ... się zachwyciłam. Mówcie, co chcecie, ale moim zdaniem jest genialny. Ma wszystkie niezbędne elementy takie jak: skoczna, łatwo wpadająca w ucho muzyka (folkowa w brzmieniu!!!!  - i pasuje tu idealnie), słowa charakterystyczne dla Euro w 2012 np. on the rocky road to Poland :), nazwiska największych piłkarzy, zagrzewa do walki i do wspólnego kibicowania i ma też słowa irlandzkie (nie tylko angielskie), jeszcze dobitniej podkreślając tożsamość narodową. I oczywiście PROKLAMOWANIE ZWYCIĘSTWA!!!

Jak dla mnie bomba. Aż bym poszła sobie na taki mecz.
W barwach irlandzkich oczywiście :)

czwartek, 03 maja 2012

Wciągnęli ją za sznurek przewiązany wokół szyi i pchnęli z impetem na ławkę.

Nadszedł czas karmienia.

24-letnia Jacqueline Traide wyglądała na mocno przerażoną.
Musiano ją przytrzymywać, a usta na siłę rozwarto metalowymi hakami, połączonymi gumą ściskającą jej głowę.

Mężczyzna w białym kitlu ciągnął ją za kucyk tak długo, aż posłusznie wygięła głowę do tyłu.
Mdła papka, wpychana do przełyku łyżką wywoływała w Jacqueline odruch wymiotny. Dziewczyna ksztusiła się i próbowała wyrwać.



Nic z tego.

Skrępowana i obolała musiała ulec.

Po wmuszonym posiłku nadszedł czas na dalsze zabiegi: podrażniające oczy zakraplanie, golenie głowy, raniące skórę zastrzyki, smarowanie przeróżnymi miksturami i podłączenie do parunastu elektrod.



Po dziesięciu godzinach umęczona, spłakana, zmarznięta i upokorzona dziewczyna umiera.

Na głowę zakładają jej plastikowy worek, a ciało wyrzucają na stertę kartonów wprost na ulicę.
Na Regent Street jedną z najbardziej ruchliwych ulic Londynu, gdzie przychodzi wyszukana i nadziana klientela.

zdjęcia z Daily Mail i skany z YouTube

Tłum gapiów (turystów, zakupoholiczek, poszukiwaczy sensacji i innych przypadkowych przechodniów) powoli wyłącza kamery i chowa smartfony.

Przerażeni widzowie tego niemego (bo oddzielonego grubym oknem wystawy) spektaklu zaczynają rozchodzić się każdy w swoją stronę.

Pracownicy sklepu przystąpują zaś do usuwania elementów osobliwego wystroju.


Na pierwszy rzut w koszu lądują zużute strzykawki i inne medyczne akcesoria. Później sterty drutów, opasek i metalowych klamr. Na koniec ktoś zrywa z okna baner z napisem ...

Take Animals Out Off Cosmetic Testing

Sklep Lush, sprzedający  ekskluzywne, ręcznie robione kosmetyki w taki drastyczny sposób włączył się w kampanię mającą na celu zaprzestanie testów na zwierzętach.
Mimo iż odpowiedni zakaz oficjalnie istnieje w prawie Unii Europejskiej, w Wielkiej Brytanii wciąż można legalnie sprzedawać produkty testowane na zwierzętach z innych części świata, włączając w to USA, Kanadę, a także Chiny, w których takie testy są wręcz niezbędnym wymogiem.

Wolontariusze skupieni wokół happeningu zachęcali (bez wątpienia poruszonych tym co widzieli) ludzi do podpisywania petycji do Parlamentu Europejskiego, tłumacząc, że nic nie usprawiedliwia cierpienia zwierząt w imię opracowywania składu chemicznego szminki czy cienia do powiek, a bezpieczeństwo produktu da się  przewidzieć z niemalże stuprocemtową pewnością tylko w oparciu o wiedzę na temat jego składników.

Była to pierwsza kampania na skalę światową. Brało w niej udział 800 sklepów w 49 państwach.

Poruszyła nie tylko ‘zwykłych ignorantów’,  którzy nabywają kosmetyki kierując się bądź ceną, bądź zachcianką, nie wnikając w etyczny aspekt zakupu.

Dr Chris Flower, dyrektor generalny Stowarzyszenia Producentów Kosmetyków, Artykułów Toaletowych i Perfum (The Cosmetics, Toiletries and Perfumeries Association) poczuł się zniesmaczony faktem, że protesty odbyły się w kraju, gdzie takie praktyki de facto nie mają miejsca.

Uznał też, iż opinia publiczna może przez to mieć nieco sfałszowany obraz Wielkiej Brytanii - kraju, który ma jedno z najbardziej restrykcyjnych legislacji w tej dziedzinie.
Jego zdaniem ‘ostrze miecza osądu’ zostało skierowane w kierunku przemysłu, który w aktywny sposób przyczynił się do rozwoju i propagowania metod alternatywnych.

Nie ukrywam, że nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym zagadnieniem na tyle głęboko, by radykalnie i konsekwentnie śledzić skład kupowanych kosmetyków.
Po części dlatego, że kupuję ich raczej niewiele (co oczywiście nie jest wystarczającym argumentem obronnym; można by bowiem rzec np: tak, okradłem babcię, ale przecież na niewielką sumę :))

Kampania jest drastyczna i niewątpliwie obnażająca istniejący problem.

