mozolne oswajanie angielskiej rzeczywistości czyli zbiór fidrygałek wszelakich oraz lekko filozoficznych przemyśleń i obserwacji z podróży, gdy czas się dłuży i człek się nuży
Blog > Komentarze do wpisu

o podatkach i chusteczkach

Dzień 31 stycznia jest jednym z moich ulubionych dni w roku.

W tym dniu świętuję bowiem moją wyprowadzkę na Wyspy.
Świętuję po cichu, w myślach właściwie.
Nie ma szampana.
No, może czekoladki...

I tak jak oficjalne urodziny królowej/ króla, niezależnie kiedy wypadają, obchodzone są paradnie w drugą sobotę czerwca, tak i ja swoją lipcową przeprowadzkę celebruję 31 stycznia właśnie.


Data jest nieprzypadkowa.
To ostatni dzień w którym należy złożyć deklarację podatkową.
To dzień w którym uświadamiam sobie wyjątkowo mocno, że mieszkam w państwie, które nie zakłada z góry, że jestem złodziejem, oszustem podatkowym i głąbem, któremu powtarza się jak mantrę, że nieznajomość prawa szkodzi Nieznającemu.

I od razu uprzedzam - nie będzie dziś rozprawki politycznej na temat słuszności płacenia podatków. Nie będzie dywagacji z zakresu ekonomii czy prawa. W tych sprawach jestem bowiem dyletantem, jakich mało chodzi po tym ziemskim padole.

Nie będzie też fałszywej propagandy i przesłodzonych peanów na cześć Jaśnie Panującej nam Królowej, Jej rządu i Jej skarbu.


Jeśli będziecie tu wpadać, to jeszcze niejedną mrożącą krew w żyłach historię przeczytacie. Jeszcze trochę jadu pocieknie, żółci się poprzelewa, szpil w bok nawbija.
Zapewniam was, że paranoji w tym kraju nie brakuje i ja je osobiście opiszę, w przestrzeni wirtualnej umieszczę -  na pamiątkę dla potomnych (Niech się kiedyśtam dowiedzą gówniarze, przez co ich babka musiła przechodzić!).

Ale dziś będą same pochwały i zachwyty.

 

Otóż - rys historyczny robię - jak już po oswojeniu się nieco z angielską rzeczywistością na dobre zaczęłam myśleć o pracy i intensywnie się rozglądałam po rynku, trafiła mi się robótka lekka, łatwa i przyjemna. Na pół etatu, za pieniądze takie, co kot napłakał, ale blisko domu, bezstresowo i z perspektywą otrzymania pierwszych prawdziwych 'angelskyh' referencji. Z szansą na uzyskanie, jakże pożądanego, DOŚWIADCZENIA zdobytego tu, na miejscu, a nie w jakimś nadwiślańskim kraju, gdzie nie wiadomo czego uczą i wymagają.

Był tylko jeden wymóg. Musiałam założyć działalność gospodarczą.

Na samą myśl o tym ciary mnie przeszły od stóp do głów.
Ja, pieseczek pokąsany przez polskie urzędy podatkowe.
Ja, misio besztany przez panie urzędniczki, które umiały mi dać tylko dwe rady: "Dziennik Ustaw kupić!" oraz "Zapytanie na piśmie do Kierownika Urzędu dwadzieścia pięć złotych znaczek skarbowy poproszę".
Ja, osiołek drepczący od okienka do okienka z deklaracjami w pysku - zamarłam.

Bo ja już nie chciałam ZUS-u srusu, który by zabierał 1/3 mojego dochodu, regonów, pieczątek, deklaracji podatkowych 20-go każdego miesiąca, deklaracji VAT 25-go każdego miesiąca, tryliardów druczków na ubezpieczenia emerytalne, rentowe, wypadkowe i zdrowotne (Obudzona w środku nocy potrafiłam wytrajkotać NIP, REGON i Pesel, numery rejestracyjne samochodów i dane konta bankowego swoje i męża; bez zająknięcia).
Nie chciałam kar za ich niewypełnienie, odsetek za niezapłacenie na czas pieniędzy, które nigdy nie chciały trafić z kont kontrahentów na nasze.
Nie chciałam tego całego gówna, w które się władowałam jak tylko upadł komunizm, wierząc, że biorę sprawy w swoje ręce, staję się kowalem swojego losu i że ciężką pracą, samozaparciem i sukcesywnie nabywaną wiedzą do czegoś kiedyś dojdę.