Zgadzam się z opinią, że za wytwarzaniem co raz to nowych produktów nie stoi nic innego jak ludzka próżność, snobizm i głupia zachłanność ”na życie”.

Jak zwykle w takich sytuacjach, pojawiają się  też jednak pytania z drugiej strony barykady:

- Czy nie jest to świetny pomysł na kampanię reklamową?

- Czy Lush ma ‘czyste’ ręce i rzeczywiście na żadnym etapie wytwarzania swoich produktów nie zahacza o nieetyczne praktyki/ nieetycznych dostawców?

- Czy niemalże zupełne nietestowanie produktów (jak to jest w przypadku firmy Lush) nie niesie za sobą równie wysokiego ryzyka?

- Czy kampanie na rzecz zwierząt nie przyćmiewają problemu taniej (i koszmarnie wykorzystywanej) ludzkiej siły roboczej w krajach trzeciego świata?

- Czy etyczne jest angażowanie ludzi w kampanię poprzez bardzo silne oddziaływanie na ich emocje i wywieranie na nich presji, by z marszu zdefiniowali swoje stanowisko?

- Czy widowisko odegrane przez performerkę jest rzeczywiście wiarygodne, a naukowy żargon nie mydli (nomen omen) oczu?

-Czy wszystkie testy na zwierzętach są równie drastyczne i zbędne?

 

Pytania, na które każdy (w miarę możliwości – a obawiam się, że dostęp do pewnych danych jest limitowany) musi sobie odpowiedzieć sam ...

 



piątek, 27 kwietnia 2012

W sobotę, po porządnym wyspaniu się we własnym łóżku, po zawaleniu całego salonu górą prania (z błogą satysfakcją, że już nikt nie każe mi go składać na komendę), po zjedzeniu śniadania 'na sobie', siedząc wygodnie na mojej sofce (odświętność odświętnością, ale wszystko ma swoje granice ;)), po poustawianiu kwiatków i innych elementów wystroju na pozycje wyjściowe* udałam się do Nails Parlour w celu doprowadzenia do stanu używalności rąk mych biednych, steranych, zapuszczonych ciągłym sprzątaniem i gotowaniem.

Nie liczyłam na ciszę i spokój, jako że lecące tam na okrągło mózgotrzepiące rytmy w wykonaniu gwiazdeczek hip-hopu i street-dance'u nie działają wyciszająco.
Choć oczywiście yo man, szacun, ziomale!
Ani ja tak jestem w stanie tak szybko nawijać, ani tym bardziej tak się wyginać.

Mimo stylistyki obcej dla mojego ucha, nowoczesna "poezja" śpiewana wykrzyczana wyklepana zrytmizowana z lekką linią melodyczną (uff!) w stylu wassup man? you walkin, I not need no takin, you man fuck no nothin, I ain't get you somethin, yo! po krótkim okresie adaptacyjnym zaczyna swoją monotonią działać na mnie jak mantra na Krisznowców. Mózg mi się zawiesza i mogę się na chwilę wyłączyć (Kto to widział, żeby tak ciągle myśleć i myśleć?! :))

Tej soboty jednak było jakoś gwarniej. Okazało się, że akurat odbywały się wyścigi konne.
Jedna z ulubionych rozrywek Anglików, z Jej Królewską Mością na czele.

Po krótkim okresie oczekiwania na swoją kolejkę zostałam zawezwana przez panią manicurzystkę do stolika. Pani była tu nowa, jej twarz wydała mi się jednak znajoma.

"Ja cię znam!!!" - wydarla się entuzjastycznie na mój widok.

Musi też rozpoznała moją facjatę.
Po szybko przeprowadzonym śledztwie okazało się, że zaczęła tu pracować od niedawna. Wcześniej pracowała w American Nails.
Ja też tam wcześniej chadzałam, ale miałam już serdecznie dosyć takiej jednej Pani Paznokciowej, na którą dziwnym zbiegiem okoliczności ciagle trafiałam.
Zgadnijcie której ;)

Pani była miła i dokładna (choć jej rozumienie zwrotu 'krótkie, zaokraglone paznokcie" było zdecydowanie inne od mojego). Zalazła mi jednak za skórę notorycznym przeprowadzaniem wywiadów z moją skromną osobą.

A ja zdecydowanie nie przepadam za oznajmianiem całemu światu (no dobra, paru babkom na sąskiednich krzesłach) ile mam dzieci i w jakich szkołach, gdzie mieszkam, na czym polega moja praca i jak zamierzam spędzić weekend.

Moja asertywność nie osiągnęła (jeszcze?) poziomu pozwalającego mi spławiać intruzów werbalnych w sposób kategoryczny i zniechecajacy do dalszego wysiłku.
Kłamanie też idzie mi kiepsko.
Rośnie mi nos ;)
I pocą się ręce, co w momencie powierzenia ich manicurzystce - sami rozumiecie - gubi mnie.

Na ratowanie się ucieczką było już jednak za późno. Piłowanie i przepytywanie rozpoczęły się symultanicznie, zanim jeszcze zdążyłam porządnie usiąść.

Oprócz bariery emocjonalnej przeszkodą w przymusowej konwersacji była maseczka na twarzy 'Pani Redaktor'. Chroniąc przed wdychaniem pyłu skutecznie tłumiła też głos nie dającej się zbić z tropu interlokutorki.
Musiałam więc (zamiast się wyłączyć) włożyć dodatkowy wysiłek w zrozumienie ciężkiego mandaryńskiego akcentu.

Do zaburzeń akustycznych dołączyły także dochodzace z plazmy okrzyki dżokejów, piski podekscytowanych panienek, które zdążyły wcześniej obstawić parę koni przed oraz międzypracownicze dialogi w języku chińskim.

Zamiast więc się relaksować musiałam nadstawiać uszu i myśleć nad wymijającymi odpowiedziami. W pewnym momencie, adekwatnie do sytuacji, padło pytanie czy obstawiam na wyścigach, na które zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że zbyt cieżko pracuję, bym chciała finansować cudze wygrane.

Pani aż zamarła z wrażenia.
A z nią cały Nails Parlour.
Poczułam na sobie zgorszone spojrzenia, a cisza jaka nagle zapadła była bardziej wymowna niż w scence z Mojego Wielkiego Greckiego Wesela:

 

Pani jednak zamiast ratować sytuację niczym ciotka Voula, brnęła dalej.
"To losów na loterię też nie kupujesz?!" - w jej głosie mino nutki podziwu dominowało jednak najprawdziwsze zgorszenie.

Na pewno byłabym dalej przeptywana w sprawie moich poglądów hazardowych, ale akurat rozgrywała się końcowa gonitwa, więc wszyscy wstrzymali oddechy.

Ja zaś patrzyłam się na to widowisko z przerażeniem w oczach (uświadomiwszy sobie, że chyba pierwszy raz życiu - poza kilkoma przypadkowymi migawkami - oglądałam wycigi konne).

Upokorzone, poganiane palcatami, przerażone krzykami zwierzęta pędziły na oślep w zdziczałym galopie. Dżokeje podskakiwali, masochistycznie obijając swe 'klejnoty rodowe' o siodła i żądni zwycięstwa pienili się nie mniej niż konie, którch dosiedli.

Nagle, przy pokonywaniu jednej z ostatnich przeszkód dwa konie zahaczyły o barierę i upadając złamały sobie nogi.
Musiały zostać uśpione na miejscu.
Uczucia widzów były również usypiane przez prowadzącego imprezę i zapewniającego wszystkich, że konie zostały uśpione w sposób humanitarny i że było to jedyne z możliwych rozwiązań.

Zresztą cały wyścig był dramatyczny. Z czterdziestu jeźdźców do mety dojechało tylko piętnastu.

A następnego dnia w każdej możliwej gazecie były wywiady z właścicielem konia, panem Peterem Nelsonem, który płakał dziennikarzom w rękaw, że piękny koń, że wychowywany od źrebaka, że taka strata, że już nigdy więcej nie będzie wystawiał żadnych koni na wyścigach.

I tylko szkoda, że dopiero śmierć According to Pete (czyli dosłownie tłumacząc 'Według Piotrka', bo takie nietypowe imię nosił koń) pupilka wypieszczonego i kochanego jak przyjaciela uświadomiła mu, że nic sportowego w tym widowisku nie ma.

Nie raz już pisałam, że dla mnie zwierzęta mogą istnieć tylko na szklanym ekranie i w albumach. Nie jestem aktywistką na rzecz lepszego traktowania zwierząt (bo ogólnie nie jestem aktywistką).

Ale szlag mnie trafia na takie marnotrawienie życia.
Na bezmyślność.
Na tanie uciechy tłuszczy, składającej ofiarę na ołtarzu Bogini Rozrywki.
I na głupią, chorą, przerażającą dominację człowieka nad wszystkim, co się rusza lub nie, w celu zaspokojenia - przecież nie zwierzęcych - instynktów.

I mogę przymknąć oko (albo wyłączyć telewizor :)) jak sami się naparzają po pyskach.

Ale w przypadku zwierząt, które nie mają wyboru, które na własną zgubę są nauczone posłuszeństwa (choć co ciekawe, drugi uśpiony koń, Synchronised, podobno wcale nie chciał startować i dżokejowi długo zajęło dosiadanie i okiełznanie go przed gonitwą) to nic innego jako okrutny spektakl pod szczytną nazwą 'sport'. Lub jakiś inny cyrk.

Splątane końskie ciała, przeraźliwe rżenie obolałych i zszokowanych zwierząt i ogólny zamęt ostudziły nieco 'sportowe' (lub raczej hazardowe) emocje piszczących panienek. Wszyscy na raz zaczęli paplać, że o matko jaka szkoooooda. No bożesztymój popatrzcie jak strasznie przykro.

Nagle zadzwonił telefon.

Pani Manicurzystka przerwała pracę nad krzywiznami moich paznokci i zaczęła się wsłuchiwać w gadający jej do ucha głos. Z każdą chwilą gęba jej się co raz bardziej rozjaśniała w promiennym uśmiechu.

"Oh, my God! Oh, my days!" - zaryczała mi do ucha, po odłożeniu na bok słuchawki. "Moje dzieci wygrały na wyścigach! Wygraaaaaaaały!"
Oczy jej się zaszkliły, a duma o mały włos nie rozerwała jej matczynej piersi.

"A wiesz co jest najśmieszniejsze? Źe one nie mają pojęcia na czym to polega. Po prostu wybrały karteczki z odpowiednimi kolorami!

Tak, to było doprawdy najśmieszniejsze.
Lub jak ktoś woli, najbardziej groteskowe ...

 

_____________________________________________________________

*rzecz miała miejsce tuż po wizycie teściowej; z jakichś powodów nie miałam nastroju dokończyć tego wpisu wtedy :)

środa, 25 kwietnia 2012

Tak jak obiecałam wklejam zdjęcie - alfabet wojenny.