Doszłam.

Na skraj bankructwa.


Zamknęłam biznes. Męża wysłałam do Anglii.


Sama zajęłam się pakowaniem, kończeniem kursu, dorywczą pracą wieczorami i zamykaniem spraw wszelakich na siedem spustów. Hobbistycznie zaś, w zaawansowanej ciąży i z drugim dzieckiem za rękę łaziłam od jednej zasranej pani prezes do drugiej, żebrząc o moje własne, niezapłacone przez nie pieniądze. Chodziłam po kilka razy, bo całej sumy jakoś nigdy nie miały w kasie. I miałam w nosie, że zniżam się do poziomu brania kogoś na litość. Im większy miałam brzuch, tym chętniej się wtaczałam do kantorka. Z zaskocznia. W najmniej oczekiwanym momencie.

Sprzedałam w cholerę samochód i wygraną w konkursie lodówkę, więc miałam trochę grosza, by rzucić nim w mordę panu komornikowi, który mnie ścigał za 1000 zł i straszył, że mi wszystko zajmie i że go to nie obchodzi, że mieszkam w domu rodziców, w którym moje było tylko łóżeczko i regał z IKEI (a gdzie się przeprowadziłam na ostatnie pół roku przed wyjazdem). I który mi proponował, że jak mu zapłacę tu i teraz gotówką, to się jakoś dogadamy co do kwoty. (To rzucanie symboliczne było, bo zapłaciłam oczywiście w kasie, dusząc się ze złości, że jestem takim beznadziejnych tchórzem, który boi się donieść na tego łapówkarza).

Po uregulowaniu wszystkich rachunków zostało mi jeszcze trochę na pieluchy.
Na waciki już nie.

Tak więc - sami rozumiecie - ta działalność mnie spłoszyła.

"Ale co tam! Raz kozie śmierć", pomyślałam (w końcu byłam już pieseczkiem, misiem i osiołkiem; przyszedł więc czas na kozę).
A że jestem osobą impulsywną, to jeszcze tego samego dnia wybrałam się do lokalnego oddziału Inland Revenue.

Kolejki nie było. Nie musiałam się nawet umawiać na spotkanie na inny dzień.

Z wizyty tej pamiętam tylko jedno: przemiłego pana, który piękną angielszczyzną tłumaczył mi, jak krowie na rowie, co mam zrobić. Który dał mi parę druczków, zapewnił, że nie muszę ich nawet wypełniać - mogę wszystko załatwić telefonicznie, zapisał na kartce odpowiednie numery, otworzył drzwi, bym mogła przejść z wózkiem i skomplementował mój angielski (co było jawnym i zbędnym przegięciem).

Pojechałam do domu, zadzwoniłam do centralnego urzędu skarbowego gdzie podałam swoje imię, nazwisko, adres, numer NIN (coś jak NIP) i ... zostałam szczęśliwą właścicielką własnego biznesu o nazwie: imię i nazwisko, adres i numer NIN. Pieczątka zbędna.

Pozostał mi jeszcze jeden telefon - rejestracja w ichniejszym ZUS-ie, gdzie wybrałam najtańszą dostępną opcję ubezpieczenia - 2,5 funta tygodniowo (wtedy cena dwóch bochenków chleba). Oczywiście, nie jest to suma, na podstawie której można później nabyć prawa do sensownej emerytury, ale ... nikt nie zmusza cię do płacenia horrendalnych kwot ZANIM jeszcze zaczniesz cokolwiek zarabiać.
Na trzeci filar dopłaca mi teraz londyńska gmina. Mam nadzieję, że dam radę za to przeżyć za jakieś dwadzieścia parę lat (o ile wcześniej nie będzie końca świata :)). Deklaracji podatkowych nie wypełniam. O potrącanym mi miesięcznie podatku (wcale nie takim małym, żeby nie było) dowiaduję się z miesięcznych payslipów i jednego, podsumowującego cały rok druczku P-60.

Ale wracając od oferty pracy ...