Moją uwagę przyciągnęła najpierw swastyka, a później feeria barw. Swastyka mnie tak bardzo nie dziwi, bo w dzielnicach hinduskich (które mijam od czasu do czasu) jest to często spotykany symbol, symbolizujący szczęście (All is well).

 to zdjęcie ściągnęłam z netu, ale gdyby nie dziki pośpiech, cyknęłabym własne nie dalej jak wczoraj

W naszym kręgu kulturowym skojarzenie jest jednak mocno negatywne.
Dlatego ta swastyka w otoczeniu wesołych, kolorowych obrazków pierwotnie wzbudziła mój niepokój.
Mój pokrętny umysł (za którego dziwacznymi skojarzeniami czasami nie nadążam :)) przetłumaczył sobie napis pod swastyką jako 'imprezka w stylu nazistowskim', zupełnie ignorując fakt, że "party", to przecież też partia, a nie tylko bibka.

Plakat wieńczył zakończenie działu tematycznego pt. "II wojna światowa".

Nie po raz pierwszy stwierdzam, że angielskie podejście do nauczania jest dość 'lajtowe'.
Wyrywkowe fakty, trochę skojarzeń i dużo zabawy.
Ma być miło, przyjemnie i kolorowo.
Zgodnie z taką właśnie, a nie inną linią programową, plakat też pokazuje wojnę w sposób hasłowy i anegdotyczny.

Cóż, nie będę teraz pisać rozprawki nad przewagą angielskiego systemu nauczania nad polskim, ani załamywać rąk nad wybiórczością, z jaką przedstawia się pewne fakty młodym Brytyjczykom.
A mogłabym :)

Myślę, że dobrze jest uświadamiać nowe pokolenia czym naprawdę była II Wojna i czym są dziesiątki wciąż toczących się wojen. Martyrologiczne podejście (dużej części) Polaków mnie jednak męczy, a nieustannie rosnąca liczba członków w Związku Kombatantów zadziwia.

Może i wiedza historyczna mieszkańców Wysp nie jest tak głęboka, jak polskiego maturzysty (choć, nie ukrywajmy, i ona wietrzeje szybko w myśl zasady 3xZ :)), a angielski styl nauczania historii pozostawia wiele do życzenia.


Przeselekcjonowane fakty, hollywoodzkie uładzenie i autoironiczne podejcie do przeszłości swoich przodków nie przekładają się jednakże na społeczną ignorancję i brak refleksji (a taki jest moim zdaniem jeden z celów nauczania historii: spoglądanie wstecz i wysnuwanie wniosków na przyszłość).

Przeciwnie.
Świadomość konieczności zaangażowania się w życie społeczne, wiara w siłę przebicia głosu jednostki, w prawo i obowiązek wyrażania własnego zdania i wpływania na decyzje na szczeblu lokalnym i państwowym jest tu dużo bardziej zauważalna.

Angielska młodzież już od młodych lat uczy się postawy obywatelskiej.
I to zupełnie nie w stylu komunistycznych przybudówek partii komunistycznych czy pogromców bikiniarzy :)



Już dla dzieci z podstawówek organizowane są 'konferencje', gdzie uczą się dyskutować, polemizować, głosować, podsumowywać i wyciągać wnioski.
Rodzice uważają za 'oczywistą oczywistość' by aktywnie uczestniczyć w życiu szkoły, zbierać fundusze, pomagać nauczycielom (nie wiem, jak to teraz wygląda w Polsce, ale jakieś 15 lat temu, to było z tym raczej marnie).

Lokalni reprezentanci partii starają się nawiązywać osobiste kontakty z ludźmi w ich okręgach wyborczych, a mer Londynu regularnie organizuje spotkania z 'ludem', by wsłuchiwać się w jego głos.

A 'lud' wie, jak zadać konkretne pytania, jak konstruktywnie skrytykować i przyprzeć do muru.

Ostatnio (owszem, wiem że w ramach kampanii o przedłużenie kadencji :)) Borys Johnson, mer Londynu spotkał się przedstawicielami różnych gmin i zawodów.
Zadawane pytania dotyczyły najbardziej uciążliwych problemów takich jak usprawnianie linii metra, wysokość cen biletów, brak miejsc pracy dla matek (Londyn ma najniższy odsetek zatrudniania matek mających małe dzieci, głównie z braku stanowisk na pół etatu), wspieranie sektora prywatnego a zaniedbywanie tzw. pracowników budżetówki, bezpieczeństwo i organizacja życia publicznego przed olimpiadą.

Jedno z pytań, które zaciekawiło mnie chyba najbardziej brzmiało:

"Analiza pańskiego oficjalnego kalendarza spotkań pokazuje, że od Maja 2008 do Marca 2011 spotkał się pan 86 razy z bankierami, 48 razy z policją i 15 razy ze zwykłymi Londyńczykami" (czyli nie jest tak krysztłowo, jak myślałam :))

Dlaczego akurat takie pytanie?

Bo ja bym go sobie nie zadała.
Bo bym się nie pofatygowała, żeby to sprawdzić, żeby w ogóle się z panem Borysem spotkać.
Bo gdzieś tam mam zakodowane, że mój głos się nie liczy, że nie mam wpływu, że trybiki w maszynie są zastępowalne i łatwo je wymienić.

Nie wiem, czy mam za to winić idiotyczne lekcje WOŚ, które nic nie wniosły w moje życie.
Czy rodziców, którzy z kolei nauczeni negatywnymi doświadczeniami moich dziadków, byłych AK-owców, powtarzali mi przez całe życie: "Nie wychylaj się. Po co ci to angażowanie się?!"
Czy może własne lenistwo. Intelektualne i fizyczne.

Bo raczej na pewno nie kiepskie nauczycielki historii ;-P

I tak czuję, że Anglia mnie trochę zmienia (na razie tylko angażuję się na niwie szkolnej :))

Ale ...

Jakoś nadal nie czuję, że mam odpowiednią siłę przebicia, jeśli chodzi o akcję pt: "Nam też nie jest wszystko jedno" .
Owszem solidaryzuję się. Zgadzam się, że Gazeta zaniedbuje blogerów.
Ale szczerze powiedziawszy, myślę że ci mityczni 'oni' i tak mają to głęboko ... czy jakaśtam tłukąca w klawiaturę od roku fidrygauka wklei apel w swoim kolejnym wpisie, czy nie.
Także - z całą sympatią dla tych, którzy uczestniczą w proteście - postanowiłam się wyłamać :)

A poza tym przekornie powiem, że ... Blogger - mityczny przeciwnik Bloxa nie ma przecież żadnej oficjalnej, czy nawet rankingu blogów (A może ma tylko mi nie udało mi się znaleźć?).
Nie ma blogów podzielonych na kategorie, po których można sobie pobuszować, jak po second-handzie.
Nie ma Top1000 ani strony głównej w jakiejś gazecie.

A wygląda na to, że Bloggerzy są zadowoleni :)

Ale o realnym wpływie 'piątej władzy' (blogerów) na rzeczywistość może innym razem ...

wtorek, 24 kwietnia 2012

2300 metrów (z ciężkim plecakiem o torebką z czego połowa drogi pod górę, z dwójką dzieci drepczących świńskim truchtem za mną) w 23 minuty! Z przerwą na buziaki i pożegnania.

To mój nowy rekord.

Dlaczego ja nie startowałem w maratonie?!
Jak dojadę do Londynu, to czerwień może zelżeje nieco.
Bo 'rozpłyniętego' makijażu nic już nie uratuje.
Ale za to antyperspirant działa nienagannie.

A Woman at War.

Na wojnie z rzeczywistością...

Miłego dnia wszystkim ;)

Ps. Pisownia oryginalna. Zdjęcie znalezione w jednej ze szkół moich dzieci. To część plakatu pt. "Wojenny Alfabet". Wkleję jeszcze jedno zdjęcie wieczorem ;)

A tu oryginalny plakat, na którym widać, że bardziej chodzi o mięśnie niż 'gest Kozakiewicza'

Ps. 2 Ach, jak to ja się miałam rozpisać...
Niestety poranny bieg w połączeniu z późniejszym oczekiwaniem na autobus jedyne 40 minut, z przenikliwym wiatrem, z dotarciem na umówione spotkanie już po jego zakończeniu i z paroma innym mało ciekawymi, acz zatruwającymi życie zdarzeniami, tak mnie wykończyły, że nawet nie mam siły przemyśleć, czy chcę się włączyć do akcji uaktywniania Bloxa przez zbiorowy protest, a co dopiero piasać coś od siebie.

 

I tak mam chyba lepsze połączenie niż ten pan :)

Miłej nocy wszystkim :)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Na wstępie chciałabym po raz kolejny podkreślić, że żywię wielki szacunek dla pasjonatów, lubię blogi tematyczne, czytam ich sporo i nawet sama takiego prowadzę (ale się kryję z tym namiętnie; TU już tłumaczyłam, dlaczego :))

Blogi kulinarne zaskakują mnie w szczególności.
Kreatywnością ich autorów, ale też ekspansywnością i 'gęstością' występowania w blogosferze.

Niektóre są naprawdę przecudnej urody; inspirujące i smakowite.

Jako Wielodzietna Matka Pracująca rzadko jednak mam czas na wcielenie w życie wysublimowanych przepisów, choć na pewno nie miałabym dylematu 'kto to wszystko ma zjeść'.
Fenomen dziecka-niejadka jest mi zupełnie nieznany :)

Nie mogę powiedzieć, że jestem kompletnym antytalenciem kuchennym, ani że nie lubię gotowania. Bo owszem, lubię sobie popichcić. Nawet parę książek kucharskich nabyłam.
Ilość rekomendowanych przyborów i absolutnie niezbędnych produktów przerosła mnie jednak na tyle, że Jamie Olivier obrósł kurzem.

Dania wymagające przesadnego kunsztu nie wzbudzają mojego zainteresowania (choć co ciekawe, jak prześledziłam tagi na moim blogu, to Jedzenie jest w zdecydowanej czołówce) :))
Inne zaś może i zachwycają efektem końcowym, ale proces tworzenia bywa mało profesjonalny :)

Dlatego też na co dzień ograniczam się raczej do potraw mało skomplikowanych i nieczasochłonnych.

Nic godnego opisywania i obwieszczania światu.

Ponadto moja nieuleczalna skłonność do zdań wielokrotnie złożonych, do wstawek, dygresji, wyjaśnień w nawiasach, uwag na marginesie, powtórzeń i kwiecistych epitetów nie czyni ze mnie odpowiedniej kandydatki na blogerkę kulinarną.

Zbyt mącę, by dotrzeć z moimi opisami do szerszej publiczności (wierni czytelnicy, mający do mnie anielską cierpliwość nie są odpowiednią grupą reprezentatywną :))

Mogłabym zatem - o czym już wcześniej wspomniałam - co najwyżej założyć bloga antykulinarnego.