Dostałam. Przyjęłam z pocałowaniem ręki.
Przepracowałam tam pięć miesięcy, ale ponieważ  zarobiłam ok. £5000 (mniej więcej tyle, co suma zwolniona od podatku - był to wtedy ekwiwalent ośmiomięsięcznego czynszu), nie zapłaciłam do skarbca Królowej ani grosza.
Pracę zakończyłam (na rzecz tej 'właściwej', wyszukanej w pocie czoła).
Firmę zamnkęłam jednym telefonem.

Mój mąż też założył firmę. Ale taką z prawdziwego zdarzenia. Taką ładną. Ze stroną internetową i pracownikami :)
I ma tę firmę już czwarty rok. Nooo, nie jest to firma o zasięgu międzynarodowym, ani nawet ogólnokrajowym. Ale na waciki dla żony zarabia.
(Choć też miał paru klientów, którym musiał ścigać -  z tym że tutejszy urząd skarbowy to jak najbardziej zrozumiał i rozłożył mu płatność na bezodsetkowe raty).

Przez rok grzecznie zbiera rachunki. Ubezpieczenie płaci kwartalnie. W kwietniu idzie do księgowego (rok podatkowy kończy się tu 5-go kwietnia), zanosi mu zestawienie przychodów i rozchodów. Księgowy sprawdza, wylicza podatek lub jego zwrot. Wysyła przez internet rozliczenie do urzędu skarbowego. Mąż płaci £80 funtów i z gębą jak banan żegna się z księgowym słowami: "Do zobaczenia za rok."

Ot i cała bajka.

Aha.
A gdyby mąż zapomniał się rozliczyć, to w sierpniu dostaje list z przypomnieniem, że rozliczenie w wersji papierowej (może to zrobić sam, ale kto by się w to bawił) może złoźyć tylko do 31 października. Później już tylko wersja online.

W styczniu, jak tylko z bilboardów znikną świąteczne reklamy i zapowiedzi wyprzedaży Anglia zapełnia się plakatami:

I jeszcze na przypieczętowanie - list z urzędu skarbowego.
Bo po co gościa karać, jak wystarczy mu przypomnieć? (Można by tu dyskutować, o tym, że oplakatowywanie miasta nie jest najlepszym sposobem na wydawanie naszych podatków, ale nie bądźmy małostkowi).

W tym roku rozliczaliśmy się właśnie korzystając z tej wersji późniejszej.

Wczoraj o 19 odwiedziliśmy naszego pana Tomka Kochanego.
Pan Tomek jest zarejestrowanym, super ważnym, zweryfikowanym przez rząd doradcą podatkowym.
Przyjmuje w domu.
Pamięta swoich klientów.
Nie gada o pierdołach.
Załatwia sprawę w przeciągu godziny (my akurat jesteśmy prostym przypadkiem - nad niektórymi firmami trzeba - owszem - parę dni posiedzieć), po czym się żegna.

Pożegnam się i ja.
Muszę przelać panu Tomkowi pieniądze za usługę.
I zrobię to z przyjemnością :)

 

"A chusteczki? Co z chusteczkami" - spytacie.
Chusteczki mają wiele wspólnego z podatkami, albowiem przez chusteczki właśnie angielski urząd skarbowy wzbogaci się dzisiaj niezmiernie. Jak  tylko wszyscy sprzedawcy, od których kupiłam dziś milion chusteczek, zapłacą podatek dochodowy. Szacuję, że będzie to pokaźna suma.

Pozdrawiam frykająco.

 

Ps. A w prezencie, na zakończenie tego wpisu, dostałam ... jedenaście tysięcy sto jedenastego Czytelnika (no dobrze, dobrze, Odwiedzającego :))

Po prostu jesteście ... pierwszorzędni :)

 

 

 