Przynajmniej byłoby się z czego pośmiać.

Niestety czasowo się raczej nie wyrobię.

Trochę szkoda.

Bo mam parę fajnych pomysłów.

Na przykład:
- jak jeść przez tydzień makaron z sosem pomidorowym w różnych kombinacjach,
- jak skutecznie zdrapywać dowody używania miksera z kafelków, mebli i sufitu,
- jak rozdzielać kłócące się dzieci bez skutków ubocznych dla smażonych kotletów,
-  jak w czasie niezapowiedzianej wizyty, mając w lodówce tylko światło, zachwycić koleżankę 'Plackami Eliasza' (woda+mąką),
- jak ratować zapasy z popsutej lodówki, albo
- jak w dzień po przeprowadzce gotować spaghetti w woku i odcedzać je bez sitka :)

Mogłabym jeszcze pisać o tym, gdzie można w Londynie kupić świeżą baraninę ...

jak pokonać wewnętrzne opory i być otwartym na kuchnie innych krajów ...

nie zapominając jednocześnie o naszym dziedzictwie narodowym

Albo jeszcze jak w dobie kryzysu w Anglii przemycać niezbędne do przeżycia dobra przez granicę (patent mojego taty :)).

Szkoda, szkoda ...

Ale za darmo oddam prawa autorskie do mojego pomysłu.
Śmiało!
Sprawdzałam. Domena makecookingharder nie została jeszcze zarejestrowana :)

sobota, 21 kwietnia 2012

"Koniec świata i okolic!" - to było jedno z ulubionych powiedzonek pani Eli, sekretarki z mojego liceum.
Kto by przypuszczał, że jakaś pani Ela zapisze się w mojej świadomości na tyle lat.
I to tylko dzięki jednemu powiedzonku.

W czasie przerwy świątecznej odwiedziła mnie koleżanka z pracy. Już samo to było ewenementem, bo tu się ludzie nie odwiedzają po domach. Na dodatek koleżanka po obchodzie domu (sama chciała - kolejny ewenement; Anglicy wchodzą tylko do salonu, ewentualnie kuchni, świętość sypialni omijając szerokim łukiem) powiedziała, że jest w szoku, jaką ja jestem niesamowicie uporządkowaną osobą.

U-PO-RZĄD-KO-WA-NA !!!

Ja???!!!

Matko! Nikt mi w życiu takiego komplementu nie walnął. Nawet jak był tylko kurtuazyjny.
Można o mnie wszystko powiedzieć, ale że jestem uporządkowana, to raczej na pewno nie.
Normalnie koniec świata i okolic!

Końcem świata jest także to, że Anthony, która gotuje takie pyszności, że nawet osobę tak mało skłonną do kuchennych rewolucji jak ja, skusiła do ugotowania paru potraw z jej bloga, poprosiła mnie o podanie przepisu :)

Nie byłabym jednak sobą, gdy bym nie zrobiła tego trochę przekornie i nie przysłużyła się takim samym dyletantom jak ja.
Z góry zatem przepraszam - będzie to wersja dla idiotów :)
Mistrzowie pieczenia proszeni są o przymrużenie oka.

***

Przepis wyłudziłam od cioci, której mazurki były sławne w całej naszej rodzinie.
Nie miałam zamiaru wykorzystywać go od razu. Byłam młodą studentką i myślałam, że może kiedyś, w odległej przyszłości będę piekła ciasta w ramach podtrzymywania ogniska domowego.
Nie było wtedy jeszcze internetu, blogów kulinarnych ani takiego wysypu prasy kolorowej.
Ciocia zapisała mi go na jakimś karteluszku, a ja nie zweryfikowałam, że paru ważnych szczegółów brakuje.
Trochę szkoda, bo może cały proces pieczenia byłby mniej spontaniczny :)

A zatem ...

Przepis na hiper kaloryczny mazurek cytrynowy wg cioci J.

Skadniki:

1 kg mąki

2 kostki margaryny (tak wiem, wiem; dla mnie też to brzmiało NIEPRAWDOPODOBNIE, ale po prześledzeniu parunastu innych przepisów na mazurki stwierdziłam, że jednak proporcje mogą się zgadzać - nie jest to potrawa dietetyczna, ale nie trzeba od razu całego jeść :))

2 szklanki cukru (20 lat temu pewnie wszyscy mieli takie same szklanki, zdobyte gdzieś w Państwowym Domu Towarowym - ale załóżmy, że są to standardowe szklanki po 250 ml)

6 łyżek śmietany (nie pytajcie jakiej - ja użyłam 'na oko' 18%)

4 całe jajka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

zapach cytrynowy (moja innowacja)

polewa

¼ litra śmietanki niskoprocentowej

2 szklanki cukru pudru (tu zaszalałam - po podsłuchaniu dwóch pań w dziale z bakaliami - wprowadziłam swoją modyfikacjię i użyłam fondant icing sugar czyli cukier puder z zagęszczaczem, choć w przepisie był zwykły cukier - nie byłam jednak w stanie wyobrazić sobie jak ze zwykłego cukru może wyjść gęsta polewa)

2 cytryny

bakalie

 

Wykonanie:

Wydaje się proste. Przepis każe bowiem mąkę przesiać (nie wiem po co się przesiewa mąkę, ale ja nie zrobiłam tego z braku sitka i czasu, więc myślę, że spokojnie możecie sobie ten element darować), wymieszać z margaryną, proszkiem do pieczenia, cukrem, śmietaną, jajkami i paroma kropelkami zapachu.