 

wtorek, 31 stycznia 2012, fidrygauka

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/02/01 07:40:09
brzmi jak bajka... ja mam firmę tu i gdyby tu zaczęło działać, jak opisujesz, to bym chyba uwierzyła w Matrix. Dlatego od dziś jeszcze bardziej szlag mnie trafi na skrót ZUS..
-
2012/02/01 08:27:12
Czerwony Berberysie. Uwierz mi. To jest akurat bajka.
Nie było moim celem zdenerwować cię z rana :)
ZUS jest jednyną z przyczyn, która skutecznie odpycha wszelką (choć bardzo rzadko się pojawiającą) myśl o powrocie.
Ostatnio opowiadał mi tato, że komornik zajął mu konto, gdyż ZAPOMNIAŁ zapłacić 25 zł za cośtam. Normalnie płaci (regularnie i na czas) dużo więcej, więc ta niepozorna kwota mu umknęła.
Co się musiał chłop nachodzić, by potrzebne mu na co dzień konto odblokować, to jego!
-
2012/02/01 08:33:49
oj znam to znam... przeprowadzałam firmę w środku miesiąca. zapłaciłam podatek do starego urzędu skarbowego, a nowy zajął mi konto, bo powinnam do nich. Stary urząd nie kwapił się przekazać kasy, a odsetki i kary musiałam bulić ja.
Ale pocieszające jest to, że gdzieś na świecie jest normalnie :):) i tego Ci zazdraszczam bez złośliwości, tylko tak wiesz, ze sama bym tak chciała :):):)
-
2012/02/01 08:55:45
Tego to ja sama sobie zazdraszczam :)
Podśpiewuj sobie: jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie :)
-
2012/02/01 11:18:46
A ja nietypowo tym razem do P.S.
Gratulki wielgachne :)
-
rest5
2012/02/01 12:00:22
Ja (zamiast chusteczek) zużywam aktualnie metry miękkiego papieru do d**y - do nosa oczywiście. Używając chusteczek, chyba bym zbankrutowała... ;)))
Podatki uciążliwe są rzeczywiście, ale jakoś sobie z tym radzę. Raz w miesiącu wprowadzam dane (faktury, wydruki a kasy itd.) do programu komputerowego, który wypuszcza mi wydruk ile, czego, w jakim terminie i na jakie konto mam wpłacić. Robię przelewy i już. Roczny robię pod koniec kwietnia, wpłacam na konto i to wszystko.
-
ren-ya
2012/02/01 13:41:46
Jak czytam takie historie, to jestem dumna z tego, że jestem Polką - naszego ducha przedsiębiorczości nie są w stanie złamać najbardziej nawet obłędne przepisy;)

(ale osobiście, to pozostanę jednak na etacie, bo sądzę, że mój duch nie zniósł by tych wszystkich wyzwań związanych z założeniem i prowadzeniem działalności gospodarczej;))
-
2012/02/01 15:55:15
@jazzwitaminek
Gratulki przyjęte :) Dzięki.
Ale ... statystyki są nieubłagane - ponad 50% wchodzi na mój blog przez Google Images, albo wklepując hasła: lady Gaga, Zombie Boy i sex college czyli hasła, które użyłam dosłownie po razie, gdzieśtam w moich wpisach :)
Co oczywiście nie zmienia faktu, że te drugie 50% to są bardzo fajni czytelnicy, których lubię gościć u siebie i których komentrze są zawsze mile widziane :)

@Rest,
Może z kasą fiskalną jest łatwiej, poza tym, jakby nie było moje doświadczenia są sprzed ponad 10 lat :) Choć trauma nadal silna.
Co do chusteczek, to też są tu horrendalnie drogie. Na stacji metra po funcie !!!! Total rip-off! Czasami jednak nie ma się wyboru. W domu natomiast tylko Tesco Value po 35p za 150 szuk :)

@No właśnie Ren-ya, a ci najwięksi nieudacznicy wyjechali ;-D
-
jedenpieczyk
2012/02/01 16:59:39
To brzmi jak bajka, bo przecież w UK jest tak samo bezsensowna biurokracja jak w Polsce, czy wielu innych krajach. System podatkowy jest jednym z najbardziej skomplikowanych na świecie, nawet bardziej niż nasz polski! Historie komornicze znam osobiście - urząd przeoczył otrzymane pieniądze i zesłał komornika, by zagarnąć mienie. Sprawa się skończyła w sądzie. Może kwestia szczęścia. Tym razem ja jestem bojowo nastawiona, bo jestem chora a NHS to najbardziej beznadziejny system na świecie! Jeśli nie zdechnę to może wyleję moją grypę na bloga! Tymczasem idę wpieprzać imbir!
-
2012/02/01 17:29:59
@jedenpieczyk

Może i system podatkowy jest jednym z najbardziej skomplikowanym na świecie, ale przeciętny obywatel się z nim nie styka :) A już na pewno nie co miesiąc!
Biurokracja jest KOSZMARNA i nigdy nie mówiłam, że nie (pracuje się dla gminy, to się doświadcza codziennie na własnej skórze :)), ale w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej, to jak na moje doświadczenia różnica jest kolosalna. A porównanie mam.