"Wydaje się" jest tu jednak słowem kluczowym, albowiem rozrobienie tego wszystkiego to jest jakiś kosmos.

Rozrabianie ciasta kruchego wygląda mniej więcej tak :

Bądźmy szczerzy - takiego zdjęcia na blogach kulinarnych nie znajdziecie.
Ale chyba nadszedł czas na odmitologizowanie gotowania i pieczenia :)

Dlatego przed rozpoczęciem mieszania szczerze doradzam wykonanie wszystkich czynności, które nie cierpią zwłoki  albowiem ta mało przyjemna czynność potrafi uwięzić nowicjusza na dobre dwadzieścia minut.

Gotowe ciasto o konsystencji mniej więcej takiej:

należy schować do lodówki na ok. 2 godziny

Z podanych wyżej składników oczywiście wychodzi tego ciasta dużo, dużo więcej (ja rozrabiałam w największym dostępnym mi 10-cio litrowym garnku :))
Jest to ilość ciasta wystarczająca na na duży i mały mazurek: (blachy o wymiarach 27x37 oraz 20x25).

Schłodzone ciasto podzieliłam na dwie części (dwie trzecie na większą blachę).

Następnym wyzwaniem jest ułożenie go  na wyłożoną pergaminem blachę.
I tu zaczynają się kolejne schody.
Teoretycznie każdy przeciętny trzylatek potrafi sobie poradzić z kawałkiem modeliny.
Ta jednak jest specyficzna - z dużą zawartością tłuszczu. Wybitnie podła. Szczególnie, że trzeba do tego uformować na brzegach rancik, potrzebny do zatrzymania polewy na mazurku.

Po 10-ciu minutach dałam jakoś radę, choć wierzcie mi - nie wyglądało to tak schludnie i regularnie:) (już później przeczytałam, że najlepiej jest ciasto rozwałkować na papierze i razem z nim włożyć na blachę, a brzegi dolepić).

Następnie ciasto należy włożyć do piekarnika - tu przepis nie stanowi ani na ile, ani w jakiej temperaturze. Taki drobny szczegół :)

Znowu Wujek Google przyszedł z pomocą i drogą dedukcji i analizy porównawczej doszłam do wniosku, że trzeba piec do zarumienienia (jakieś 15-20 minut) w temperaturze 180°.

Zgodnie z prawami fizyki margaryna pod wpływem temperatury zaczęła się topić (nie wiem, jaki sens było to wszystko trzymać w lodówce :)) i z przerażeniem w oczach zauważyłam, że mój rancik diabli biorą. Podpiekłam więc trochę, wyjęłam z piekarnika i nożem uformowałam rancik ponownie. Główka pracuje!

Mało przekonujące (czyt. wyglądające na surowe) ale już lekko zarumienione ciasto wyjęłam z piekarnika i posmarowałam najlepszymi na świecie powidłami węgierkowymi (nic mi za to nie płacącej :))) firmy Łowicz.

Następnie przyszła kolej na wyzwanie nr 3 - zrobienie kruszonki.
Nigdy w życiu nie robiłam kruszonki, ale uwierzcie mi na słowo - z takiej ilości margaryny kruszonka raczej nie wychodzi. W każdym razem mi nie wyszła.



Wszystko się śligało. Opcją alternatywną stało się zatem pokrywanie powideł małymi placuszkami z ciasta.
Mało profesjonalne, ale zadziałało.

Podpiekłam jeszcze to wszystko do zarumienienia góry (trzeba uważać, bo rancik łatwo przypalić) - jakieś 10 minut.

Polewę (śmietanę + cukier puder +  drobniutko startą skórkę z cytryn i sok  - dodany 'na oko' czy raczej 'na język') gotowałam na malym ogniu przez ok 12 minut. 
Sok należy lać przez sitko. Nie tak jak ja: na żywioł. Nie trzeba później wyławiać pestek :))

Ostudzoną, ale jeszcze ciepłą polałam mazurek i zgodnie z instrukcją cioci, zaczęłam dekorować przed zastygnięciem.


I to już właściwie wszystko - wzór wymyśłiłam na poczekaniu (choć później zobaczyłam, że z motywem baź nie byłam raczej  oryginalna :))
Użyłam mielonych orzechów laskowych, skórki pomarańczowej, orzechów pecan, migdałów i jakichś gotowych mazideł.

Wszystko zależy od inwencji twórczej.


Proponuję jednak nie przesadzać, bo - jak widać na tym znalezionym przypadkowo zdjęciu - kreatywność może się
czasami wyrwać spod kontroli :)

***

Po przeczytaniu całości stwierdziłam, że mimo iż nie jest to moja pierwsza próba , to chyba jednak na blogerkę kulinarną  się nie nadaję :)

Zbyt zagmatwałam sprawę.
Chyba, że stworzę antyblog kulinarny w stylu makelifeharder :)

Uwierzcie jednak na słowo: mazurek jest pyszny i raz do roku można się poświęcić - i kulinarnie i dietetycznie.

Smacznego :)

czwartek, 19 kwietnia 2012

Boli mnie łapa.
Prawa.
Przygrzmociłam nią dziś z całej siły parę razy.
O plastikową obudowę na drzwiach samochodu.

Skrzyni biegów szukałam w desperacji.