Co do paranoi urzędniczych, to też się zdarzają nie raz i nie dwa - co zaznaczyłam na początku wpisu. Ja sama przez 2 lata walczyłam z firmą dostarczającą gaz, która wmawiała mi, że ja to nie ja i że mam na nazwisko Vikira :)
Ale to temat na oddzielny wpis.

Co do NHS - to ja nawet nie chodzę do jego przybytków. Szkoda nerwów.
Ja się leczę wodą z cytryną i miodem :)

Pozdrawiam

-
jedenpieczyk
2012/02/01 18:56:28
A to Ty nie masz na nazwisko Vikira? Hehe...
-
2012/02/01 19:05:41
No w paszporcie mam inaczej, ale pan z 'gazowni' powiedział, że paszport to ja sobie mogę wsadzić.
On już zna takich, co płacić nie chcą i kupują podrabiane dokumenty :)
-
Gość: Adam, *.radom.vectranet.pl
2012/02/02 20:37:11
W przyszłych tygodniu miałem się wybierać do urzędu miejskiego z całą teczką dokumentów, wniosków, wpisów i zaświadczeń, z bisneplanem na dotację. Po Twoim wpisie kompletnie mi się tego wszystkiego odechciało. I teraz nie wiem czy mam Ci dziękować za taką "wesołą wizję" czy wywalić bloga z zakładek.
-
2012/02/02 23:37:06
Adam, wywal bloga z zakładek i to już!!!

Niech cię traumatyczne wynurzenia jakiejś baby nie zniechęcą do przedsiębiorczości, szczególnie, jak masz już wszystko gotowe.
Może ja po prostu miałam pecha?
A poza tym, to było 10 lat temu. Teraz na pewno jest lepiej :)
-
Gość: Adam, *.radom.vectranet.pl
2012/02/03 21:01:08
Oj, może trochę szybciej, ale na pewno nie lepiej. Samo płacenie co miesiąc 400zł zusu + księgowa + podatki to nie jest fajna wizja (a po dwóch latach zus jeszcze wzrośnie). A to wszystko dlatego, by w razie ciężkiej choroby i badań potrzebnych "na już" dowiedzieć się, że najbliższy wolny termin będzie po naszej śmierci.
-
2012/02/04 22:36:40
I tak, że są zniżki na ZUS dla rozpoczynających, uważam za cud.
Ja założyłam firmę w połowie miesiąca i pierwszą wypłatę miałam dostać pod koniec nastęnego miesiąca, a tu już 10-go trzeba było osiem stów wyłożyć.
Służba zdrowia, to temat na poemat - tu w Anglii też nieciekawie.
Ja kiedyś straciłam głos, poszłam do lekarza po skierowanie do specjalisty i dostałam termin ... za pół roku :)


Spamerzy i kryptoreklamosiejcy!

Ukryte reklamy i linki do stron wspierających wasze (nie)skromne interesy, będą natychmiast usuwane, mimo mojego autentycznego podziwu dla kunsztu, z jakim próbujecie je zawoalować w pseudo-pochwalnych komciach.
Nie jestem kolekcjonerem komentarzy i wasze obłudne zachwyty nad moim blogiem mnie nie ruszają.
Fora ze dwora!


Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie ani publikowanie bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Kontakt: fidrygauka@gazeta.pl

Zdjęcia pochodzą głównie z internetu. Te mojego autorstwa kopiujcie sobie do woli :)

Po wszystko to,
czego nie ma na blogu
zapraszam na:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...



Daisypath Vacation tickers






Najlepsze Blogi



Kocham Pomysłowość !
album




Śledź mnie :)
Follow on Bloglovin


od Żony Oburzonej
od Żony Oburzonej

od AleksandryR
od Bezcielesnej
od Oliwki z Toskanii
od Viki on line
od Żony Oburzonej
liebster blog


od Kasi.Eire
od Kasi.Eire