By na jedynkę wrzucić, bo mi samochód gasł pod górę.

A tu jakiś idiota skrzynię zamontował po lewej.

No jak można zmieniać biegi lewą ręką? Powiedzcie mi, proszę, JAK???

***

Mój mąż powiedział że dość, że koniec lenistwa, że czas najwyższy się usamodzielnić, a nie go codziennie 'zbaczać' z drogi, bo się ziemniaków zapomniało przytachać i trzeba by do sklepu podjechać, albo suszyć mu głowę, że nie ma kto dzieci zawieść na urodziny koleżanki i ... kupił mi samochód.

To znaczy nieeee. Nie jest tak jak myślicie.

Nie czekała na mnie przed domem pewnego dnia limuzyna z wielką kokardą, a kluczyki nie leżały na spodeczku przy porannej kawie.
Mój mąż aż tak spontaniczny, ani głupi nie jest, żeby taką decyzję podjąć beze mnie  :)

Bo co, jakby zły kolor wybrał?

Samochód musi przecież spełniać dwie funkcje: jeździć (jakkolwiek, byle bez żadnych zbędnych interwencji) oraz komponować się z garderobą.
Mam rację, nie?

Model więc jest wiekowy, parę rys ma (by nie było szkoda dodać paru), kupiony za moją zgodą (tak, tak kochanie, bardzo ładny kolor), jakiejś znanej marki (logo mercedesa od renaulta odróżnię, inne szczegóły mi umykają).
Na szczęście otwiera się bagażnik (nie tak jak w naszym starym gracie) więc można normalnie włożyć zakupy.
Na nieszczęście nie otwiera się okno od strony kierowcy (jak w naszym starym gracie) - więc za każdym razem jak się chce wziąć bilet na parking, to trzeba otwierać drzwiczki).

O takie szczegóły jednak na razie nie muszę się martwić.

Na razie to ja się martwię o to, by w ogóle się odważyć nim jeździć.

Bo co prawda w Warszawie to ja byłam głównym eksploatatorem naszego pojazdu, ale Warszawę to ja, panie, znałam od dziecka, więc jeżdżenie na pamięć przychodziło mi relatywnie łatwo :)

I tak zajęło mi to ze dwa lata, by jako tako opanować tę strasznie trudną i skomplikowaną sztukę kierowania pojazdem mechanicznym (przykro mi dziewczyny, ale niestety jestem jedną z tych osobniczek, przez które mężczyźni przeklinają kobiety-kierowców, ale o tym może w następnym wpisie).

Poza tym w Warszawie nie ma gór.

A tu, cholera jasna, żeby w ogóle wyjechać z parkingu przed domem, muszę pokonać górę jak słoń. I to jeszcze ruszając do tyłu.

Ręczny, sprzęgło, gaz, lusterko i samochody sąsiadów.
Jak dla mnie zbyt wiele rzeczy do skoordynowania.
Nie ogarniam.
I tak, jedyne o czym myślę, to by się nie stoczyć i nie przywalić w drzwi garażu.

Opcją alternatywną jest rozp**przenie silnika siłą nacisku na pedał gazu przy jednoczesnym zaciąganiu hamulca ręcznego (tak wiem, wiem, że powinnam go poluzowywać, ale powiedzcie, jak można manewrować przy ręcznym LEWĄ ręką???)

Do tego mój "nowy" samochód jest ... siedmioosobowy i naprawdę nie wiem, jak ja taką kobyłą będę jeździć.
Parkowanie 'na kopertę' jest poza wszelką dyskusją.
Nie zdołam tego opanować.
Nie zdołam.
Chyba prędzej pojmę fizykę kwantową. Albo się odważę wyjechać na autostradę.

Samochód stał pod domem już ładne parę tygodni.
Ponieważ do tej pory nie zrobiłam sobie zdjęcia do prawa jazdy (muszę wymienić na angielskie), ani nie wykupiłam sobie jazd doszkalających (spycham do podświadomości i nie chciałam dodawać sobie stresu w czasie wizyty teściowej), mąż mnie dziś w końcu wyciągnął za fraki i kazał się przejechać po bocznych uliczkach wokół domu.

Zasiadłam więc za kółkiem pierwszy raz od ośmiu lat.

Bilans po 15 minutach przejażdżki był następujący: poobijana łapa (po poszukiwaniu skrzyni biegów po złej stronie), rozkraczenie się 3 razy pod górę (oblałam na tym egzamin; za drugim podejściem - a nie mówiłam, że siła nawyku :)), stan przedzawałowy męża (siedział od strony pasażera i widział, ile milimetrów dzieliło mnie od mijanych samochodów - tu na Wyspach te drogi jakieś wąskie są).
Jechanie po prostej, skręt w lewo i zawracanie na trzy (na pustej ulicy) poszło mi nawet sprawnie.

A tak poza tym, to wciąż odreagowuję po świątecznej wizycie.
Nic mi się nie chce. Jestem przywalona toną zaległych raportów i mam ogólny 'pisaniowstręt'. Popełniłam co prawda aż 2 wpisy, których jednak jeszcze nie skończyłam, co w moim przypadku oznacza stan ciężki ...

Ale może się jakoś otrząsnę z czasem.

Do miłego ...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Podczytywane
Podglądane
Recenzowane
Smaczne
Szablonowe
Śmieszne
Varia
Z Wysp
Zarchiwizowane chyba ...
Zbiór Wpisów Ulubionych
Tagi


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)


szepty w metrze


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...